[test] KONG Activity Ball

Dzisiejszy wpis będzie o naszym najnowszym nabytku – KONG Activity Ball – a to wszystko dzięki uprzejmości sklepu Nasze Zoo, przez który zostaliśmy wybrani do przetestowania tej właśnie zabawki. Bardzo miła pani skontaktowała się z nami i zapytała, czy Len nie chciałby zostać testerem. Jasne, że by chciał… i został 😀 Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co to będzie… i gdy w końcu kurier zastukał do drzwi, okazało się, że Len dostał właśnie produkt KONGa oraz miły list od sklepu 🙂

Kiedy 13 lat temu kupowałam pierwszego psa, nie słyszałam ani o firmie KONG, ani o żadnych zabawkach, które napełnia się przysmakami lub smakowymi pastami. Moja Czika wychowała się na suszonych uszach wieprzowych, tych niby butach ze skóry i absolutnym hicie – starej skarpecie wypełnionej przysmakami, do których aby się dostać, musiała zrobić dziurę… czyli taki KONG dla ubogich, ahaha 😀 Teraz zanim sprowadziłam do domu Lena, natrafiłam na wpis o kuli-smakuli i nie powiem, poczułam się zaintrygowana, gdyż wcześniej nie miałam do czynienia z takim cudem i właśnie Comfy Snacky Ball była jednym z moich wyprawkowych zakupów… okazało się jednak, że zainteresowanie Lena nią jest dość nikłe, bo jak nie mógł czegoś wyjąć, to dawał sobie spokój i szedł uprzykrzać życie mnie i innym 😀

Jak zobaczyłam, że przypadło nam w udziale coś bardzo zbliżonego do „kuli-smakuli”, to mina mi nieco zrzedła, bo jasne, miło dostać taki prezent i w ogóle… ale przecież Len się tym na pewno nie zainteresuje. Jak widać na zdjęciu w nagłówku tego bloga, mój pies ma jeden produkt KONGa – kość dla szczeniąt, którą również można czymś tam napełnić… ale ona również cieszyła się znikomym zainteresowaniem. „No nic – pomyślałam – spróbujemy. W końcu miał być test…” i pełna obaw postanowiłam wypełnić przynajmniej w małym stopniu tę piłkę masłem orzechowym, bo akurat miałam je pod ręką… tak na spróbowanie. Len nie jest krytyczny wobec smaków pożywienia, więc czy to by było masło zwykłe, orzechowe, czy tektura umoczona w rosole, pewnie i tak byłby zachwycony… i ku mojemu zdumieniu, po raz pierwszy Len zajął się zabawką z tej kategorii na dłużej. Oczywiście musiałam to nagrać, bo własnym oczom nie wierzyłam, że chodzi z nią, liże, gryzie i jest bardzo zaangażowany w wydobycie wszystkiego, co tam w środku wyczuwa językiem.

Na powyższych filmikach widać, że KONG spodobał się Lenowi (wybaczcie mokrą podłogę, która trochę psuje efekt, ale każdy, kto mieszka ze szczeniakiem wie, jak jest… o czystości można pomarzyć :D) i to tylko namiastka jego zainteresowania… Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona i od razu zaczęłam zastanawiać się, czym jeszcze mogę wypełnić tę nową wersję „kuli-smakuli”. Nie mając lepszego pomysłu, stwierdziłam, że sprawdzę jak zadziała zwykły pasztet drobiowy… Oj, zadziałał lepiej, niż masło orzechowe… Porwał Lena na kilkanaście, albo nawet więcej minut i to do tego stopnia, że nawet, kiedy wydawało mi się, że zrezygnował już z „memłania” i lizania, to on przenosił się w inne miejsce i z podobnym zapamiętaniem, co na samym początku dalej tłamsił nowy nabytek…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
z psim herbatnikiem 😀
20151120_125124
Opakowanie 😀 mam nadzieję, że dopadnę większy rozmiar, bo za parę miesięcy nasz KONG może jednak okazać się za mały…
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bardzo lubi trącać takie zabawki i toczyć je po podłodze 😀

Podsumowując… jestem dziewczyną, więc kolor jasnoniebieski oceniam na plus, prezentuje się pięknie! ❤

A tak na poważnie, to KONG Activity Ball sprawdził się u Lena głównie dlatego, że:

a) ma tak zrobiony otwór (z dwóch stron, mniejszy i większy), iż wysiłek psa zakończony jest sukcesem, bo faktycznie udaje się coś „wygrzebać”

b) materiał jest stosunkowo miękki, przez co da się go ugniatać, zgniatać, wyginać i to pomaga w wydostaniu zawartości… ale także stymuluje psa do żucia i gryzienia, co jest niezwykle ważne!

c) jak nazwa wskazuje, jest to piłka… i faktycznie jako piłka świetnie się sprawdza, gdyż dobrze się odbija i jest na tyle lekkie, że można rzucać nawet w mieszkaniu, bez zbędnego hałasu

d) za wadę mogłabym uznać wielkość, gdyż mamy rozmiar „small” dla szczeniąt do 9 kg, choć przy moim kilkunastokilogramowym się sprawdza ta wielkość znakomicie na razie… choć obawiam się, że za niedługo trzeba będzie zainwestować w coś większego 😀

e) da się ją wykorzystać jako piłkę, a że Len lubi biegać, to ćwiczenie aportu z Activity Ball sprawdza się świetnie

f) mój pies jest w trakcie wymiany zębów, a ta zabawka choć na pierwszy rzut oka wydaje się być regularnych kształtów, ma nacięcia, które są ząbkowane (o ile tak to mogę powiedzieć), co dodatkowo stymuluje żucie i masuje dziąsła

Jesteśmy zadowoleni z prezentu od Nasze Zoo i z czystym sumieniem poleciłabym KONG Activity Ball wszystkim psom, które lubią chwilę się pomęczyć, aby zdobyć dobre kąski… albo po prostu żuć i gryźć. A to potrzeba etogramowa wszystkich psów, więc myślę, że zabawka ta jest dla każdego 🙂 Mnie spodobała się między innymi dlatego, że wypełniając ją po brzegi, mogę spokojnie wyjść z domu, a Len ma zajęcie na dłuższą chwilę. Podobnie kiedy przychodzą goście i nie chcę, żeby Len wszedł w try „nieznośny”, co jeszcze mu się zdarza, podaję mu tę zabawkę…i aż miło patrzeć na jego rozanieloną minę 🙂

Dziękujęmy Nasze Zoo za możliwość „degustacji” tej ciekawej zabawki, za fajną zabawę, jaką była recenzja „niespodzianki” dla nas przygotowanej i serdecznie polecamy KONG Activity Ball innym psiakom i ich właścicielom 🙂 A także zapraszamy do odwiedzin na Nasze Zoo 🙂

Jeśli ktoś już ją ma, jestem ciekawa opinii. Czy sprawdza się równie dobrze, jak u nas? Ostatnio znalazłam przepis idealny do zastosowania w tej zabawce i mam zamiar wcielić go w życie… 😀

 

Reklamy

Weterynarzem już nie będę… więc co w zamian?

Przyznam się bez bicia, że dziś nastąpił dla mnie dość przełomowy dzień w życiu, gdyż rozpoczęłam kurs instruktora szkolenia psów. Z jednej strony marzyłam o tym od dawna, z drugiej nie wierzyłam, że kiedykolwiek coś takiego nastąpi. Stało się jednak tak, że trochę przypadkowo trafiłam do wspaniałej szkoły i siedząc dziś na pierwszych zajęciach nie posiadałam się ze szczęścia.

Jak już wspominałam na blogu, od najmłodszych lat kocham psy na zabój i czasem nawet martwiłam się, że cierpię na jakąś dziwną obsesję, ale im więcej psiarzy poznaję, tym bardziej przekonuję się, że nie jestem sama. Pisałam też o tym, iż przez wiele lat, odkąd tylko dowiedziałam się, że jest taki zawód, chciałam być weterynarzem. Okay, najpierw chciałam być… psem. Może dlatego, że byłam jedynaczką i często bawiłam się sama jednak, to udawanie psa było jedną z moich ulubionych rozrywek, chodziłam na czworaka z podkurczonymi palcami dłoni (aby przypominały łapy) i starałam się wiernie naśladować psy, nawet szczekając (słyszę ten odgłos zamykania okna z moim blogiem i przerażenie „uciekających” czytelników :D). Mój ojciec strasznie się na mnie złościł, że się tak zachowuje, ale ja świetnie się bawiłam, bo uważałam, że psy to najlepsze, co chodzi po tej ziemi. W pewnym momencie dotarło do mnie, że weterynarz zajmuje się różnymi zwierzętami i wcale nie leczy tylko piesków (i spokojnie, przestałam też udawać psa :D). Zwierzęta ogółem również uwielbiam, ale jednak szukałam czegoś stricte z psami… odkryłam, że jest kynologia i można być kynologiem. Wtedy chyba nie do końca wiedziałam, czym by się miał taki kynolog zajmować, ani jak dotrzeć do takiego zawodu. A te lekko 15 lat temu coś takiego jak psi behawiorysta, czy trener/instruktor szkolenia nie występowało w moim słowniku za bardzo, ba, nawet się za bardzo o takich rzeczach nie mówiło. Dopiero później ci wszyscy specjaliści od psów zaczęli robić się coraz bardziej popularni. Lata leciały, psy stale kochałam tą samą miłością, ale z moją tragiczną przypadłością wielu różnych zainteresowań i nieumiejętnością zdecydowania się na coś konkretnego, kończyłam szkołę, szłam na studia i żyłam sobie. Coraz bardziej żałując, że nie wierzyłam w siebie i jednak nie przyłożyłam się do tego, żeby startować na weterynarię. Cały czas zastanawiałam się także, co zrobić i jak zrobić, żeby być blisko psów, pomagać im, mieć dużą wiedzę na ich temat i kompetencje w komunikacji z tymi cudownymi istotami.

Kiedy miałam 11 lat, do mojego domu trafiła Czika i była spełnieniem moich marzeń. Naprawdę czekałam na psa 11 lat, bo o ile dać wiarę opowieściom rodziców, to jako berbeć wyskakiwałam z wózka za każdym psem i trzeba było mnie przypominać szelkami mocno, a i tak się wyrywałam, bo idzie „hau, hau”. Prawie każda zabawka, jaką dostawałam, była psem, czy to plastikowym, czy pluszowym. Później zaczęłam dostawać książki o psach, lub kupować takowe za pierwsze kieszonkowe. Moją biblią była ta oto książka:

Nie mam pod ręką, żeby zrobić zdjęcie, więc pożyczam z: http://olx.pl/oferta/ksiazka-rasy-psow-CID751-IDIGOL.html

Wertowałam ją w kółko i dość szybko nauczyłam się wszystkich ras, które tam były opisane, choć dziś wiem, że od tamtej pory pojawiło się sporo nowych, jak i nie wszystkie były w niej ujęte, więc mam braki do nadrobienia. Miałam też takie pierwsze książki o tym, co to jest pies i jak się zabrać do jego wychowania. Ostatnio w społeczeństwie szerzy się świadomość, że „pies nie jest dla dziecka” i dziecko nie powinno zbyt wcześnie samo zajmować się psem. Byłabym trochę hipokrytką, gdybym się całkiem pod tym podpisała, gdyż w wieku 11 lat jednak nadal byłam dzieckiem i wybłagałam zgodę mamy (bo ojciec nie zgadzał się przez to, że mama się nie zgadzała, a sam psy już miał i lubił). Ale jak mówię, na moje usprawiedliwienie mam to, że ja naprawdę cierpiałam, nie mając psa i na osiedlu wszyscy mnie znali i mówili mojej mamie, że czas sprawić mi psa, bo „taka mądra ta pani córka, tyle wie o psach, że sobie poradzi”. Nie ściemniam, kiedy mówię, że to ja podpowiadałam rodzicom, co i jak robić z Cziką od pierwszego dnia, gdy się pojawiła. Oczywiście, byli dużym wsparciem (bo samemu ogarnąć szczeniaka, nie jest łatwo!), ale jednak ja byłam właścicielem i tym, kto z Cziką w jakiś sposób pracował. Pewnie były i są dzieci podobne do mnie, może nawet młodsze, którą znają się na rzeczy, ale to trzeba już poznać indywidualny przypadek… Bo tak ogólnie, nadal pokutuje „pies-zachcianka”, „pies dla dziecka” i „pies-prezent”, które gdy dobrze pójdzie zostają z rodzicami, kiedy dziecko ma je gdzieś, ale gdy pójdzie źle, są krzywdzone i wyrzucane. Ale o tym kiedy indziej.

Nie mam pojęcia, jak udało mi się wychować Czikę na tak wspaniałego psa, mimo bycia szczeniakiem samemu tak naprawdę. Myślę, że to trochę wypadkowa mojego instynktu i jej wyjątkowej mądrości, no i może tego, że jako suczka była trochę bardziej uległa. Przez przeszło 13 lat pogląd na psy, na ich wychowywanie i zachowania zmienił się znacznie. Pojawiło się mnóstwo publikacji, szkół, rozwinął się internet, media społecznościowe, pojawiły się nowe teorie i badania naukowe. Dziś wiem, że nie wszystko było idealne, co robiłam z Cziką, nie wszystko zauważałam, a moja wiedza może była wystarczająca do jakiegoś w miarę bezpiecznego wychowania psa, ale na pewno nie była duża i specjalistyczna.

Dziś, kiedy mam drugiego psa, tak jeszcze młodego, kiedy przeczytałam jeszcze więcej, kiedy w każdej chwili mogę znaleźć nowe informacje w internecie i wymienić doświadczenia z innymi posiadaczami psów, mam jeszcze większą ochotę pogłębiać swoją wiedzę. Tym bardziej, że przez parę lat miałam przestój (bo Czika była i jest w porządku i była też coraz starsza, więc nie było potrzeby kombinowania z takimi, czy innymi ćwiczeniami).

Myślę, że praca z psami dzisiaj to taka swego rodzaju misja. Trzeba jeszcze wiele zrobić, by i nam, i im żyło się lepiej. Trzeba dużo świadomości społecznej o problemach, o zachowaniach psów i o tym, że można krzywdzić je też w zupełnie „niewinny” sposób, a nie tylko, gdy są wyrzucane z pędzących aut. I też dla własnej satysfakcji chciałabym mieć pewność, że wiem „jak działa jamniczek” i jak pomóc tym, którzy tego nie wiedzą. I sobie, gdy Len postawi wiele z elementów mojego doświadczenia z psami pod znakiem zapytania (co z resztą czyni często).

Co z tego będzie, czy zostanę behawiorystą w przyszłości, czy w tej bliższej właśnie instruktorem szkolenia, czas pokaże. Może uda mi się dzięki zdobytej wiedzy dobrze wychować Lena, sprawić by był najszczęśliwszym psem na świecie, może pomogę też innym psom i ich właścicielom. Wiem, że byłoby wspaniale i wiem, że czeka mnie sporo pracy i wytrwałości. Także Drodzy Odwiedzający mojego bloga, dziękuję Wam, że tu bywacie i jeśli możecie, trzymajcie kciuki za mnie i Lena, bo czeka nas w najbliższych miesiącach wiele nowych wyzwań 🙂 Pewnie będę o nich na bieżąco pisać i dzielić się wszelkimi przemyśleniami.

A sam Len ma się całkiem dobrze, choć ostatnie dni są dla niego dość trudne i pewnie przez jakiś czas jeszcze będą, gdyż zaczął wymieniać zęby. Ma już na pewno 4 nowe, dwa na górze i dwa na dole, wydaje mi się, że jest jeszcze 5 nowy z boku szczęki, ale nie mam pewności. Zaczął się już lenić (he he) i pewnie niedługo jego dziecięcy puszek pozostanie tylko wspomnieniem 😀 Staram się urozmaicać mu trochę dietę, między innymi galaretką/wywarem z kurzych łapek, żeby miał budulec dla stawów i kości, dodaję czasem trochę ryżu lub makaronu. Ostatnio zdobyłam także duże wołowe serce, które oczywiście bardzo mu posmakowało. Uczę go także samokontroli – na razie poprzez pozostawianie na podłodze rzeczy (smakołyków, mięsa itp.), których nie wolno mu ruszyć, dopóki nie dostanie pozwolenia. W przypadku podawania jedzenia również muszę z nim to jeszcze poćwiczyć, gdyż dostaje szaleju, jak niosę miskę, a to jednak nie jest pożądane zachowanie. I tak sobie lecą dni, codziennie poznajemy się lepiej i uczymy czegoś nowego. Niedługo Len skończy 4 miesiące, tak ten czas leci! 😀

nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata :D
nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata 😀
coraz większy wilk!
coraz większy wilk!
pasuje do kafelków :D
pasuje do kafelków 😀

Psy w miejscach publicznych – nadal hańba?

Okay, blog jest o Lenie, chętnie pisałabym tylko o nim… ale nawet gdybym próbowała, to on też wpisany jest w szerszy kontekst… który działa mi na nerwy, nurtuje mnie, męczy i spać niekiedy nie daje. Mianowicie mam na myśli nadal istniejące zacofanie w naszej mentalności, które każe nam traktować psy jako zapchlone, nieczyste, śmierdzące, niebezpieczne i ogólnie gorsze od ludzi ( a wiemy, że często są lepsze!). Wszystko to wiąże się z tym, że do wielu miejsc nadal z psem wejść nie można tylko i wyłącznie ze względu na czyjąć ideologię, a nie ze względu na realne zagrożenie. Wspominałam już tutaj kilkukrotnie, że będę wchodzić drzwiami i oknami, gdzie się da i sprawdzać miejsca, w które się nie da i niczym Sokrates, pytać „dlaczego?” i szukać prawdy.

Jednym z moich marzeń niewątpliwie jest móc kiedyś chodzić do pracy z psem. Nie wydaje mi się, że miejsce pod biurkiem, czy w kącie biura, to złe miejsce dla psa. Nauczony zachowywania czystości, a także spokojny pies, nikomu by nie zawadzał i wydaje mi się to dość oczywiste… Osobiście nie znam jednak ludzi, którzy np. do korporacji chodzili by z psem. Nie wiem, czy wynika to z jakichś odgórnych przepisów, czy firmowego savoire vivre’u, czy dzieje się tak, bo nikt po prostu nie próbował… no ale nie znam. Może ktos z Was zna kogoś takiego?

Wspominałam przy okazji wpisu o koncercie Cisza Jak Ta, że będę za niedługo pisać o wspaniałym spotkaniu, którego się nie spodziewałam. Jak już była tu mowa, jestem nadal studentką, więc chodzę na wykłady. W październiku udałam się na środowy wykład pt. „Gry i rytuały komunikacyjne”, kilka minut spóźniona weszłam do sali (wykład jeszcze się nie zaczął) i ze zdumieniem spostrzegłam, że pod tablicą leży pies. Wcale nie mały, bo golden retriver i drzemie sobie, a pani profesor stara się uruchomić rzutnik. Gapiąc się oniemiała na psa, zasiadłam w pierwszej ławce i musiałam wyglądać groteskowo, bo uśmiechałam się od ucha do ucha. Pewnie nawet za bardzo, ale tak wielka była moja radość. Bo samej przeszło mi przez myśl (gdyż w statucie UJ nie znalazłam zapisu, że nie wolno), aby chodzić z Lenem na wykłady, tyle że on na razie jeszcze jest zbyt zbzikowany na to. Nie miałam czasu zostać po wykładzie, więc niezwłocznie napisałam maila do pani profesor i okazało się, że to faktycznie jej pies, ma na imię Fraszka (cudnie!) i jest już 3 z kolei psem wprowadzonym na uniwersytet przez panią Antas. Dowiedziałam się, że pani Antas jest także autorką książki „Rozmowy z psem, czyli komunikacja międzygatunkowa„, o której to książce będę pisać za niedługo (jak tylko przeczytam, bo jak zwykle lista-tasiemiec tytułów do przeczytania).

12064191_906319042736687_559317120_n
Fraszka to uosobienie słowa „poczciwy”… jest cudowna! Po każdym wykładzie łasi się i daje pogłaskać 😀

Uważam to za niezwykle piękny gest i nie ma się co oszukiwać, zazdroszczę pani profesor, że ma taką pracę, w której może być razem z psem i nikt nikomu nie robi z tego powodu wyrzutów.

W zeszłym, czy w tym tygodniu pojawił się sieci artykuł, który mówił o świetnej inicjatywie, a mianowicie psy ze schronisk w urzędzie w Aleksandrowie. Fantastyczne! Płakać mi się chciało ze wzruszenia, że ktoś dał na to zezwolenie i wyszedł z tak wspaniałą inicjatywą. Prawda jest taka, że w większości przypadków pies łagodzi obyczaje (no chyba, że wchodzimy tam, gdzie nas nie chcą :D) i o wiele przyjemniej jest, kiedy wita nas merdanie ogona i psi uśmiech.

Bardzo jestem ciekawa, czy wśród czytelników psich blogów, bądź ich autorów, są jacyś, którzy chodzą do pracy z psem? Może znacie podobne przypadki do Fraszki? Ciekawa jestem Waszych doświadczeń!

A co do Lena… to więcej napiszę w najbliższych dniach, a dziś wspomnę tylko, że coraz lepiej idzie mu reakcja na komendę „zostaw”, nawet jeśli leży przed nim smakowity kawałek wołowiny… ale niestety na spacerach to jeszcze nie działa 😀

Szara codzienność… z psem nigdy nie jest szara

Czas sobie leci, jak zawsze, po swojemu… za kilka dni miną 2 miesiące, odkąd Len jest ze mną, a on sam w niedzielę skończy 16 tygodni życia. Kiedy tak na niego patrzę, jak rośnie, jak się zmienia… to w życiu bym nie powiedziała, że to są 2 miesiące. Mam wrażenie, że jest tu od zawsze! To dość zabawne, jak człowiek jest w stanie szybko przyzwyczaić się, że jego życie wygląda właśnie tak… że dni są podzielone na czas od spaceru do spaceru, że spory procent dobry spędza się na zabawie i innej komunikacji z psem, że wszędzie unosi się zapach rodem ze sklepu zoologicznego, że na ubraniach ma się sierść (na razie niewiele, ale wiadomo, jak będzie :D), że trzeba dać jeść, że znaczna część tematów naszych rozmów sprowadza się do psa… I masę innych przyjemności (jak wstawanie o 3 w nocy, bo pies ma problemy z jelitami, ahaha).

Przy kontakcie z każdym nowym psem, zdumiewa mnie to, jak bardzo różnią się one od siebie. Jak każdy ma swój charakter, upodobania, mowę ciała, cały osobisty „słownik”, za pomocą którego się porozumiewa… Kiedy tak patrzę na Lena i to jak z każdym dniem robi się coraz „mądrzejszy” (mam na myśli raczej możność skupienia uwagi), to aż mi się wierzyć nie chce… Bo to nie jest tak (myślę, że wielu się ze mną zgodzi), że przynosimy sobie szczeniaka i czas start: sielanka. Wszystko jest wesolutkie, bez nerwów, bez stresu, w pastelowych barwach jaśnieje nam wspólny czas… Niestety pierwsze tygodnie ze szczeniakiem (nie każdym oczywiście, ale często) to nierzadko udręka i frustracja, brak wspólnego języka, zawiedzione oczekiwania i nadzieje, przeplatane tylko tymi chwilami wytchnienia, kiedy „słodko śpi”, albo „tak ładnie bawi się piłeczką”. I oczywiście „uf, nie sikał już od pół godziny, mogę odpocząć i odłożyć mopa”.

Oczywiście mówię trochę z przymrużeniem oka, bo nie mam zamiaru udowadniać, że szczeniaki to jakieś potwory, a zanim się człowiek doczeka, aż się z tego zrobi pies, to mu żyłka pęknie tysiąc razy… 😀 Ale jakieś ziarnko prawdy w tym jest. Choć nadal podtrzymuję, że Czika była zupełnie innym psim dzieckiem, pewnie dlatego, że suczka i o zupełnie innym charakterze niż Len. Wracając więc do tego, że mi się wierzyć nie chce, to faktycznie momentami tak jest. W przeciągu tych dwóch miesięcy Len stał się już niemalże młodzieńcem z mocniej zarysowanym charakterem, który uważa, że świat należy do niego, ale jednocześnie skłonny jest do negocjacji 😀

  • kiedy patrzę na niego i/lub mówię coś, czegoś zabraniam, na coś pozwalam… Udaje nam się nawiązać dialog.
  • rzadziej gryzie mnie lub drapie, robi to już z resztą zupełnie inaczej, niż na początku (chyba trochę poznał własne szczęki).
  • nie gryzie pod kolanami, ani nie łapie za stopy, co było nagminne.
  • pozwala mi wyjąć jedzenie z lodówki, przygotować coś i zjeść w spokoju (a wcześniej zachowywał się trochę jak opętany w tej kwestii i rzucał na lodówkę/stół).
  • dłużej wytrzymuje z fizjologią i są już takie momenty, jakby faktycznie starał się mnie świadomie wyciągnąć na dwór, żeby załatwić swoje potrzeby.
  • kiedy zostaje sam w domu nadal (odpukać!) jest grzeczny i jak na razie niczego nie zniszczył… no dobra, raz zdjął z półki książkę i zjadł trochę, resztę potargał… [ale na szczęście nie była to jakaś bardzo ważna książka :D].
  • puszczony luzem przybiega na wołanie [albo moje odbiegnięcie w przeciwną stronę, ale cii], pilnuje się i całkiem ładnie chodzi
  • lubi wykonywać różne polecenia (choć na razie najczęściej za smakołyki) i jego wzrok wtedy jest bezcenny… widać tę krew owczarka, który chce się wykazać i aż mu oczy płoną 😀
  • coraz ładniej jeździ komunikacją miejską, cierpliwość mu się poprawia.

Oczywiście jest jeszcze mnóóóstwo pracy przed nami, żeby nasze porozumienie naprawdę było bez granic, żebym nie musiała się martwić o jego bezpieczeństwo, żebyśmy sobie nawzajem ufali. Nie zmienia to jednak faktu, że cieszę się, kiedy widzę te wszystkie zmiany na lepsze i nie biega za mną po domu złośliwy chochlik, tylko całkiem pewny siebie pies, który czeka na dalsze poznawanie świata.

Przyznam jednak szczerze, że jest jeszcze jedna rzecz, która się zmieniła… robi się cholernie ciężki!!! Już prawie nie mam siły go nosić, ale dla dobra jego stawów poświęcę jeszcze przez jakiś czas swój kręgosłup… Ahaha.

Życie bez psa jest bardzo puste i nie chciałabym musieć wracać do tego stanu, bo chociaż bywają te trudniejsze momenty, to radość z obecności syna wilka w naszym życiu jest nieporównywalna do niczego innego… I choć nad Krakowem wisi przeraźliwy smog i ledwo jest czym oddychać, choć dookoła rozpościera się ponura mgła, choć poranki i wieczory są już bardzo zimne, to kiedy człowiek się budzi, ogląda za siebie, spogląda w bok i widzi gdzieś w pobliżu bystre oczy i mokry nos… to łatwiej się żyje. Kto nie wierzy, niech sprawdzi!

Wcale nie pozwalam mu spać w łóżku, ale czasem nim zdążę go wygonić... to już się rozgości i nie jest łatwo :D
Wcale nie pozwalam mu spać w łóżku, ale czasem nim zdążę go wygonić… to już się rozgości i nie jest łatwo 😀
Zawsze, kiedy niesie patyk, idzie z taką dumą przed siebie, jakby to była najlepsza zdobycz świata :D
Zawsze, kiedy niesie patyk, idzie z taką dumą przed siebie, jakby to była najlepsza zdobycz świata 😀
Wydaje się taki malutki... ale jest już naprawdę spory, rośnie chyba non stop :D
Wydaje się taki malutki… ale jest już naprawdę spory, rośnie chyba non stop 😀