Życie od nowa

Pierwszy wpis zawsze jest sporym wyzwaniem. Miałam już niejednego bloga, lecz żaden nie dotyczył konkretnej sprawy. Skupiały się one na luźnych przemyśleniach, które nierzadko napływały mi do głowy i powodowały istne sztormy. Żeby zyskać trochę spokoju ducha, trzeba było sobie popisać. Teraz postanowiłam wrócić do pisania. Mam jeden ważny powód, który mam nadzieję, będzie mnie motywował. Długo i konsekwentnie… gdyż niestety cechuję się nieco słomianym zapałem, mimo szczerych chęci.

Moją motywacją jest pies. Drugi w moim życiu, a jakby pierwszy. Psy są moją pasją od najmłodszych lat. Wiadomo, że przeszłość jest zawsze przez mózg nieco idealizowana, niektóre fakty zacierają się, by uwypuklić inne, prawdopodobnie mniej znaczące. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet małe dziecko ma swoje cechy i zainteresowania. Jeśli samo jak przez mgłę pamięta, co robiło i myślało… to od czegóż są „dorośli”, którzy w odpowiednim momencie, zaszłości przypomną… bądź wypomną. W moim przypadku wszystko zlewa się w jedną całość – zarówno moje wspomnienia, jak i opinie otoczenia – tworzą formę na czterech łapach z ogonem i zimnym nosem. Zabawki, które najbardziej mnie interesowały, zawsze były plastikowymi, bądź pluszowymi zwierzętami. Kiedy tylko do mojej świadomości dotarło, że ten, kto zajmuje się zwierzętami i im pomaga to weterynarz, na każde pytanie „kim będziesz w przyszłości?”, z dumą odpowiadałam „weterynarzem!”. Cel ten niestety nie został przeze mnie spełniony, lecz miłość do zwierząt pozostała. Psowate są według mnie najwspanialszymi istotami tej planety, na czele z wilkami, lisami oraz psami właśnie. Jako dziecko nie stroniłam także od żywych psów, gdyż wiadomo, że zabawki to za mało. Kiedy tylko mogłam wyrywałam się mojej mamie z całych sił, by popędzić do jakiegoś czworonoga. Chyba wydawało mi się, że jestem zaklinaczem psów, gdyż lęk przed psami w mojej głowie nie istniał przez większość mojego życia. Co za tym idzie, ganiałam po podwórku z bezpańskimi psami, co jakiś czas przyprowadzałam do domu któregoś i skutecznie byłam przez rodziców odprawiana z kwitkiem – „psa nie będzie”. Pozostawało mi zatem poznanie wszystkich psów na osiedlu przynajmniej z imienia i trzymanie komitywy z bezdomniakami. Kiedy miałam około 11 lat, moja mama wypowiedziała magiczne słowa – „przeglądałam twoją książkę z rasami psów… kupimy psa, będziesz miała swojego”. Moja radość nie znała granic, więc zaczęłam wszelkie kieszonkowe odkładać na psa. Jako dzieciak nie miałam ich za wiele, ale wiadomo, liczył się każdy grosz. Były to czasy, kiedy internet nadal raczkował, więc ogłoszenie o hodowli znaleźliśmy w gazecie „Mój Pies”, która już niestety nie ukazuje się. Moja mama powiedziała mi, że możemy kupić beagla. Bo do naszego niedużego mieszkania będzie akurat. Los chciał jednak, że w moje ręce trafił pies zupełnie inny. Mieszaniec. Z nieco podejrzanej hodowli, którego matka była cocker spanielem. Miał być pies, do domu przyprowadziłam suczkę. Nie miałam nawet wymyślonego imienia, ale zarówno ja, jak i moi rodzice zakochali się w niej bez pamięci. Dałam jej na imię Czika i jest ze mną do dziś, praktycznie trzynaście i pół roku… Wiem, że będzie niezastąpionym psem. Trafił mi się niezwykły „egzemplarz”, gdyż odkąd przekroczyła próg mojego domu nie sprawiała niemalże żadnych problemów. Jako szczeniak nie zniszczyła niczego w domu, nie gryzła, szybko uczyła się wszystkich potrzebnych rzeczy, w tym załatwiania na zewnątrz, zostawania samej w domu. Była moją nieodłączną towarzyszką zabaw, radości, smutków, spacerów… Lata mijały, obie zestarzałyśmy się, a z przyczyn losowych Czika wylądowała w domu mojej babci i tam sobie razem żyją. Mój ukochany pies teraz z resztą sam jest babcią… na dodatek schorowaną, z rakiem… ale na szczęście dzielnie się trzyma. I tęsknię za nią każdego dnia, choć wiem, że ma się dobrze i sama zżyła się z moją babcią i jest już takim trochę nie moim psem. Wiecie, jak to jest, pies uczy się, kto daje miskę i kto chodzi na spacery. Ale i tak robię dla niej, co mogę i odwiedzam, kiedy się da. Los pokierował moim życiem tak, że musiałam szybko się usamodzielnić, stało się to szybciej, niż sobie tego życzyłam. Wiedziałam od lat, iż kiedy zamieszkam sama (albo prawie sama), będę mieszkać z psem. Jeśli nie uda się z Cziką, to z kolejnym psem. Bo nie wyobrażałam sobie życia bez psa i dalej nie wyobrażam. Skończyłam studia, moi przyjaciele nieco rozjechali się po Polsce i świecie, a ja dotrwałam do „swojego kąta” (wynajmowanego, ale zawsze). Początkowo myślałam o psie ze schroniska, gdyż wiem, że przed śmiercią muszę przynajmniej jednego adoptować (na razie pomagam na odległość). Po przemyśleniu i poradach najbliższych osób, postanowiłam jednak spełnić marzenie z dzieciństwa i najpierw „zainwestować” w psa rasowego. Przez jakiś czas byłam do takich nieco zniechęcona, gdyż wydawało mi się to nieco snobistyczne (tym bardziej, że mój mieszaniec okazał się psim aniołem), choć i tak miałam swoje ulubione rasy. Padło na to, że biorę szczeniaka… dużej rasy. Tak, to marzyło mi się od zawsze – duży pies. Pies wyglądający jak wilk (stąd moja ogromna sympatia do wilczaków czechosłowackich). Pies wyglądający jak wilk polarny. Po prostu duży, piękny pies o długiej sierści. Mój wybór padł na Białego Owczarka Szwajcarskiego. Dawno temu zakochałam się w tej rasie, choć wydawało mi się, że w Polsce jest nie do zdobycia. Na szczęście była… i gdy w połowie lipca podjęłam decyzję o tym, o jakiego psa będę się starać, znalazłam hodowlę U Źródła, która miała miot „w drodze”… Psiaki miały narodzić się pod koniec lipca, a ja z niecierpliwością odświeżałam stronę hodowli kilka razy dziennie… Bo od razu zarezerwowałam sobie psa. Długowłosego samca. Spełnienie moich wieloletnich marzeń. I kiedy ja beztrosko pływałam żaglówką po Mazurach, 19 lipca 2015 roku na świat przyszło 12 szczeniąt… Jedno z nich miało być moje. I tak się stało. W końcu czułam się naprawdę szczęśliwa, nie mogąc doczekać się, aż mój nowy przyjaciel na śmierć i życie, zamieszka ze mną… Takim o to sposobem trafił do mnie pies ze wspaniałej hodowli, która powinna być wzorem dla wszystkich hodowców. Początkowo był psem „czarnym”, bo każdy szczeniak miotu musi mieć swój kolor. Rósł szybko, a jako że urodził się w miocie „E”, wkrótce nadano mu imię – Escamillo U Źródła. Tak właśnie brzmi pełne imię mojego psa, któremu postanowiłam poświęcić kawałek swojego życia. Nieoficjalnie nazwałam go Len. Powoli uczy się reagować na to imię, choć na razie wciąż jest maleńki. Ale odważny i ciekawski. Dokładnie taki, jak sobie marzyłam. W kolejnych wpisach zapoznam Was dokładniej z jego osobą…

20150912_184158

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Życie od nowa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s