[27 marca 2016] Krew, pot i łzy – a miało być tak pięknie…

Ostatnio trochę się działo, a ja w sumie nic nie napisałam, może dlatego, że wciąż nie wierzę… W zeszły weekend, czyli 19-20 marca odbył się egzamin wieńczący kurs instruktorski, w którym brałam udział. Zaczęło się to wszystko w listopadzie, o czym pisałam, a skończyło właśnie teraz. A co ciekawsze… udało się zdać!

Wiem, że to brzmi, jakby stał się cud, albo jakbym zdobyła papier w ramach przekrętu… ale nic z tych rzeczy. Po prostu w styczniu, gdy zaczęły się zajęcia z psami, okazało się… No właśnie.

Myślałam sobie, że skoro mam szczeniaka, to wszystko będzie proste, łatwe i przyjemne. W końcu mieliśmy zajęcia z klientami, którzy często przychodzili ze szczeniakami i ta wszystkie psiaki uczyły się w mig,a wiele z nich sporo już umiało, gdy je poznawaliśmy. Len skończył 8 miesięcy tydzień temu… gdy zaczęliśmy zajęcia miał pół roku. Tyle, ile mi przyszło do głowy i ile mogłam, to z nim ćwiczyłam przed tym (siad, leżeć, jakieś przywołanie, samokontrolę i ogólne pracowanie nad więzią) i myślałam, że jak już wystartujemy, to będzie bajka… był koszmar.

Dziewczyny na kursie miały dorosłe psy, niektóre nawet już po szkoleniach z posłuszeństwa, więc szło im naprawdę dobrze i szybko było widać efekty… Mnie i Lenowi szło jak krew z nosa… Dlaczego? Otóż okazało się, że jego możliwości skupienia się i chęci współpracy bliskie są zeru… bo psy, bo liść, bo wiatr, bo słońce świeci, bo znowu pies, bo pies, bo człowiek, bo zapachy, bo wszystko… Byłam szczerze zaskoczona. Zastanawiałam się, czy to ze mną jest coś bardzo nie tak, czy to pies faktycznie ma mnie gdzieś i nie potrafi się skupić, nie ma na to żadnej ochoty.

Na zajęciach ciężko było wyegzekwować od Lena, żeby chociaż usiadł, czy się położył… prawie nic nam się nie udawało. Oczywiście z każdym kolejnym zjazdem (co 2 tyg.) było jakby ciut lepiej, w końcu dużo ćwiczyliśmy w domu i na spacerach… ale jak już przychodziło co do czego, to jednak okazywało się, że „oj, coś marnie to wygląda, chyba egzamin nie będzie w terminie” i wyglądało to tak, jakbyśmy nie mieli żadnej więzi, żadnego porozumienia i wcale nie ćwiczyli. A ja robiłam z nim niektóre rzeczy do znudzenia (przynajmniej mojego), chociaż je umiał i nie miał z nimi problemu. Ale nie miał, bo nie było np. obok niego psa 1.5 metra dalej. Wtedy wszystko szło się…

Nie działało żarcie, milutki głos, wołanie, pstrykanie, cmokanie… nie byłam w stanie go w ogóle na sobie skupić, a co dopiero na jakimkolwiek zadaniu. Cholera, jakie to było frustrujące! Jedyne, co trochę na niego działało to zabawki (piłki, szarpaki) i wtedy ewentualnie się mną interesował… w końcu doszłyśmy z instruktorkami do wniosku, że jednak Len najlepiej pracuje na zabawkach/zabawie i to jest dla niego największa nagroda i faktycznie wprowadzenie tej zasady sporo pomogło… Nie na tyle jednak, żebym mogła nie martwić się o mój nadchodzący wielkimi krokami egzamin.

Jak mogłam, to ćwiczyłam na spacerach sama, ze znajomymi, przy innych psach (przypadkowych i nieintencjonalnie de facto), na klatce, w domu, w parku, w pokoju… Momentami nawet dawało to efekty. Obietnica zabawy sprawiała, że Len puszczony ze smyczy trzymał się blisko mnie, był do odwołania przy innych psach i rzeczach, chociaż to było ok… Podstawowe komendy robił i nawet nauczył się zostawać w miejscu, a ja odchodziłam, lub chodziłam wokół niego… co tam, że noga, równaj, czy inne leżały i kwiczały…

…i właśnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja sobie aby nie dokładam roboty. Po co sobie to wszystko wzięłam na głowę? Po co mi te łzy, nerwy i frustracja. I mnóstwo napsutej krwi, bo ciągle coś nam się nie udaje. Po co? Czika umiała kilka rzeczy (m.in. siad, głos, łapa lewa/prawa) i dobrze nam się razem żyło, nie była mistrzem obedience. Niestety należę do osób, które kompletnie zniechęcają się krytyką i mają tendencję do porzucania przedsięwzięć, jak tylko im się one przestają udawać, bądź od początku jest pod górkę… A tu co chwilę krytyka na kursie (słuszna, ale dla mnie cios prosto w serce :D), co chwilę jakiś problem i brak postępów… I ten kontrast, że jakoś „prywatnie” to nam się coś udawało, ale weź tu teraz udowodnij innym, skoro na zajęciach Len prezentuje coś zgoła przeciwnego.

Nieraz miałam ochotę tym wszystkim rzucić i dać sobie spokój. Ale  z drugiej strony równie silne było we mnie uczucie, iż muszę dać radę, musimy pokazać na co nas stać! Bo z jednej strony po co mi to, a z drugiej… posłuszny pies oznacza często, iż jego więź z właścicielem jest bardzo głęboka i trwała, a komunikacja godna podziwu. Jak to, ja mam być gorsza?! Ja mam mieć kiepski kontakt z moim psem? Już ja ci pokażę, gałganie!

Jedyne, co mnie pocieszało, to fakt, iż nawet osoby doświadczone, jak coś miały zrobić z Lenem, to mówiły, że franca z  niego i ciężko im było coś od niego uzyskać. Niestety. Jest bardzo inteligentny, ale jednocześnie straszny z niego indywidualista i często myśli sobie, że sam wie lepiej, co powinno się teraz zrobić i chciałby decydować (później trzeba ludziom tłumaczyć, że mój pies nie współpracuje ze mną nie dlatego, że jest głupi, tylko zbyt mądry i chce robić, co mu się podoba :’D). Podejrzewam, że ma też jakąś formę adhd (być może jedynie potocznie rozumianego :D) i w związku z tym wszędzie go pełno, raz złapie to, raz tamto, tu się zatrzyma, tam skoczy, wiecznie jest pobudzony do działania…

Reasumując, zajęcia z Lenem należały do najmniej przeze mnie lubianych, żeby nie rzec dosadniej… szlag mnie trafiał, jak miałam z nim coś robić, bo wiedziałam, że się nie uda. To znaczy tak, szłam z pozytywnym nastawieniem i naprawdę, jak już się pozbyłam zahamowań, to mogłam z siebie robić pajaca (wiecie, skakać, mówić wysokim głosem, skupiać na każdy możliwy sposób, zwracać na siebie uwagę i nagradzać) i bardzo chciałam zrobić, co w mojej mocy… ale jak już wracałam z tych zajęć, to często byłam bardzo zrezygnowana i zła.

Len nie jest łatwym psem. Nie mówię tego, aby się użalać, bo nie mam po co, stwierdzam fakt. Wszyscy ludzie, którzy go znają osobiście by to powiedzieli. Oczywiście, jest dużo trudniejszych psów (ale nie mam na myśli psów po przejściach, bo to inna bajka, tylko psy z „charakterkiem”), ale nie zmienia to faktu… Jego trudność objawia się w różnych aspektach, choćby w tym, że łatwo się stresuje (naczynie szybko się przepełnia) i jest natrętny zarówno w stosunku do psów, jak i ludzi.

Dziś, kiedy dużo pracy przed nami, ale jednocześnie mnóstwo pracy za nami i pierwsze sukcesy… wiem, że nie ma czego żałować. Że skoro poradziłam i radzę sobie z nim, to poradzę sobie z wieloma psami jego pokroju (he he) i te trudniejsze też nie będą aż takim szokiem…

Kiedy nadszedł dzień egzaminu, wcale nie wierzyłam, że się uda. Choć przez ostatni tydzień naprawdę robiłam, co mogłam, nawet sztuczki z nim ćwiczyłam (slalom w toku :D) i prawdopodobnie jego skupienie trochę się poprawiło (może dlatego, że kolejne miesiące na karku), to jednak moja Kasia (nauczycielka i mentorka) nie pozostawiała mi zbyt wielkich nadziei. Okazało się jednak, że w końcu! W końcu te wylane łzy, pot i zepsuta krew coś dały i Len wykonał wiele zadań naprawdę dobrze (szczególnie na to, jak to wyglądało przez ostatnie tygodnie) i wszyscy byli w szoku 😀 A kiedy musiał zostać na „zostań” w rzędzie z innymi psami, ja odeszłam spory kawałek i on musiał wytrzymać zamieszanie wokół niego (choć pierwsza próba się nie udało, kolega beagle sprowokował do biegu :D) i wytrzymał, cały czas czekając na znaki z mojej strony… prawie się popłakałam 😀 Także ten… właśnie wtedy miałam 100% pewność, że tak, warto było się tak męczyć i warto będzie męczyć się dalej.

Egzamin zdaliśmy, choć nie perfekcyjnie i musimy jeszcze nad kilkoma rzeczami popracować i pokazać Kasi, że jest lepiej, to i tak jestem dumna z mojego psa. Wina bardzo często leży w człowieku i jego braku umiejętności porozumienia się z psem, a nie w psie, to wiem… ale wiem też, że czasem można stawać na głowie, a pies i tak zrobi swoje, a nie „nasze”. Zanim z czystym sumieniem nazwę się „instruktorem szkolenia psów” minie jeszcze wiele czasu, ale pierwszy kamień milowy za mną… trzeba popłynąć dalej z nurtem „psiej” rzeki i zdobywać więcej wiedzy, więcej doświadczenia… i coraz lepiej rozumieć się z Lenem 🙂

Dziękuję Akademia Dobrych Manier BIAŁY PIES oraz Kasi Harmacie za mnóstwo wiedzy i jednocześnie za fajną przygodę… I przede wszystkim – dziękuję Tobie Len, że mnie nie zawiodłeś i pokazałeś się z dobrej strony!

Clipboard08

wspaniały spacer zaraz po egzaminie!

Clipboard09

PS. Kupiłam Lenowi oryginalnego, dużego Konga i zgadnijcie, jaki wspaniały sposób jego użytkowania wymyśliliśmy…

Clipboard10

Clipboard11

Okazało się, że wetknięcie do niego suszonej tchawicy (jednego z ulubionych gryzaków Lena) było naprawdę dobrym pomysłem. Co z tego, że wygląd jak… ale zabawa przednia! Bo gdy Len zjadł już tyle, ile się dało, to ten kawałek, co był w środku bardzo go irytował i szczekał nawet na całą „instalację”, bo jak on niby ma to teraz wyjąć i zjeść! W końcu się udało, a ile było zabawy, toczenia i rzucania tym Kongiem (trzeba chronić stopy wtedy, serio :D)

Także ten… to tyle od nas na dziś. Jeśli ktoś tu jest, bądź będzie, to życzymy Wam spokojnego świątecznego weekendu, w ciepłym gronie rodzinnym i w radości. Oczywiście razem z Waszymi psiakami! 🙂 Niech wiosna już szybko przychodzi i zagości na dobre!

Reklamy

[17 marca] [test] MERIT FOOD – smakołyki dla psa

Wczoraj, gdy wróciliśmy z długiego spaceru, czekała na nas przemiła niespodzianka. Okazało się, że kurier zostawił dla nas paczkę i po raz kolejny dzięki uprzejmości sklepu  Nasze Zoo możemy przetestować produkt-niespodziankę.

Okazało się, że tym razem są to smakołyki, o których istnieniu dotychczas nie mieliśmy pojęcia, ale czuły nos Lena szybko zwęszył, że paczka jest dla niego. Degustację chciał przeprowadzić od razu, ale najpierw czekała go sesja zdjęciowa wraz z żarełkiem 😀

Clipboard01

Clipboard02.jpg

Takie oto opakowania wydobyliśmy wraz z Lenem z paczki. Pierwsze co sobie pomyślałam, to że świetnie wpasowują się w trend „eco & organic„, bo wydają się takie naturalne i biodegradowalne. Co prawda nie są wcale z papieru, ale można by się dać nabrać. Widać, że postawiono tu na minimalizm formy, prostą oprawę graficzną i brak poematów (nasze smakołyki to najlepszy wybór, sprawią, że twój pies będzie kochał cię nad życie, zacznie latać i budować ci pomniki, to najlepsza jakość jaką możesz mu podarować itd.). Opakowania można szczelnie zamknąć, jest zatrzask, więc mamy spore szanse na utrzymanie świeżości przez długi czas.

Clipboard03

Mamy do czynienia z dwoma smakami drobiowym oraz rybnym. Jak można już było się zorientować, bardzo przywiązuję wagę do estetycznej strony rzeczy i na plus zaliczam kształty. To takie niby nic, ale cieszy oko 😀 Kostki są dość popularnym motywem, jednak ryby spotykamy na ogół w kategorii „koty”, a tu proszę! Są i dla psów.

Warto przyjrzeć się składowi, gdyż zostały nam te smakołyki zareklamowane jako „całkowicie bezzbożowe, łatwe do pogryzienia i lekkostrawne”. Wygląda to tak:

DROBIOWE

Składniki: 80% świeżo przygotowanego mięsa z drobiu (34% kurczak, 30% kaczka, 16% indyk)

Analiza składu: białko surowe 21%, oleje i tłuszcze surowe 18%, włókno surowe 1%, popiół surowy: 6%

RYBNE

Składniki: 80% świeżo przygotowanego i delikatnie gotowanego na parze mięsa z ryb (48% łosoś, 24%pstrąg, 8% whitefish)

Analiza składu: białko surowe 30%, oleje i tłuszcze surowe 13,5%, włókno surowe 2%, popiół surowy: 6,5%

Przyznam szczerze, że najczęściej czytam skład produktów, które podaje psu, jak i tych, które sama spożywam. Nie mam jednak na tyle wiedzy, aby móc interpretować to, co dokłanie kryje się za listą z „analizy składu” 😀 Wiem natomiast, że im więcej mięsa w mięsie, tym lepiej. Tutaj brzmi to bardzo zachęcająco, bo i gatunki fajne dobrane i ilość imponująca. Wiem, że wiele psów uczulonych jest na drób, więc zapewne niejeden właściciel zrezygnowałby z podania czegoś z kurczakiem. W związku z tym świetnym pomysłem są smakołyki z ryb. Ponadto, osobiście nie lubię kurczaka i nie podaję go Lenowi, jak mogę uniknąć go w „psich produktach”, to tez staram się to robić. Mimo, że nie jest uczulony.

Przechodząc do meritum, czyli degustacji, to powiem Wam…

  • zapach drobiowych przypomniał mi smażonego, niedzielnego kurczaka… a zapach tych rybnych z kolei świątecznego karpia… 😀 (mówię to w kontekście pozytywnym, aczkolwiek muszę przyznać, że dotychczas rybie rzeczy dla psów pachniały zupełnie inaczej)
  • kostki i rybki są lekkie i kruche, nie są tłuste
  • rybne są lekko słone, drobiowe raczej neutralne
  • łatwe do pogryzienia prawdopodobnie zarówno dla małych i dużych psów, gdyż ich rozmiar jest niewielki
  • dobre do treningu w domu i w plenerze
  • nie brudzą rąk ani materiału

Tyle ode mnie, natomiast od Lena… zwariował na ich punkcie. Mimo tego, że był po posiłku (i to niedawno!), gdy przygotowałam sobie kilka sztuk do opisu i położyłam przed komputerem, prawie wszedł na biurko (a przynajmniej położył na nim łapę), chcąc sięgnąć po smakołyki… gdy to się nie udało, chodził wokół mnie i piszczał z pretensjami. Dowodzi to tego, że są to wyjątkowo smaczne kąski, gdyż Len nie ma w zwyczaju aż tak prosić o jedzenie, które znajduje się w obrębie człowieka (czyt. raczej nie należy do żebraków). Inna sprawa, że to było jego jedzenie… 😀

Clipboard04.jpg

Pierwsze zetknięcie z rybką…

Clipboard05.jpg

…kostka już prawie pożarta

Clipboard07

Dawaj mię to żarcie już!

Jeśli ktoś lubi jak najbardziej naturalne smakołyki dla psów, których skład jest w miarę jasno opisany, a także chce spróbować czegoś nowego, to serdecznie polecam. Sama często noszę takie żarełko w kieszeni kurtki, gdyż tak mi jest najwygodniej i na duży plus zaliczam tutaj, iż woń nie jest zbyt intensywna (przy rybnym Alpha Spirit zapaszek unosił się wokół mnie niczym aura :D). O ile nic się w polityce firmy nie zmieni, to Merit Food ma szansę być dobrą alternatywą dla wielu gorszej jakości smakołyków i niezłą konkurencją dla tych dobrych producentów.

Jeszcze raz dziękujemy Nasze Zoo za fajny prezent i możliwość zrecenzowania go, bo zawsze to coś ciekawszego na blogu, niż same wywody i filozofije 😀

Przy okazji, muszę z radością zauważyć, iż Nasze Zoo wspiera akcję pomocy dla zwierząt w schroniskach i ja również zachęcam do tego samego. Wystarczy chwila, a jakiś zwierzak może mieć dzięki nam lepsze życie 🙂

[klik] Nasze Zoo FB

[klik] Sklep online

[QUIZ] Jakiej rasie psa odpowiadasz?

Przyszła mi do głowa taka luźna zabawa i postanowiłam zrobić quiz, bo nie znam zbyt wielu fajnych quizów na to, jaką rasą psa jesteś… a to zawsze miło sobie poczytać, co tam w wynikach i czemu taka rasa 😀 Oczywiście wszystko z przymrużeniem oka, no i specem od quizów nie jestem… ale może komuś sprawi on trochę frajdy 😀 Zapraszam!

Jakiej rasie psa odpowiadasz?

Stary pies i morze… ale że co?

Tak. Kiedy człowiek ma trochę spaczony mózg, może nawet bardzo, może uderzył się w dzieciństwie o psią budę i mu się zafiksowało, że „psyyyy” *głosem zombi*… to wtedy człowiek jest sobie na koncercie w 1 % nawet niezwiązanym z psami, ale słyszy sobie jedną piosenkę i od razu zaczyna dryfować ku psim rozmyślaniom…

Dryfować jest tu słowem kluczem, gdyż wpis ten podyktowany jest moim 3-dniowym udziałem w festiwalu Shanties 2016, a także moją małą pasją związaną z żeglarstwem. Swoją przygodę, na razie tylko z Mazurami (ale spokojnie, się nadrobi :D) rozpoczęłam w 2013 roku, więc stosunkowo niedawno, rejsy mam za sobą 3… ale już na pierwszym postanowiłam, że „będzie pływał ze mną pies!”. I kropka. Wiedziałam, że nie będzie to Czika, bo swoje lata ma i raczej nie byłaby zachwycona przechyłami i warunkami na łodzi. Chociaż może ma rację bytu „Stary pies i morze” (jakby Hemingway zechciał popełnić zza grobu taką wersję :D). Znacie jakiś psich seniorów, co spędzają urlopy na łajbie?

Wracając do tematu, z zazdrością patrzyłam na wszystkie mijane jachty, na których były psy. W portach i na kejach śledziłam ludzi z psami ze wzrokiem psychopaty (mają psa… ja też chcę psa na rejsie… chcę psa… muszę pływać  z psem). W zeszłym roku chyba nawet mignął mi owczarek szwajcarski na którymś jeziorze, choć pewności nie mam. Nie wiem, kiedy będę mieć okazję pokazać Lenowi, jak to jest pływać na jachcie i przekonać się, co on na to… Będziemy musieli oboje dobrze się do tego przygotować i mam nadzieję, że mój wspaniały pies mnie nie zawiedzie 😀

Rozmawiałam niedawno ze znajomym kapitanem morskim i na moje „ale z psem na Bałtyk to chyba nie bardzo… na morze nie da rady…”, a on na to „kto ci tak powiedział? ludzie pływają z psami po morzach”. No to ja już popłynęłam z wizją (znów słowo klucz :D), że „o, ale by to było, no pięknie, tylko niebo, woda i mój pies” (i dodać by trzeba – ja, wiadro, nudności, sople na nosie i mój pies za burtą – aby utrzymać realizm :D). Cóż, rejs po Bałtyku Lenowi na razie nie grozi… ale ciekawa jestem, czy jest tutaj ktoś, kto pływał ze swoim psem po jakimkolwiek akwenie? Jak się do tego przygotowywaliście?

I utrzymując temat, ale nieco zbaczając ze ścieżki osobistej… to siedziałam na koncercie i tak sobie myślałam „praktycznie ma szant, w których by było coś o psie… poza słowem psubrat, pieśni żeglarskich też za bardzo nie”… a wtem zagrali Róże z Dublina:

Czy do nóg będzie łasił się pies,
Czy złowrogo zabłyśnie mu ząb,
Kiedy skończy się wreszcie ten rejs,
Kiedy ujrzysz rodzinny swój dom.

I jak na razie, o ile mi pamięć nie szwankuje, to jest to jedyna piosenka o tematyce żeglarskiej, w której pojawia się pies… oczywiście rozważania te pochłonęły mnie niemal bez reszty przynajmniej na cały czas trwania tego utworu… Eh, życie psiarza 😀

Rozważania te doprowadziły mnie również do jednej z moich ukochanych książek dzieciństwa, która fenomenalnie łączyła temat marynistyczny z kynologicznym… Mam na myśli książkę Briana Jacquesa Rozbitkowie z Latającego Holendra 

352x500
źródło

Pominąwszy sam fakt,że główny bohater może porozumiewać się ze swoim psem telepatycznie, co działało na moją wyobraźnię zupełnie jak wołowina na Lena, ale zestawienie jakiegoś chłopca-wyrzutka, który przeżywa niesamowitą przygodę z opis ami morza, statku, piratów, a także opisem przyjaźni z psem na śmierć i życie… Kompletnie mnie obezwładniało… w związku z czym książkę przeczytałam kilka razy (ah, było się młodym, miało się dużo wolnego… a no i nie było internetu :D). Nie oceniam walorów czysto literackich książki Jacquesa (tym bardziej, że nie ma co konkurować z Okrętem widmo ), gdyż zbyt wiele czasu upłynęło, odkąd czytałam ostatni raz, a i moja świadomość literacko-pisarska się zmieniła, ale to nic, to nic… 😀

Jeśli przypominacie sobie jakieś książki, piosenki, filmy i inne wytwory kultury, w który choć ciut ważniejszą rolę odgrywają psy, a wszystko rozgrywa się „pod banderą”, to dzielcie się 😀 Przyjmę wszystko z otwartymi ramionami!  Chętnie wysłucham (przeczytam) osobistych historii „z psem na fali” i Waszych doświadczeń 😀