[17 kwietnia 2016] Nikt nie zajmie się moim psem tak dobrze, jak ja!

To była pierwsza myśl, kiedy lata temu wyjeżdżałam po raz pierwszy z domu tak, że trzeba było sprowadzić kogoś do opieki nad psem. Padło na babcię, która specjalnie przyjechała od siebie, żeby na ok 2 tygodnie zostać z Cziką. Nigdy dotychczas nie miała psa, więc byłam pełna obaw, jak sobie poradzi z wyprowadzaniem, karmieniem (czy np. nie upasie mi psa na amen :D) i ogólnie wszystkim. Oczywiście wszystkie najczarniejsze scenariusze – pogryzienia przez psy, ucieczka, wypadek drogowy, zatrucie i inne – przebiegały mi przed oczami jak w kalejdoskopie. Trudno, trzeba było jednak wyjść i zamknąć za sobą drzwi. A później dzwonić codziennie i pytać, jak tam pies, bo przecież co tam samopoczucie babci :’D A tak serio, to było to faktycznie spore przeżycie dla mnie… ale okazało się, że wszystko odbyło się bez przeszkód. Później i tak wyprowadziłam się z domu do innego miasta w związku ze studiami, więc musiałam przyzwyczaić się do tego, że psa nie mam na oku i zaufać mojej mamie, że w 100% dobrze się nim zajmie. Oczywiście i tym razem wszystko było okay, w końcu pies był rodzinny, a nie tylko mój, więc nie tylko ja znałam Czikę bardzo dobrze.

Prowadzę taki tryb życia, że dość często wyjeżdżam (na ogół na 2-3 dni), oczywiście, jak jest okazja, to i na dłużej, więc biorąc Lena, wiedziałam, że muszę liczyć się z zostawianiem go. Bo niestety mimo najszczerszych chęci, nie mogę zabrać go w 100% wszędzie. Pierwszy raz został sam na weekend (pod dobrą opieką :D) w niecałe 3 tygodnie po przybyciu do nowego domu, no i tak to się zaczęło… więc o to się nie martwię, bo takie rozstania są dla niego normalne i nie wpływają na niego praktycznie w żaden sposób, bo zawsze znajdzie się ktoś, komu może podokuczać, nie muszę to być ja, ahaha 😀 Na szczęście na ogół mam go z kim zostawić, a jeśli nie, to staram się ułożyć wyjazdy mimo wszystko tak, aby mógł jechać ze mną. Nadszedł jednak taki dzień, kiedy dość spontanicznie zapadła decyzja o tym, aby wybrać się w rejs po Bałtyku. Wiedziałam, że kolejna okazja może długo się nie powtórzyć, więc szybko ustaliwszy z przyjaciółmi, że będzie miał kto się Lenem zająć na czas tygodnia… klamka zapadła. Oczywiście zamiast przejąć się tym, że jak się jacht wywróci, to wszyscy zatoniemy (albo innymi poważnymi sprawami morskimi :D), to ja myślałam tylko o tym, ale jak ja zostawię mojego psa na tydzień pod czyjąś opieką… przecież nikt sobie nie da rady z tym. Nikt! Tydzień to za długo! Nie powinnam jechać, nie mogę… nieee!

Ostateczna decyzja odnośnie tożsamości „niań” zmieniała się parę razy, aż w końcu się wyklarowało i wszystko zostało dopięte na ostatni guzik… choć wytłumaczenie komuś, kto ma się zająć twoim psem, wszystkich jego zwyczajów, waszych zwyczajów, trybu życia, a także wszystkich innych „kwiatków” (a jak wiemy z tego bloga, Len do najłatwiejszych osobników nie należy, a i w wieku jest trudnym :D), wcale nie jest takie proste i co chwilę człowiek przypomina sobie coś nowego…a w efekcie i tak nie przekazuje 100% wiedzy na temat psa, którą powinien mieć zastępczy opiekun, żeby sobie dać radę… a przynajmniej tak się właścicielowi wydaje na ogół. Często jednak strach ma wielkie oczy, a jak usunie się sporą część swojego czarnowidztwa, to okazuje się, że ludzie sobie radzą, pies sobie radzi i ogólnie trzeba było bardziej się cieszyć wyjazdem, a nie rozmyślać, co tam ten mój pies…

Co prawda na długo na razie odechciało mi się dłuższych wyjazdów bez Lena, więc mam nadzieję, że szybko nie nastąpią, ale jestem bardzo wdzięczna wszystkim moim pomocnikom za ten tydzień i umożliwienie mi wspaniałego wyjazdu… Niedawno pisałam o psach i morzu, jak się łatwo domyślić, żeglarstwo to moja mała pasja (choć uprawnień żadnych nie mam i pewnie długo nie będę mieć :D) i bardzo się cieszę, że z naszych pięknych mazurskich jezior udało mi się na chwilę przeskoczyć na Bałtyk i poznać morskiego żeglowania smak 😀 Wybraliśmy się na Gotlandię, która okazała się być piękną wyspą, a przynajmniej Visby (stolica i największe miasto) takim okazało się być… I a propos moich wyjazdów bez psów… zawsze musiałam coś przywieźć. Już od czasów podstawówki, kiedy moi rówieśnicy zaopatrywali się w lody, czipsy oraz mnóstwo odpustowego badziewia, ja najczęściej ciężko zdobyte kieszonkowe starałam się w sporej części wydać na psa… i choć mogłam kupić pewnie to samo i u siebie w mieście, to nie „bo przecież to przywiozłam z nad morza dla Cziki, to prezent!”i tak dalej. Tak i tym razem… zamiast rozejrzeć się z jakimiś super szwedzkimi produktami dla siebie, bądź przyjaciół (pomijam cholernie wysokie ceny :D), to ja zaraz wpadłam na dział dla zwierzaków… i tak oto zakupiłam dla Lena dwie paczki smakołyków 😀

Clipboard12

Oczywiście bardzo mu posmakowały, pachną dość ładnie, ale nie ma ich zbyt dużo, więc pewnie szybko zużyjemy na ćwiczenia na spacerach 😀 A za te musimy się poważnie zabrać, gdyż to ostatni dzwonek by zacząć pracę nad poprawną socjalizacją, gdyż to, co już wypracowaliśmy zaczyna umykać, hormony buzują… na szczęście pogoda dopisuje, wiosna w pełni (wczoraj w Krakowie pierwsza wiosenna burza :D) i trochę więcej chęci do życia… Dziś byliśmy na spacerze może niezbyt długim, ale z ulubionymi piłkami, więc Len padł kompletnie, tak się wybiegał 😀

I w końcu jest tak zielono! Najpiękniejsze kolory się zaczynają ❤

Trochę niewyraźne, ale te kolory *_*

Clipboard13

Clipboard14

A jak u Was z wyjazdami? Czy ktoś korzystać z hotelu dla psów (bo obawiam się, że to prędzej, czy później mnie czeka), albo innych form opieki nad psem? Jak czujecie się, kiedy wyjeżdżacie na dłużej bez swoich kudłaczy? 😀

Reklamy

[27 marca 2016] Krew, pot i łzy – a miało być tak pięknie…

Ostatnio trochę się działo, a ja w sumie nic nie napisałam, może dlatego, że wciąż nie wierzę… W zeszły weekend, czyli 19-20 marca odbył się egzamin wieńczący kurs instruktorski, w którym brałam udział. Zaczęło się to wszystko w listopadzie, o czym pisałam, a skończyło właśnie teraz. A co ciekawsze… udało się zdać!

Wiem, że to brzmi, jakby stał się cud, albo jakbym zdobyła papier w ramach przekrętu… ale nic z tych rzeczy. Po prostu w styczniu, gdy zaczęły się zajęcia z psami, okazało się… No właśnie.

Myślałam sobie, że skoro mam szczeniaka, to wszystko będzie proste, łatwe i przyjemne. W końcu mieliśmy zajęcia z klientami, którzy często przychodzili ze szczeniakami i ta wszystkie psiaki uczyły się w mig,a wiele z nich sporo już umiało, gdy je poznawaliśmy. Len skończył 8 miesięcy tydzień temu… gdy zaczęliśmy zajęcia miał pół roku. Tyle, ile mi przyszło do głowy i ile mogłam, to z nim ćwiczyłam przed tym (siad, leżeć, jakieś przywołanie, samokontrolę i ogólne pracowanie nad więzią) i myślałam, że jak już wystartujemy, to będzie bajka… był koszmar.

Dziewczyny na kursie miały dorosłe psy, niektóre nawet już po szkoleniach z posłuszeństwa, więc szło im naprawdę dobrze i szybko było widać efekty… Mnie i Lenowi szło jak krew z nosa… Dlaczego? Otóż okazało się, że jego możliwości skupienia się i chęci współpracy bliskie są zeru… bo psy, bo liść, bo wiatr, bo słońce świeci, bo znowu pies, bo pies, bo człowiek, bo zapachy, bo wszystko… Byłam szczerze zaskoczona. Zastanawiałam się, czy to ze mną jest coś bardzo nie tak, czy to pies faktycznie ma mnie gdzieś i nie potrafi się skupić, nie ma na to żadnej ochoty.

Na zajęciach ciężko było wyegzekwować od Lena, żeby chociaż usiadł, czy się położył… prawie nic nam się nie udawało. Oczywiście z każdym kolejnym zjazdem (co 2 tyg.) było jakby ciut lepiej, w końcu dużo ćwiczyliśmy w domu i na spacerach… ale jak już przychodziło co do czego, to jednak okazywało się, że „oj, coś marnie to wygląda, chyba egzamin nie będzie w terminie” i wyglądało to tak, jakbyśmy nie mieli żadnej więzi, żadnego porozumienia i wcale nie ćwiczyli. A ja robiłam z nim niektóre rzeczy do znudzenia (przynajmniej mojego), chociaż je umiał i nie miał z nimi problemu. Ale nie miał, bo nie było np. obok niego psa 1.5 metra dalej. Wtedy wszystko szło się…

Nie działało żarcie, milutki głos, wołanie, pstrykanie, cmokanie… nie byłam w stanie go w ogóle na sobie skupić, a co dopiero na jakimkolwiek zadaniu. Cholera, jakie to było frustrujące! Jedyne, co trochę na niego działało to zabawki (piłki, szarpaki) i wtedy ewentualnie się mną interesował… w końcu doszłyśmy z instruktorkami do wniosku, że jednak Len najlepiej pracuje na zabawkach/zabawie i to jest dla niego największa nagroda i faktycznie wprowadzenie tej zasady sporo pomogło… Nie na tyle jednak, żebym mogła nie martwić się o mój nadchodzący wielkimi krokami egzamin.

Jak mogłam, to ćwiczyłam na spacerach sama, ze znajomymi, przy innych psach (przypadkowych i nieintencjonalnie de facto), na klatce, w domu, w parku, w pokoju… Momentami nawet dawało to efekty. Obietnica zabawy sprawiała, że Len puszczony ze smyczy trzymał się blisko mnie, był do odwołania przy innych psach i rzeczach, chociaż to było ok… Podstawowe komendy robił i nawet nauczył się zostawać w miejscu, a ja odchodziłam, lub chodziłam wokół niego… co tam, że noga, równaj, czy inne leżały i kwiczały…

…i właśnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja sobie aby nie dokładam roboty. Po co sobie to wszystko wzięłam na głowę? Po co mi te łzy, nerwy i frustracja. I mnóstwo napsutej krwi, bo ciągle coś nam się nie udaje. Po co? Czika umiała kilka rzeczy (m.in. siad, głos, łapa lewa/prawa) i dobrze nam się razem żyło, nie była mistrzem obedience. Niestety należę do osób, które kompletnie zniechęcają się krytyką i mają tendencję do porzucania przedsięwzięć, jak tylko im się one przestają udawać, bądź od początku jest pod górkę… A tu co chwilę krytyka na kursie (słuszna, ale dla mnie cios prosto w serce :D), co chwilę jakiś problem i brak postępów… I ten kontrast, że jakoś „prywatnie” to nam się coś udawało, ale weź tu teraz udowodnij innym, skoro na zajęciach Len prezentuje coś zgoła przeciwnego.

Nieraz miałam ochotę tym wszystkim rzucić i dać sobie spokój. Ale  z drugiej strony równie silne było we mnie uczucie, iż muszę dać radę, musimy pokazać na co nas stać! Bo z jednej strony po co mi to, a z drugiej… posłuszny pies oznacza często, iż jego więź z właścicielem jest bardzo głęboka i trwała, a komunikacja godna podziwu. Jak to, ja mam być gorsza?! Ja mam mieć kiepski kontakt z moim psem? Już ja ci pokażę, gałganie!

Jedyne, co mnie pocieszało, to fakt, iż nawet osoby doświadczone, jak coś miały zrobić z Lenem, to mówiły, że franca z  niego i ciężko im było coś od niego uzyskać. Niestety. Jest bardzo inteligentny, ale jednocześnie straszny z niego indywidualista i często myśli sobie, że sam wie lepiej, co powinno się teraz zrobić i chciałby decydować (później trzeba ludziom tłumaczyć, że mój pies nie współpracuje ze mną nie dlatego, że jest głupi, tylko zbyt mądry i chce robić, co mu się podoba :’D). Podejrzewam, że ma też jakąś formę adhd (być może jedynie potocznie rozumianego :D) i w związku z tym wszędzie go pełno, raz złapie to, raz tamto, tu się zatrzyma, tam skoczy, wiecznie jest pobudzony do działania…

Reasumując, zajęcia z Lenem należały do najmniej przeze mnie lubianych, żeby nie rzec dosadniej… szlag mnie trafiał, jak miałam z nim coś robić, bo wiedziałam, że się nie uda. To znaczy tak, szłam z pozytywnym nastawieniem i naprawdę, jak już się pozbyłam zahamowań, to mogłam z siebie robić pajaca (wiecie, skakać, mówić wysokim głosem, skupiać na każdy możliwy sposób, zwracać na siebie uwagę i nagradzać) i bardzo chciałam zrobić, co w mojej mocy… ale jak już wracałam z tych zajęć, to często byłam bardzo zrezygnowana i zła.

Len nie jest łatwym psem. Nie mówię tego, aby się użalać, bo nie mam po co, stwierdzam fakt. Wszyscy ludzie, którzy go znają osobiście by to powiedzieli. Oczywiście, jest dużo trudniejszych psów (ale nie mam na myśli psów po przejściach, bo to inna bajka, tylko psy z „charakterkiem”), ale nie zmienia to faktu… Jego trudność objawia się w różnych aspektach, choćby w tym, że łatwo się stresuje (naczynie szybko się przepełnia) i jest natrętny zarówno w stosunku do psów, jak i ludzi.

Dziś, kiedy dużo pracy przed nami, ale jednocześnie mnóstwo pracy za nami i pierwsze sukcesy… wiem, że nie ma czego żałować. Że skoro poradziłam i radzę sobie z nim, to poradzę sobie z wieloma psami jego pokroju (he he) i te trudniejsze też nie będą aż takim szokiem…

Kiedy nadszedł dzień egzaminu, wcale nie wierzyłam, że się uda. Choć przez ostatni tydzień naprawdę robiłam, co mogłam, nawet sztuczki z nim ćwiczyłam (slalom w toku :D) i prawdopodobnie jego skupienie trochę się poprawiło (może dlatego, że kolejne miesiące na karku), to jednak moja Kasia (nauczycielka i mentorka) nie pozostawiała mi zbyt wielkich nadziei. Okazało się jednak, że w końcu! W końcu te wylane łzy, pot i zepsuta krew coś dały i Len wykonał wiele zadań naprawdę dobrze (szczególnie na to, jak to wyglądało przez ostatnie tygodnie) i wszyscy byli w szoku 😀 A kiedy musiał zostać na „zostań” w rzędzie z innymi psami, ja odeszłam spory kawałek i on musiał wytrzymać zamieszanie wokół niego (choć pierwsza próba się nie udało, kolega beagle sprowokował do biegu :D) i wytrzymał, cały czas czekając na znaki z mojej strony… prawie się popłakałam 😀 Także ten… właśnie wtedy miałam 100% pewność, że tak, warto było się tak męczyć i warto będzie męczyć się dalej.

Egzamin zdaliśmy, choć nie perfekcyjnie i musimy jeszcze nad kilkoma rzeczami popracować i pokazać Kasi, że jest lepiej, to i tak jestem dumna z mojego psa. Wina bardzo często leży w człowieku i jego braku umiejętności porozumienia się z psem, a nie w psie, to wiem… ale wiem też, że czasem można stawać na głowie, a pies i tak zrobi swoje, a nie „nasze”. Zanim z czystym sumieniem nazwę się „instruktorem szkolenia psów” minie jeszcze wiele czasu, ale pierwszy kamień milowy za mną… trzeba popłynąć dalej z nurtem „psiej” rzeki i zdobywać więcej wiedzy, więcej doświadczenia… i coraz lepiej rozumieć się z Lenem 🙂

Dziękuję Akademia Dobrych Manier BIAŁY PIES oraz Kasi Harmacie za mnóstwo wiedzy i jednocześnie za fajną przygodę… I przede wszystkim – dziękuję Tobie Len, że mnie nie zawiodłeś i pokazałeś się z dobrej strony!

Clipboard08

wspaniały spacer zaraz po egzaminie!

Clipboard09

PS. Kupiłam Lenowi oryginalnego, dużego Konga i zgadnijcie, jaki wspaniały sposób jego użytkowania wymyśliliśmy…

Clipboard10

Clipboard11

Okazało się, że wetknięcie do niego suszonej tchawicy (jednego z ulubionych gryzaków Lena) było naprawdę dobrym pomysłem. Co z tego, że wygląd jak… ale zabawa przednia! Bo gdy Len zjadł już tyle, ile się dało, to ten kawałek, co był w środku bardzo go irytował i szczekał nawet na całą „instalację”, bo jak on niby ma to teraz wyjąć i zjeść! W końcu się udało, a ile było zabawy, toczenia i rzucania tym Kongiem (trzeba chronić stopy wtedy, serio :D)

Także ten… to tyle od nas na dziś. Jeśli ktoś tu jest, bądź będzie, to życzymy Wam spokojnego świątecznego weekendu, w ciepłym gronie rodzinnym i w radości. Oczywiście razem z Waszymi psiakami! 🙂 Niech wiosna już szybko przychodzi i zagości na dobre!

[17 marca] [test] MERIT FOOD – smakołyki dla psa

Wczoraj, gdy wróciliśmy z długiego spaceru, czekała na nas przemiła niespodzianka. Okazało się, że kurier zostawił dla nas paczkę i po raz kolejny dzięki uprzejmości sklepu  Nasze Zoo możemy przetestować produkt-niespodziankę.

Okazało się, że tym razem są to smakołyki, o których istnieniu dotychczas nie mieliśmy pojęcia, ale czuły nos Lena szybko zwęszył, że paczka jest dla niego. Degustację chciał przeprowadzić od razu, ale najpierw czekała go sesja zdjęciowa wraz z żarełkiem 😀

Clipboard01

Clipboard02.jpg

Takie oto opakowania wydobyliśmy wraz z Lenem z paczki. Pierwsze co sobie pomyślałam, to że świetnie wpasowują się w trend „eco & organic„, bo wydają się takie naturalne i biodegradowalne. Co prawda nie są wcale z papieru, ale można by się dać nabrać. Widać, że postawiono tu na minimalizm formy, prostą oprawę graficzną i brak poematów (nasze smakołyki to najlepszy wybór, sprawią, że twój pies będzie kochał cię nad życie, zacznie latać i budować ci pomniki, to najlepsza jakość jaką możesz mu podarować itd.). Opakowania można szczelnie zamknąć, jest zatrzask, więc mamy spore szanse na utrzymanie świeżości przez długi czas.

Clipboard03

Mamy do czynienia z dwoma smakami drobiowym oraz rybnym. Jak można już było się zorientować, bardzo przywiązuję wagę do estetycznej strony rzeczy i na plus zaliczam kształty. To takie niby nic, ale cieszy oko 😀 Kostki są dość popularnym motywem, jednak ryby spotykamy na ogół w kategorii „koty”, a tu proszę! Są i dla psów.

Warto przyjrzeć się składowi, gdyż zostały nam te smakołyki zareklamowane jako „całkowicie bezzbożowe, łatwe do pogryzienia i lekkostrawne”. Wygląda to tak:

DROBIOWE

Składniki: 80% świeżo przygotowanego mięsa z drobiu (34% kurczak, 30% kaczka, 16% indyk)

Analiza składu: białko surowe 21%, oleje i tłuszcze surowe 18%, włókno surowe 1%, popiół surowy: 6%

RYBNE

Składniki: 80% świeżo przygotowanego i delikatnie gotowanego na parze mięsa z ryb (48% łosoś, 24%pstrąg, 8% whitefish)

Analiza składu: białko surowe 30%, oleje i tłuszcze surowe 13,5%, włókno surowe 2%, popiół surowy: 6,5%

Przyznam szczerze, że najczęściej czytam skład produktów, które podaje psu, jak i tych, które sama spożywam. Nie mam jednak na tyle wiedzy, aby móc interpretować to, co dokłanie kryje się za listą z „analizy składu” 😀 Wiem natomiast, że im więcej mięsa w mięsie, tym lepiej. Tutaj brzmi to bardzo zachęcająco, bo i gatunki fajne dobrane i ilość imponująca. Wiem, że wiele psów uczulonych jest na drób, więc zapewne niejeden właściciel zrezygnowałby z podania czegoś z kurczakiem. W związku z tym świetnym pomysłem są smakołyki z ryb. Ponadto, osobiście nie lubię kurczaka i nie podaję go Lenowi, jak mogę uniknąć go w „psich produktach”, to tez staram się to robić. Mimo, że nie jest uczulony.

Przechodząc do meritum, czyli degustacji, to powiem Wam…

  • zapach drobiowych przypomniał mi smażonego, niedzielnego kurczaka… a zapach tych rybnych z kolei świątecznego karpia… 😀 (mówię to w kontekście pozytywnym, aczkolwiek muszę przyznać, że dotychczas rybie rzeczy dla psów pachniały zupełnie inaczej)
  • kostki i rybki są lekkie i kruche, nie są tłuste
  • rybne są lekko słone, drobiowe raczej neutralne
  • łatwe do pogryzienia prawdopodobnie zarówno dla małych i dużych psów, gdyż ich rozmiar jest niewielki
  • dobre do treningu w domu i w plenerze
  • nie brudzą rąk ani materiału

Tyle ode mnie, natomiast od Lena… zwariował na ich punkcie. Mimo tego, że był po posiłku (i to niedawno!), gdy przygotowałam sobie kilka sztuk do opisu i położyłam przed komputerem, prawie wszedł na biurko (a przynajmniej położył na nim łapę), chcąc sięgnąć po smakołyki… gdy to się nie udało, chodził wokół mnie i piszczał z pretensjami. Dowodzi to tego, że są to wyjątkowo smaczne kąski, gdyż Len nie ma w zwyczaju aż tak prosić o jedzenie, które znajduje się w obrębie człowieka (czyt. raczej nie należy do żebraków). Inna sprawa, że to było jego jedzenie… 😀

Clipboard04.jpg

Pierwsze zetknięcie z rybką…

Clipboard05.jpg

…kostka już prawie pożarta

Clipboard07

Dawaj mię to żarcie już!

Jeśli ktoś lubi jak najbardziej naturalne smakołyki dla psów, których skład jest w miarę jasno opisany, a także chce spróbować czegoś nowego, to serdecznie polecam. Sama często noszę takie żarełko w kieszeni kurtki, gdyż tak mi jest najwygodniej i na duży plus zaliczam tutaj, iż woń nie jest zbyt intensywna (przy rybnym Alpha Spirit zapaszek unosił się wokół mnie niczym aura :D). O ile nic się w polityce firmy nie zmieni, to Merit Food ma szansę być dobrą alternatywą dla wielu gorszej jakości smakołyków i niezłą konkurencją dla tych dobrych producentów.

Jeszcze raz dziękujemy Nasze Zoo za fajny prezent i możliwość zrecenzowania go, bo zawsze to coś ciekawszego na blogu, niż same wywody i filozofije 😀

Przy okazji, muszę z radością zauważyć, iż Nasze Zoo wspiera akcję pomocy dla zwierząt w schroniskach i ja również zachęcam do tego samego. Wystarczy chwila, a jakiś zwierzak może mieć dzięki nam lepsze życie 🙂

[klik] Nasze Zoo FB

[klik] Sklep online