Nie taki Sylwester straszny…

Tak oto nastał rok 2016, Len skończył 5 miesięcy i 2 tygodnie, przeżył pierwszego w życiu Sylwestra, był na kilkudniowej wycieczce, gdzie nauczyliśmy się o sobie kilku nowych rzeczy, stracił już wszystkie mleczaki i powoli robi się z niego przystojniak 😀

Sylwestry spędzałam przez większość lat mojego życia w domu moim, bądź mojej przyjaciółki, zupełnie nie rozumiałam, na czym polega ta pogoń za „super imprezą”, „balem do białego rana”, planowaniem wszystkiego najlepiej już we wrześniu… Od paru lat jednak spędzam ten dzień i noc w większym gronie, gdzieś jadę, bądź wychodzę. Jednocześnie mam wyjątkowe szczęście do psów, bo Czika Sylwestra, fajerwerki, wystrzały i inne kwestie miała  w głębokim poważaniu i najczęściej spała, bądź zajmowała się tym, co w każdy inny dzień. Kiedyś została nawet w domu sama na noc i też nie przyniosło jej to żadnej traumy. Wiem jednak, że jest ona bardzo wyjątkowym psem na wielu innych polach również, więc ciężko inne mierzyć tą miarą. W tym roku również okazało się, że Sylwester będzie wyjazdowy, choć szczerze mówiąc, to wyobrażałam sobie, że dla dobra Lena zostanę raczej w domu, aby nie fundować mu dodatkowych stresów… stało się jednak inaczej i z ósemką znajomych bliższych i dalszych wylądowaliśmy w dwupokojowym, piętrowym domku w Kacwinie. Nie ukrywam, że byłam pełna obaw, a jednocześnie miałam nadzieję, że wszystko uda się bez problemu i Len pozytywnie mnie zaskoczy.

Przyjechaliśmy na miejsce w środę wieczorem, więc miał chwilkę na zapoznanie się z miejscem. Na śniadania i obiady chodziliśmy na wspólną salę i to bardzo mnie stresowało, bo jednak pies, może przeszkadzać, sam fakt jego obecności tam jest przecież kłopotliwy, a co dopiero jak odstawi szopkę… obawiałam się, że ludzie dookoła tak będą sobie o Lenie myśleć i szybko popadniemy w niełaskę. Tym bardziej, że o mało włos byśmy nie pojechali, bo…

-ale z psem…? nie, wolałabym bez psa, bo jak będzie hałasował, inni goście będą się skarżyć… musi być ten pies? / -musi być, bo dwie osoby wtedy też nie przyjadą… / – zastanowię się, no ale…

Mniej więcej w tym tonie podeszła do sprawy właścicielka przybytku i już postawiłam krzyżyk na tym miejscu (Pensjonat Harnaś w Kacwinie), uznając za „niepsiolubne” i nastawiałam się na spokojny 31 w domu z psem… stało się jednak inaczej, zgodzono się na nasz przyjazd… i dawno już nikt mnie tak pozytywnie nie zaskoczył jak Len tamtej nocy, jak i kolejnych dni… Gdy przyszliśmy na salę (teraz wyobraźcie sobie wiejskie wesele z góralską kapelą… taak :D), pełną ludzi i hałasu, Len chwilę się pokręcił, położył i poszedł spać po stołem… praktycznie od 20 do prawie północy spał i to jak zabity… Gdy ludzie zaczęli wychodzić przed budynek, w tym moi towarzysze zabawy, wiedziałam, że teraz oto nadchodzi prawdziwa próba… Miałam przygotowane pudełko Alpha Spirit (świetne jedzonko, sprawdziło się znakomicie), za którym Len bardzo przepada i gdy się troszkę rozbudził, siedział sobie w kącie, a ja podawałam mu po jednej, bądź dwóch kostkach karmy, a na zewnątrz ludzie strzelali, krzyczeli i wybuchy petard trwały przez kilka minut… Mój pies rzucił spojrzeniem, zastrzygł uszami i w to by było na tyle… jadł sobie spokojnie i nie zwracał większej uwagi, ja też byłam spokojna i czułam się fantastycznie, dostał łyka szampana i weszliśmy w nowy rok razem i w spokoju. Co za radość! [kto nie jest psiarzem, nie zrozumie :D]

Kilkanaście minut po północy wyszliśmy na zewnątrz, gdyż postanowiłam wrócić do domku, a jak ewentualnie Len będzie w nastroju, to najwyżej jeszcze na salę… gdy przed budynkiem parę metrów od nas w niebo wystrzelił kolorowy fajerwerk z charakterystycznym sykiem… Len powiódł za nim wzrokiem, trochę zdziwiony i tyle… Poszliśmy dalej. Później naszczekał jeszcze na kilka, które widział na horyzoncie, pełen bojowego zacięcia, po czym znów zająć się swoimi sprawami. Jedyne, kiedy trochę faktycznie się denerwował i widać było stres, to gdy był zamknięty w pomieszczeniu, jakimś mniejszym i tylko słyszał wybuchy, lepiej znosił fajerwerki na zewnątrz, tyle zdążyłam zauważyć… Życzyłabym sobie, aby tak już zostało, choć wiem, że jeszcze nic nie jest przesądzone i przyszłoroczny Sylwester może nie być już taki spokojny… lecz mam nadzieję, że jednak będzie i trafił mi się kolejny wspaniały pies… Co nie zmienia faktu, że jestem całym sercem za tym, żeby ludzie dali sobie spokój z fajerwerkami i petardami, bo hałas i trauma wielu zwierząt (nie tylko psów) nie jest warta paru minut kolorowych światełek na niebie i śmietnika, który zastajemy 1 stycznia na ulicach…

Poza tym, odwiedziliśmy też tamę przy zamku w Niedzicy, gdzie poziom wody był zaskakująco mały i można było zwiedzić dno, gdyż woda opadłszy zostawiła mnóstwo rzecznych skarbów na widoku, a że pogoda była bardzo słoneczna, miło się spacerowało… Sam Kacwin okazał się bardzo przyjemną miejscowością położoną tuż przy polsko-słowackiej granicy, a miejsce, w którym żyliśmy sobie przez te parę dni miło cudowny wybieg dla psa (choć w lecie chyba dla owiec :D) i Len codziennie mógł bawić się piłką i biegać do woli. Białas został także nielegalnym „imigrantem”, bo odwiedziliśmy Słowację, choć nie ma on jeszcze psiego paszportu… to się nazywa jazda na krawędzi 😀 Było bardzo sympatycznie i aż żal wracać do Krakowa skąpanego w smogu i naszych schodów na 4 piętro… ale już nie mogę doczekać się kolejnych wyjazdów z Lenem, bo zapowiada się na wyśmienitego podróżnika, pełnego klasy, obycia i energii do zdobywania górskich szczytów, dolin i innych cudów przyrody i świata 😀

Życzymy wszystkim, którzy nas tu odwiedzają, wszystkiego najlepszego, wielu radosnych chwil z przyjaciółmi na czterech łapach, dużo zdrowia i energii do działania! Niech wilcza moc będzie z Wami!

tama
na tamie 😀

 

Reklamy