Weterynarzem już nie będę… więc co w zamian?

Przyznam się bez bicia, że dziś nastąpił dla mnie dość przełomowy dzień w życiu, gdyż rozpoczęłam kurs instruktora szkolenia psów. Z jednej strony marzyłam o tym od dawna, z drugiej nie wierzyłam, że kiedykolwiek coś takiego nastąpi. Stało się jednak tak, że trochę przypadkowo trafiłam do wspaniałej szkoły i siedząc dziś na pierwszych zajęciach nie posiadałam się ze szczęścia.

Jak już wspominałam na blogu, od najmłodszych lat kocham psy na zabój i czasem nawet martwiłam się, że cierpię na jakąś dziwną obsesję, ale im więcej psiarzy poznaję, tym bardziej przekonuję się, że nie jestem sama. Pisałam też o tym, iż przez wiele lat, odkąd tylko dowiedziałam się, że jest taki zawód, chciałam być weterynarzem. Okay, najpierw chciałam być… psem. Może dlatego, że byłam jedynaczką i często bawiłam się sama jednak, to udawanie psa było jedną z moich ulubionych rozrywek, chodziłam na czworaka z podkurczonymi palcami dłoni (aby przypominały łapy) i starałam się wiernie naśladować psy, nawet szczekając (słyszę ten odgłos zamykania okna z moim blogiem i przerażenie „uciekających” czytelników :D). Mój ojciec strasznie się na mnie złościł, że się tak zachowuje, ale ja świetnie się bawiłam, bo uważałam, że psy to najlepsze, co chodzi po tej ziemi. W pewnym momencie dotarło do mnie, że weterynarz zajmuje się różnymi zwierzętami i wcale nie leczy tylko piesków (i spokojnie, przestałam też udawać psa :D). Zwierzęta ogółem również uwielbiam, ale jednak szukałam czegoś stricte z psami… odkryłam, że jest kynologia i można być kynologiem. Wtedy chyba nie do końca wiedziałam, czym by się miał taki kynolog zajmować, ani jak dotrzeć do takiego zawodu. A te lekko 15 lat temu coś takiego jak psi behawiorysta, czy trener/instruktor szkolenia nie występowało w moim słowniku za bardzo, ba, nawet się za bardzo o takich rzeczach nie mówiło. Dopiero później ci wszyscy specjaliści od psów zaczęli robić się coraz bardziej popularni. Lata leciały, psy stale kochałam tą samą miłością, ale z moją tragiczną przypadłością wielu różnych zainteresowań i nieumiejętnością zdecydowania się na coś konkretnego, kończyłam szkołę, szłam na studia i żyłam sobie. Coraz bardziej żałując, że nie wierzyłam w siebie i jednak nie przyłożyłam się do tego, żeby startować na weterynarię. Cały czas zastanawiałam się także, co zrobić i jak zrobić, żeby być blisko psów, pomagać im, mieć dużą wiedzę na ich temat i kompetencje w komunikacji z tymi cudownymi istotami.

Kiedy miałam 11 lat, do mojego domu trafiła Czika i była spełnieniem moich marzeń. Naprawdę czekałam na psa 11 lat, bo o ile dać wiarę opowieściom rodziców, to jako berbeć wyskakiwałam z wózka za każdym psem i trzeba było mnie przypominać szelkami mocno, a i tak się wyrywałam, bo idzie „hau, hau”. Prawie każda zabawka, jaką dostawałam, była psem, czy to plastikowym, czy pluszowym. Później zaczęłam dostawać książki o psach, lub kupować takowe za pierwsze kieszonkowe. Moją biblią była ta oto książka:

Nie mam pod ręką, żeby zrobić zdjęcie, więc pożyczam z: http://olx.pl/oferta/ksiazka-rasy-psow-CID751-IDIGOL.html

Wertowałam ją w kółko i dość szybko nauczyłam się wszystkich ras, które tam były opisane, choć dziś wiem, że od tamtej pory pojawiło się sporo nowych, jak i nie wszystkie były w niej ujęte, więc mam braki do nadrobienia. Miałam też takie pierwsze książki o tym, co to jest pies i jak się zabrać do jego wychowania. Ostatnio w społeczeństwie szerzy się świadomość, że „pies nie jest dla dziecka” i dziecko nie powinno zbyt wcześnie samo zajmować się psem. Byłabym trochę hipokrytką, gdybym się całkiem pod tym podpisała, gdyż w wieku 11 lat jednak nadal byłam dzieckiem i wybłagałam zgodę mamy (bo ojciec nie zgadzał się przez to, że mama się nie zgadzała, a sam psy już miał i lubił). Ale jak mówię, na moje usprawiedliwienie mam to, że ja naprawdę cierpiałam, nie mając psa i na osiedlu wszyscy mnie znali i mówili mojej mamie, że czas sprawić mi psa, bo „taka mądra ta pani córka, tyle wie o psach, że sobie poradzi”. Nie ściemniam, kiedy mówię, że to ja podpowiadałam rodzicom, co i jak robić z Cziką od pierwszego dnia, gdy się pojawiła. Oczywiście, byli dużym wsparciem (bo samemu ogarnąć szczeniaka, nie jest łatwo!), ale jednak ja byłam właścicielem i tym, kto z Cziką w jakiś sposób pracował. Pewnie były i są dzieci podobne do mnie, może nawet młodsze, którą znają się na rzeczy, ale to trzeba już poznać indywidualny przypadek… Bo tak ogólnie, nadal pokutuje „pies-zachcianka”, „pies dla dziecka” i „pies-prezent”, które gdy dobrze pójdzie zostają z rodzicami, kiedy dziecko ma je gdzieś, ale gdy pójdzie źle, są krzywdzone i wyrzucane. Ale o tym kiedy indziej.

Nie mam pojęcia, jak udało mi się wychować Czikę na tak wspaniałego psa, mimo bycia szczeniakiem samemu tak naprawdę. Myślę, że to trochę wypadkowa mojego instynktu i jej wyjątkowej mądrości, no i może tego, że jako suczka była trochę bardziej uległa. Przez przeszło 13 lat pogląd na psy, na ich wychowywanie i zachowania zmienił się znacznie. Pojawiło się mnóstwo publikacji, szkół, rozwinął się internet, media społecznościowe, pojawiły się nowe teorie i badania naukowe. Dziś wiem, że nie wszystko było idealne, co robiłam z Cziką, nie wszystko zauważałam, a moja wiedza może była wystarczająca do jakiegoś w miarę bezpiecznego wychowania psa, ale na pewno nie była duża i specjalistyczna.

Dziś, kiedy mam drugiego psa, tak jeszcze młodego, kiedy przeczytałam jeszcze więcej, kiedy w każdej chwili mogę znaleźć nowe informacje w internecie i wymienić doświadczenia z innymi posiadaczami psów, mam jeszcze większą ochotę pogłębiać swoją wiedzę. Tym bardziej, że przez parę lat miałam przestój (bo Czika była i jest w porządku i była też coraz starsza, więc nie było potrzeby kombinowania z takimi, czy innymi ćwiczeniami).

Myślę, że praca z psami dzisiaj to taka swego rodzaju misja. Trzeba jeszcze wiele zrobić, by i nam, i im żyło się lepiej. Trzeba dużo świadomości społecznej o problemach, o zachowaniach psów i o tym, że można krzywdzić je też w zupełnie „niewinny” sposób, a nie tylko, gdy są wyrzucane z pędzących aut. I też dla własnej satysfakcji chciałabym mieć pewność, że wiem „jak działa jamniczek” i jak pomóc tym, którzy tego nie wiedzą. I sobie, gdy Len postawi wiele z elementów mojego doświadczenia z psami pod znakiem zapytania (co z resztą czyni często).

Co z tego będzie, czy zostanę behawiorystą w przyszłości, czy w tej bliższej właśnie instruktorem szkolenia, czas pokaże. Może uda mi się dzięki zdobytej wiedzy dobrze wychować Lena, sprawić by był najszczęśliwszym psem na świecie, może pomogę też innym psom i ich właścicielom. Wiem, że byłoby wspaniale i wiem, że czeka mnie sporo pracy i wytrwałości. Także Drodzy Odwiedzający mojego bloga, dziękuję Wam, że tu bywacie i jeśli możecie, trzymajcie kciuki za mnie i Lena, bo czeka nas w najbliższych miesiącach wiele nowych wyzwań 🙂 Pewnie będę o nich na bieżąco pisać i dzielić się wszelkimi przemyśleniami.

A sam Len ma się całkiem dobrze, choć ostatnie dni są dla niego dość trudne i pewnie przez jakiś czas jeszcze będą, gdyż zaczął wymieniać zęby. Ma już na pewno 4 nowe, dwa na górze i dwa na dole, wydaje mi się, że jest jeszcze 5 nowy z boku szczęki, ale nie mam pewności. Zaczął się już lenić (he he) i pewnie niedługo jego dziecięcy puszek pozostanie tylko wspomnieniem 😀 Staram się urozmaicać mu trochę dietę, między innymi galaretką/wywarem z kurzych łapek, żeby miał budulec dla stawów i kości, dodaję czasem trochę ryżu lub makaronu. Ostatnio zdobyłam także duże wołowe serce, które oczywiście bardzo mu posmakowało. Uczę go także samokontroli – na razie poprzez pozostawianie na podłodze rzeczy (smakołyków, mięsa itp.), których nie wolno mu ruszyć, dopóki nie dostanie pozwolenia. W przypadku podawania jedzenia również muszę z nim to jeszcze poćwiczyć, gdyż dostaje szaleju, jak niosę miskę, a to jednak nie jest pożądane zachowanie. I tak sobie lecą dni, codziennie poznajemy się lepiej i uczymy czegoś nowego. Niedługo Len skończy 4 miesiące, tak ten czas leci! 😀

nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata :D
nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata 😀
coraz większy wilk!
coraz większy wilk!
pasuje do kafelków :D
pasuje do kafelków 😀
Reklamy

2 myśli w temacie “Weterynarzem już nie będę… więc co w zamian?

  1. równomiesięczniki z moim Birkiem! 🙂 Mi kiedyś mama powiedziała takie zdanie (bo też chciałam być weterynarzem): „Kochanie ja wierzę że zaopiekujesz się psem, wsadzić rękę do odbytu krowy ale skarbie Ty żadnego zwierzaka nie uśpisz”. Miała rację. Więc dałam sobie spokój i zajęłam się psychologią psią 🙂 Narazie samouk, w planach kurs.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Podpisuję się pod tym całkowicie, nie dość, że bym nie uśpiła, to jeszcze bym nawet krwi pewnie nie pobrała, bo od paru lat mi się naprawdę słabo robi na widok krwi, ran itd…. Także popieram, psia psychologia jest chyba nawet bardziej fascynująca, niż wnętrzności. Trzymam kciuki za Ciebie, dobry kurs to super sprawa i dobra zabawa 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s