Z psem pójdę i na koniec świata!

Wracamy po dość intensywnym weekendzie z kolejnym wpisem, do którego chciałam zabrać się już jakiś czas temu. Jako dziecko naczytałam się książek o zwierzętach i od tamtego czasu mam wyrobiony pewien ideał życia i spędzania wolnego czasu (albo czasu w sensie ogólnym, gdyby za to płacili :D). Mianowicie w książkach tych bohaterami były prawie zawsze psy, a mam na myśli tytuły od Lessie, wróć!, Białego Kła, Włóczęg Północy, a na rodzimym Janie Grabowskim (m.in. Puc, Bursztyn i goście) skończywszy. Niezaprzeczalnym hitem mojego dzieciństwa była jednak jeszcze inna książka – Włóczęga i inne opowiadania Marii Terleckiej. Wybaczcie, ale jestem skrzywiona na punkcie literatury i mogłabym tak długo… dlatego przejdę do sedna. Ów Włóczęga zapadł mi w pamięć tak bardzo, że mimo, iż upłynęło wiele lat, ja wciąż pamiętam opowiadanie o chłopaku, który udał się na włóczęgę i spotkał psa… i wędrowali sobie razem, po polach i lasach, wieczorami siedząc przy ognisku. Przyznaję, że niewiele ponadto pamiętam, ale wystarczy to, by nadal uważać, że jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy w życiu – móc wędrować („Na łąkach, na rozłogach / Na polach, błoniach i wygonach / W blasku słońca, w cieniu chmur”) i to jeszcze z psem u boku.

Przyznaję, że nie mogę doczekać się, aż Len podrośnie i stanie się tym moim wymarzonym wilkiem, a wtedy żadna droga nie będzie mi straszna i każda będzie podwójnie radosna. Również ta wodna, bo przyznaję, iż uwielbiam żeglować i mam nadzieję, że pewnego dnia Len podzieli mój entuzjazm. Z całego serca uwielbiam także góry… ale to już stanowi pewien problem. Byłam teraz w Tatrach i poczytałam sobie regulamin:

ffff ffffff

Przyznaję, iż trochę mnie przekonali tym, że obecność psa na szlaku może zaniepokoić dzikie zwierzęta. Nie mam pojęcia, czemu wcześniej o tym nie pomyślałam i byłam skłonna kłócić się, używając dokładnie tych argumentów, które tu przytoczyli „pomimo, że pies jest na smyczy, nie załatwia potrzeb fizjologicznych i jest karny”, żeby postawić na swoim, że przecież mogę i wejdę, co to za durne zakazy. Inna rzecz jeszcze ma się z moimi ukochanymi Bieszczadami – tam z kolei regulamin mówi:

Clipboard01

I z całą moją miłością do wilków od razu to „kupiłam” i stwierdziłam, że oj tak, macie rację, nie można tak ryzykować. Co z tego, że tego samego dnia widziałam w BPN-ie jak ktoś na szlak wniósł yorka… Nie wiem, może przemycili w torbie, ale uważam, że jak nikt nie może wprowadzać, to wielkość nie ma znaczenia…

Na pocieszenie jest fakt, iż na szlaki nie wchodzące w skład parków narodowych można wchodzić z psami i wydaje mi się, że warto z tego korzystać. No chyba, że to wyżej, to głupie zakazy i ja jestem jednak nie wtajemniczona i wszyscy inni ze swoimi psiakami jakoś wchodzą na te szlaki… Jak ktoś to będzie czytał, to może mnie uświadomić, a także polecić jakieś fajne miejsca na wędrówki 🙂

Problem, z tego, co wiem, jest także nad polskim morzem i na plaże również psów wprowadzać nie wolno… chyba, że otworzą specjalną plażę dla psów. To tam podobno można, a tak to won… Uważam to za bardzo przykrą kwestię, tylko pytanie teraz, czy stało się to z winy nieodpowiedzialnych właścicieli psów, którzy nie sprzątali po psach, albo przychodzili z tymi zarażonymi wścieklizną… czy z winy polskiego, głupiego przeświadczenia, że pies, to przecież same zarazki, smród i pożoga. Sporo i trafnie na ten temat napisane jest tutaj i w zupełności zgadzam się z tymi spostrzeżeniami.

Autorka tamtego wpisu nie porusza jeszcze jednej, wydaje mi się, że bardzo newralgicznej kwestii… a mianowicie „z psem na cmentarz?!”. Ogólnie lubię cmentarze, uważam, że stare są szczególnie piękne i można na nich miło spędzić czas (choć z nekrofilią nie mam nic wspólnego). Czikę zabierałam ze sobą w różne miejsca, również na cmentarz, gdyż ona miała spacer, a i ja w razie czego mogłam spełnić powinność „zniczową”. Moja babcia zawsze mnie strasznie ganiła za to, że idę z psem na cmentarz, choć sama nie miała zbyt wielu argumentów w kwestii „dlaczego nie?”, poza tym, że ludzie będą gadać, no i nie wypada… W zeszłym roku 2 listopada również zabrałam Czikę na cmentarz i pewna pani wyraziła tonem, jakby ukazał jej się widok tak niesmaczny, że aż nie przystoi, właśnie słowa „z psem na cmentarz?!”. Uśmiechnęłam się tylko i bez słowa poszłam z psem na grób wujka. Rozumiem kwestie wiary i inne takie, ale mało któremu psu przyjdzie do głowy załatwiać się na betonie lub grobach, a samo stąpanie po „święconej ziemi” też grzechem nie jest. Nie wiem co prawda, jakie Wy macie zdanie na ten temat, bardzo możliwe, że w Polsce nawet psiarze uważają, że w pewne miejsca z psem „nie wypada”… Ale póki sił mi starczy, mam zamiar wejść z moim psem wszędzie, gdzie się będzie dało, a także uświadamiać ludzi, że „nie taki straszny pies…” 🙂

Sam Len był ostatnio na krótszej wycieczce, u mojej babci w Busku – Zdroju. W samochodzie zachowywał się bardzo grzecznie, głównie spał, czasem zaglądał do przodu, ale nie psocił, ani nie przeszkadzał w jeździe. Zapoznał się z Cziką, która jako straszna zazdrośnica, jak tylko weszliśmy do domu (choć na dworze było merdanie ogonkami i „uśmiechy”) szczekała na niego i warczała, nie chcąc nawiązywać żadnych przyjaźni z „intruzem”. Może przy następnej okazji będzie lepiej, choć nie można za wiele wymagać od 13,5-letniego, schorowanego psa postawionego w obliczu krnąbrnego psiego dziecka…

A Len znów jechał samochodem... i był taki dzielny!
A Len znów jechał samochodem… i był taki dzielny!
Reklamy

Drugi tydzień w nowym domu

Chwilę temu zorientowałam się, że minęły już dwa tygodnie, odkąd przywieźliśmy Lena! Jak ten czas leci… Przyda się w związku z tym podsumowanie porażek i sukcesów, wzlotów i upadków. Jeśli chodzi o te drugie, to wczoraj Len próbując wdrapać się na łóżko spadł z dość sporym impetem, upadł na tyłek, po czym biegał w kółko z podkulonym ogonem, piszcząc, a mnie przyprawiając o zawał… bo byłam przekonana, że złamał ogon. Po chwili się uspokoił, ale za to broił dalej, a takiego szału, jak wczoraj od 22 do północy, to jeszcze nie widziałam… nie mogłam uspokoić go żadną zabawą, metodą, niczym. Gryzł, atakował rzeczy (jak zwykle lampę, chodnik, podłogę, miski), biegał, szczekał, warczał, a ten upadek go chyba jeszcze rozjuszył. No nie powiem, była to duża próba mojej cierpliwości. Co do ogona, to chyba wszystko w porządku, bo ani nie piszczy, jak się go dotknie, ani nie jest jakiś wykrzywiony. Mam nadzieję, że dotrwamy w jednym kawałku, zarówno ja i pies, aż skończy chociaż te pół roku…

Nadal załatwia się w domu co jakiś czas, szczególnie jak nie zdążę wyczuć momentu (czyt. zagapię się z godziną wyjścia, a łatwo się zagapić, jak się chodzi tak co 2-3h) jego przebudzenia, jest noc itp. i kiedy karcę go, mówiąc „fe, niedobry pies, co tu zrobiłeś??”… przyłącza się do tego i również karci… kałużę siuśków. Szczeka na nią wyzywająco, spoglądając na mnie z miną „no, niegrzeczne te siki, masz rację” podszytą szelmowskim błyskiem w oku. Jest niesamowitym cwaniakiem i widać to coraz częściej, a im bardziej mu czegoś zabraniam (np. gryźć lampę), tym bardziej to robi i tylko czeka, aż pójdę go pogonić i ucieka w ostatniej chwili, odwrócę się, siądę… i już jest przy lampie. Tu można wstawić dowolny przedmiot z kategorii „nie wolno”… Jakby gdzieś sprzedawali cierpliwość na wagę, to bym sobie zafundowała parę kilo… 😀

Z komend nadal całkiem nieźle idzie mu „siad”, aportowanie i puszczanie piłki na hasło „puść” (trochę z oporami, ale zawsze), bardzo powoli zaczyna uczyć się dawać łapę. Na spacerach ma momenty, że nie chce iść wcale i skacze po mnie, ale ma też takie, że ciągnie na smyczy i leci gdzieś do przodu, albo wyrywa się do ludzi… więc tutaj też muszę już nad nim panować, że to jednak ja dowodzę każdej wyprawie, a nie on… bo później powyrywa mi ręce 😀

A, jak na mieszkańca Krakowa przystało… wykazuje pierwsze objawy braku sympatii do gołębi. Innymi słowy, gdy widzi gołębie (a niestety dużo ich przed moim blokiem), to skrada się i próbuje na nie zapolować… z tym, że smycz go ogranicza, więc na nic jego próby. Czasem próbuje też zapolować na mnie, co za każdym razem strasznie mnie bawi (dopóki mnie nie ugryzie oczywiście), bo widać, że się czai, czai i później podbiega tak szybko i „chaps”… Każdy, kto ma psa, zna ten ruch.

W samym mieszkaniu całkiem się już zadomowił, bo od jakiegoś czasu śpi w innych pomieszczeniach, niż jestem ja, a na początku chodził krok w krok za mną i kładł mi się np. między stopami, dzięki czemu nie mogłam się ruszyć. Teraz czasem chodzi za mną z kąta w kąt i patrzy z wyrzutem, że jak już przyszedł i się położył, to ja wychodzę i on też znowu musi wstać… ale przecież robi to na własne życzenie.

Są już takie noce, które udaje mu się w miarę przespać i nie budzić mnie o 2, 4, 6… albo nie, czekajcie, to mogą być noce, w których ja sama idę spać o 4… Ahaha. W każdym razie, trochę lepiej mu idzie zajmowanie się sobą, jak już się obudzi, a nie budzenie mnie, jęczenie, buczenie i szczekanie na mnie.

Reasumując, są momenty, w których nie mogę się doczekać, aż już będzie dorosły i „kumaty” i będzie po prostu psem (gdzie jesteście dłuuugie spacery i podróże, ah T_T)… ale są też takie, w których mnie rozczula, cieszy i jest fajnie, więc myślę sobie, że posiadanie szczeniaka też ma swój urok… A wiadomo, że jak się kocha, to się wybacza. Psy wiedzą o tym najlepiej!

20150922_230115
Odkrył, że można wejść na materac (jest trochę niższy) i stamtąd skoczyć na łóżko… chwilę przed planowaną akcją 😀
Niby urósł trochę, ale tak naprawdę dalej jest maleńkim wilczko-liskiem...
Niby urósł trochę, ale tak naprawdę dalej jest maleńkim wilczko-liskiem…
Udaje bardzo poważnego psa...
Udaje bardzo poważnego psa…

Ah! Jaki śliczny piesek!

Tak. Dziś chciałabym poświęcić kilka słów moim doświadczeniom z ludźmi zachwycającymi się pieskami. Wiadomo, jakie uczucia wzbudzają szczeniaki, nawet w bardzo opornych osobnikach są w stanie wzbudzić pozytywne zainteresowanie. Jeszcze gdy Czika była mała ludzie też mnie zaczepiali i się zachwycali, gdy dorosła nadal zdarzało się, że ktoś zaczepił:

– Jaki ładny, czy to szczeniak?

– Oj nie, nie. Ma 10 lat…

Tak to mniej więcej wyglądało, nadal oczywiście było miło. Nie zdarzało się na szczęście zbyt często, by ludzie rzucali się do niej tak, jak teraz rzucają się do Lena. Przyznaję, że jest zjawiskowy, bo w okolicy trudno o takiego psa jak na razie. Rozumiem, że ludziom się podoba. Nie rozumiem jednak tego, czemu tylko dwie (dosłownie) osoby, zapytały mnie „przepraszam, czy można pogłaskać?”. Naprawdę, ludzie nie pytają, traktują psy, jak dobro publiczne. Było już o tym w kilku miejscach w sieci (m.in. tutaj ) i spostrzeżenia tych osób były słuszne. Skąd pomysł, że jak pies jest ładny, merda ogonem, jest szczeniakiem (również!), to można podchodzić, rzucać się, całować i wykrzykiwać ah-y i oh-y? Przedwczoraj jakaś dziewczynka, na oko 7 lat, zapytała mnie – „o jaki ładny piesek, gryzie?”, a ja na to „no gryzie, jak każdy pies… ale można pogłaskać”. Wierzcie mi, konsternacja na twarzy owego dziecka była cudowna. Coś tam później dodałam, że mały, to wszystko gryzie, więc trzeba uważać, żeby nie było, że aż tak straszę. Przyznaję, że sama jako dziecko nie byłam lepsza i latałam dosłownie za wszystkim, co szczekało (włącznie z odwiedzaniem onych w budach – takie tam, skłonności samobójcze). Z tego, co pamiętam, zagadywałam jednak najpierw do właścicieli (chyba, że pies był bezpański).

Kwestie bezpieczeństwa to jedno, każdy rodzic jest odpowiedzialny za swoje dziecko, jak i każdy dorosły za siebie, więc rozsądek przy podejściu do wszystkich zwierząt każdemu się przyda. Uważam, że warto jednak zapytać, czy można pogłaskać i dopiero podejść do psa.

Druga sprawa, to fakt, iż Len był tyle razy zaczepiany przez wszystkich, że teraz nawet jak nikt się nim na ulicy nie zachwyca, to piszczy i ciągnie na smyczy za obcymi ludźmi. To są efekty „nauki”, którą fundują ludzie zaczepiający psy na ulicy. Te, które są takie milusie i przyjacielskie, szybko uczą się, że będą wygłaskane i wychwalone, więc później 15-minutowy spacer trwa godzinę (czasem się jednak człowiek spieszy), no i duszą się na tych smyczach i męczą, bo chcą biec do tych „fanów piesków”…

A, jest jeszcze jedna kategoria owych ludzi, mniej sympatyczna, a mianowicie „moralizatorzy”, czy jak ich tam nazwać. Byliśmy na koncercie z Lenem, plenerowym, więc wszyscy siedzą na krzesełkach, my na ławce z boku, żeby przy trawie było. Mój pies jak to on, wybrał najtwardsze możliwe podłoże do spania (bo na kolanach najpierw nie chciał) i położył się na chodniku między ławkami. Od razu jak tam przyszliśmy, wypatrzyła nas pewna pani i przez pół koncertu go wołała (ależ jak on wybitnie ją ignorował!) i gwizdała i cmokała i coś tam mówi, że jaki śliczny, jaki ładny, ojej… o! ale proszę go zabrać, nie może leżeć na takim twardym, zimno mu będzie i będzie miał chore stawy!… a proszę coś tam!. Zauważę, iż nawet nie patrzyłam w stronę tejże pani, więc nie wiem, z jakiej racji mnie pouczała bardzo stanowczym tonem… Dużo ludzi też mi mówiło, co powinnam robić w kwestii jego zdrowia, bo czy szczepiony, a kiedy, a na co, a to proszę uważać. Dziękuję za troskę, bo czasem to są sympatyczne osoby, ale czasem… no wiecie, tacy „wszystkowiedzący mądralińscy” i od razu się to w tonie wyczuwa…

Cóż, mam nadzieję, że Len jednak z wiekiem przestanie się aż tak rzucać do ludzi i mu przejdzie to podbieganie do obcych. Wiem też, że jak wyrośnie z fazy słodkiego szczeniaka, to będzie wzbudzał mniejsze zainteresowanie. Bo wiadomo, cichy podziw z daleka, gdy idzie się ze swoim psem, zawsze pochlebia… ale przy tym wszystkim uważajmy na siebie i na psy 🙂

I niżej kilka zdjęć z pierwszego, dłuższego spaceru nad Zalew Nowohucki… gdzie, uwaga, nikt nas nie zaczepił 😀

Powoli uczy się pozować... ahaha
Powoli uczy się pozować… ahaha
Nowe miejsce, więc i wysoki poziom obserwacji i skupienia... = nierozmazane zdjęcie!
Nowe miejsce, więc i wysoki poziom obserwacji i skupienia… = nierozmazane zdjęcie! I liść w pysku…
Nikłe zainteresowanie patykiem...
Nikłe zainteresowanie patykiem…
W pewnym momencie nie mogłam go uspokoić, tak bardzo chciał do wody!
W pewnym momencie nie mogłam go uspokoić, tak bardzo chciał do wody!
Pierwszy ciut dłuższy spacer i ogromne zainteresowanie Lena wodą...
 Ogromne zainteresowanie Lena wodą…

Ciężka praca czy zabawa?

„…tak naprawdę układanie psów jest proste, prawdziwą drogą przez mękę jest szkolenie przyszłych właścicieli.” *

Zgadzam się z powyższym cytatem i uważam, że zdecydowanie nie każdy powinien mieć psa, albo inaczej… każdy przed jego przyjęciem pod swój dach powinien przejść minimalne szkolenie, włożyć odrobinę wysiłku w to, by chociaż poczytać trochę o szkoleniu psów. Albo o o tym, co to w ogóle jest pies.

Niestety zadanie to przerasta wiele osób i później słyszy się narzekania, jaki to mój pies niegrzeczny, a jak ja pani nie życzę, żeby wyrósł na wzór owczarka niemieckiego, bo to się nic nie da z takim psem już zrobić, albo się widzi te niewychowane psy, które całkiem weszły na głowę właścicielom. Sama nie jestem mistrzem w dziedzinie tresury i muszę sporo nadrobić, ale podjęłam to wyzwanie i jestem bardzo ciekawa wszystkiego, co stanie się po drodze.

Aby poradzić sobie z wychowaniem psa, a także podtrzymywaniem dobrych nawyków w wieku późniejszym, niezbędne są 3 elementy:

  • obserwacja
  • wyczucie
  • cierpliwość

To taka podstawa, dzięki której możemy cokolwiek zacząć próbować robić z psem. Każdy pies jest inny i każdy wymaga nieco innego podejścia. Do tych trzech elementów należy dodać przede wszystkim: pochwały oraz odpowiednie intonowanie komend. Warto nagradzać każde zachowanie, na utrwaleniu którego nam zależy. Psy wtedy bardzo szybko uczą się, co warto robić, a czego lepiej unikać (najszybciej widać to przy nagradzaniu załatwiania potrzeb na dworze). Intonacja z kolei jest bardzo ważna dla przekazywania emocji, gdyż psy bardzo dobrze je odczytują. Ale będą mogły je odczytać i zrozumieć, jeśli my sami dobrze je przekażemy. Dlatego mówienie łagodnym tonem, głosem nieco wyższym jest dla psów pozytywnym sygnałem. Natomiast głos niższy, przedłużone wymawianie głosek niosą inne sygnały, raczej powstrzymujące. Każdy kto choć trochę przyglądał się psom, wie doskonale, że ważniejsze jest jak mówimy, a nie to, co mówimy. Na przykładzie dwóch psów, jakie mam, wiem, że zdecydowanie najlepszą metodą jest chwalenie dobrych zachowań i poprzez to eliminowanie tych niepożądanych. Każdy pies potrzebuje mniej lub więcej czasu na przyswojenie tego, czego się od niego oczekuje. Len ma 2 miesiące, ale już teraz widać, że ma duży potencjał do nauki. W tej chwili bardzo dobrze wychodzi mu aportowanie piłki (nie wiem, czy już wcześniej się tego uczył, ale odkąd pierwszy raz mu ją rzuciłam, od razu przynosi) i puszczanie jej na rozkaz „puść!”, nieźle idzie mu również siadanie (szczególnie, gdy widzi przed sobą nagrodę :D). Widać po nim także, że ma „charakterek” i kompletnie nie chce dać za wygraną, jeśli umyśli sobie, że po raz setny będzie gryzł moje stopy (ewentualnie wyższe partie nóg, skoro stopy są ciągle zabraniane) lub ręce (które nadal wyglądają, jakbym się cięła :D). Nadal lubi dobierać się do kabli, a także po przeszło tygodniu wymyślił, jak skuteczniej dostawać się na łóżko i wczoraj wieczorem zdejmowałam go stamtąd jakieś 5 razy.

W wypadku szczenięcego gryzienia porad jest kilka:

  • krzyknąć/pisnąć (koniecznie wysokim głosem) i zabrać rękę/nogę
  • natychmiastowo przerwać zabawę, wstać i skrzyżować ręce
  • można natychmiastowo wyjść na czas do 60 sekund z pokoju i dać szczeniakowi czas na przemyślenia
  • całkiem przerwać zabawę i wrócić do niej dużo później
  • przytrzymanie mocniej jednej wargi
  • całkowite ignorowanie i zastygnięcie w bezruchu
  • zaproponowanie w zamian zabawki (gorzej, jak nie ma się jej pod ręką)

Z czystym sumieniem muszę wyznać, iż na Lena nie działa żadna z tych opcji. No dobrze, żadna poza ostatnią, co jest na ogół jedyną deską ratunku. Czasem, kiedy w trakcie jego całkowitego rozbrykania, kiedy już naprawdę przesadza, wypraszam go na chwilę z pokoju, wraca spokojniejszy. Oczywiście nie na długo i faktycznie czynne zajęcie go, czy to szarpakiem, czy piłką jest dość pomocne… Ale niech mi się tylko zachce wyjść po herbatę do kuchni, a Len akurat ma wielką fazę na gryzienie… przez całą drogę jestem szczypana i gryziona w nogi. Czasem czuję się naprawdę bezsilna, ale powtarzam sobie, że cierpliwość i konsekwencja jest kluczem do sukcesu. Przynajmniej w kwestii psów. I wiadomo, z wiekiem pewne zachowania znikają, każdy kiedyś dojrzewa 😀 Grunt, żeby do tego czasu nie utrwalić niepożądanych zachowań jak np. żebranie przy stole (jakieś trzy dni temu Len wpadł na ten pomysł i stara się go kontynuować), spanie w łóżku, gryzienie wszystkich i wszystkiego, ciągnięcie na smyczy… I długo by wymieniać.

Reasumując, uważam, że mimo wszystko wychowywanie psa jest dobrą zabawą, gdyż codziennie można obserwować efekty swojej pracy, a także rosnące porozumienie ze zwierzakiem. Przyznaję jednak, że początki są trudne i wymagają sporego zaangażowania, zarówno intelektualnego, jak i fizycznego.

Len zaplątany w torbę z Ikei... chwila spokoju :D
Len zaplątany w torbę z Ikei… chwila spokoju 😀

* Stanley Coren Tajemnice psiego umysłu

Pierwszy tydzień w nowym domu

Spróbuję teraz podsumować pierwszy tydzień w nowym domu Lena. Z podróży z jego poprzedniego domu, dotarliśmy do Krakowa między 1-2 w nocy. Cała podróż zleciała nam całkiem dobrze. Co prawda Len zwymiotował na początku drogi i dużo piszczał, bo jednak był w szoku, po takim nagłym wyrwaniu z „białej lawiny” (w końcu łącznie było… 16 psów?!).

Później jednak był całkiem spokojny, dużo spał, na postojach pił wodę i grzecznie robił siku. Droga zleciała w miarę szybko, wpadliśmy do mieszkania i wtedy się zaczęło. Nie było mowy o żadnym spaniu, czy odpoczynku. Len biegał, skakał, bawił się i oczywiście „znaczył” teren… Jak się okazało, na nic było przygotowywanie mu legowiska, bo do dziś śpi pod łóżkiem, za łóżkiem, bądź wszędzie, gdzie jest twardo i z pozoru niewygodnie. Widać nie dla niego.

Przez ten jeden tydzień Len zdążył być na koncercie (plenerowym, dlatego mogliśmy bez problemu wejść i sporą część występów przespał w kocu na moich kolanach), w dwóch różnych obcych domach w odwiedzinach u bliskich znajomych, a i mnie nigdy nie odwiedziło tyle osób, co w tym tygodniu – większość pod pretekstem zobaczenia małego urwisa. Za każdym razem w nowym miejscu zachowywał się całkiem dobrze. Niczego nie zdemolował, a nawet pęcherz i jelita szczęśliwym trafem trzymał na wodzy 😀

Jak pisałam wczoraj, był też u weterynarza. Wcześniej w tym tygodniu także odwiedził sklep z mięsem i sklep firmowy browaru Huta Piwa. Za każdym razem, jak gdzieś się pojawi, zyskuje ogromną popularność i sympatię.

Każdy posiadacz psa (a co dopiero szczeniaka), przyzna mi rację, że nawet 5-minutowy spacer może być niezwykle męczący… „a jaki śliczny, a ile ma, a jaki słodki, jaka kuleczka, a to duży urośnie, a co to za rasa, a jak to, a jaki śliczny, a proszę robić to i tamto z nim”… Taak.

Każdy kto przyszedł do naszego domu, był przez Lena jednocześnie ciepło, jak i bardzo „dotykowo” badany… a to wbił zęby w stopy, a to w rękę, a jak się dało, to i w nos… Mnie też raz prawie podbił oko nosem. Ma talent chłopak, nie ma co.

Len powoli stara się rozumieć, co znaczy „nie” i czego nie wolno, ale nadal ma takie momenty, że nie da się nad nim zapanować w żaden sposób… Żaden gest psiej „dominacji” na niego nie działa. Ale mam nadzieję, że to się zmieni i współpraca między nami będzie układała się coraz lepiej. Ciężko skupić jego uwagę na czymś przeznaczonym specjalnie dla niego, bo i tak zaraz łapie w zęby co popadnie (niestety nadal kable)… W zajmowaniu jego uwagi jak na razie najlepiej sprawdzają się suszone płuca 🙂

Teraz właśnie spał przez jakąś godzinę i zaczyna broić… czas się nim zająć, zanim zrobi coś głupiego 😀

PS: Ubolewam, że nie mogę zrobić mu wyraźnych zdjęć, bo zawsze jest w ruchu… Dobra, jedynie jak śpi, mogę coś bardziej HD zrobić… 😦

A tu wołowa krtań, której nie widać w całej okazałości...
Gryziona wołowa krtań, której nie widać w całej okazałości…
W miarę wyraźne zdjęcie w trakcie gryzienia świńskiego ucha...
W miarę wyraźne zdjęcie w trakcie gryzienia świńskiego ucha…