Weterynarzem już nie będę… więc co w zamian?

Przyznam się bez bicia, że dziś nastąpił dla mnie dość przełomowy dzień w życiu, gdyż rozpoczęłam kurs instruktora szkolenia psów. Z jednej strony marzyłam o tym od dawna, z drugiej nie wierzyłam, że kiedykolwiek coś takiego nastąpi. Stało się jednak tak, że trochę przypadkowo trafiłam do wspaniałej szkoły i siedząc dziś na pierwszych zajęciach nie posiadałam się ze szczęścia.

Jak już wspominałam na blogu, od najmłodszych lat kocham psy na zabój i czasem nawet martwiłam się, że cierpię na jakąś dziwną obsesję, ale im więcej psiarzy poznaję, tym bardziej przekonuję się, że nie jestem sama. Pisałam też o tym, iż przez wiele lat, odkąd tylko dowiedziałam się, że jest taki zawód, chciałam być weterynarzem. Okay, najpierw chciałam być… psem. Może dlatego, że byłam jedynaczką i często bawiłam się sama jednak, to udawanie psa było jedną z moich ulubionych rozrywek, chodziłam na czworaka z podkurczonymi palcami dłoni (aby przypominały łapy) i starałam się wiernie naśladować psy, nawet szczekając (słyszę ten odgłos zamykania okna z moim blogiem i przerażenie „uciekających” czytelników :D). Mój ojciec strasznie się na mnie złościł, że się tak zachowuje, ale ja świetnie się bawiłam, bo uważałam, że psy to najlepsze, co chodzi po tej ziemi. W pewnym momencie dotarło do mnie, że weterynarz zajmuje się różnymi zwierzętami i wcale nie leczy tylko piesków (i spokojnie, przestałam też udawać psa :D). Zwierzęta ogółem również uwielbiam, ale jednak szukałam czegoś stricte z psami… odkryłam, że jest kynologia i można być kynologiem. Wtedy chyba nie do końca wiedziałam, czym by się miał taki kynolog zajmować, ani jak dotrzeć do takiego zawodu. A te lekko 15 lat temu coś takiego jak psi behawiorysta, czy trener/instruktor szkolenia nie występowało w moim słowniku za bardzo, ba, nawet się za bardzo o takich rzeczach nie mówiło. Dopiero później ci wszyscy specjaliści od psów zaczęli robić się coraz bardziej popularni. Lata leciały, psy stale kochałam tą samą miłością, ale z moją tragiczną przypadłością wielu różnych zainteresowań i nieumiejętnością zdecydowania się na coś konkretnego, kończyłam szkołę, szłam na studia i żyłam sobie. Coraz bardziej żałując, że nie wierzyłam w siebie i jednak nie przyłożyłam się do tego, żeby startować na weterynarię. Cały czas zastanawiałam się także, co zrobić i jak zrobić, żeby być blisko psów, pomagać im, mieć dużą wiedzę na ich temat i kompetencje w komunikacji z tymi cudownymi istotami.

Kiedy miałam 11 lat, do mojego domu trafiła Czika i była spełnieniem moich marzeń. Naprawdę czekałam na psa 11 lat, bo o ile dać wiarę opowieściom rodziców, to jako berbeć wyskakiwałam z wózka za każdym psem i trzeba było mnie przypominać szelkami mocno, a i tak się wyrywałam, bo idzie „hau, hau”. Prawie każda zabawka, jaką dostawałam, była psem, czy to plastikowym, czy pluszowym. Później zaczęłam dostawać książki o psach, lub kupować takowe za pierwsze kieszonkowe. Moją biblią była ta oto książka:

Nie mam pod ręką, żeby zrobić zdjęcie, więc pożyczam z: http://olx.pl/oferta/ksiazka-rasy-psow-CID751-IDIGOL.html

Wertowałam ją w kółko i dość szybko nauczyłam się wszystkich ras, które tam były opisane, choć dziś wiem, że od tamtej pory pojawiło się sporo nowych, jak i nie wszystkie były w niej ujęte, więc mam braki do nadrobienia. Miałam też takie pierwsze książki o tym, co to jest pies i jak się zabrać do jego wychowania. Ostatnio w społeczeństwie szerzy się świadomość, że „pies nie jest dla dziecka” i dziecko nie powinno zbyt wcześnie samo zajmować się psem. Byłabym trochę hipokrytką, gdybym się całkiem pod tym podpisała, gdyż w wieku 11 lat jednak nadal byłam dzieckiem i wybłagałam zgodę mamy (bo ojciec nie zgadzał się przez to, że mama się nie zgadzała, a sam psy już miał i lubił). Ale jak mówię, na moje usprawiedliwienie mam to, że ja naprawdę cierpiałam, nie mając psa i na osiedlu wszyscy mnie znali i mówili mojej mamie, że czas sprawić mi psa, bo „taka mądra ta pani córka, tyle wie o psach, że sobie poradzi”. Nie ściemniam, kiedy mówię, że to ja podpowiadałam rodzicom, co i jak robić z Cziką od pierwszego dnia, gdy się pojawiła. Oczywiście, byli dużym wsparciem (bo samemu ogarnąć szczeniaka, nie jest łatwo!), ale jednak ja byłam właścicielem i tym, kto z Cziką w jakiś sposób pracował. Pewnie były i są dzieci podobne do mnie, może nawet młodsze, którą znają się na rzeczy, ale to trzeba już poznać indywidualny przypadek… Bo tak ogólnie, nadal pokutuje „pies-zachcianka”, „pies dla dziecka” i „pies-prezent”, które gdy dobrze pójdzie zostają z rodzicami, kiedy dziecko ma je gdzieś, ale gdy pójdzie źle, są krzywdzone i wyrzucane. Ale o tym kiedy indziej.

Nie mam pojęcia, jak udało mi się wychować Czikę na tak wspaniałego psa, mimo bycia szczeniakiem samemu tak naprawdę. Myślę, że to trochę wypadkowa mojego instynktu i jej wyjątkowej mądrości, no i może tego, że jako suczka była trochę bardziej uległa. Przez przeszło 13 lat pogląd na psy, na ich wychowywanie i zachowania zmienił się znacznie. Pojawiło się mnóstwo publikacji, szkół, rozwinął się internet, media społecznościowe, pojawiły się nowe teorie i badania naukowe. Dziś wiem, że nie wszystko było idealne, co robiłam z Cziką, nie wszystko zauważałam, a moja wiedza może była wystarczająca do jakiegoś w miarę bezpiecznego wychowania psa, ale na pewno nie była duża i specjalistyczna.

Dziś, kiedy mam drugiego psa, tak jeszcze młodego, kiedy przeczytałam jeszcze więcej, kiedy w każdej chwili mogę znaleźć nowe informacje w internecie i wymienić doświadczenia z innymi posiadaczami psów, mam jeszcze większą ochotę pogłębiać swoją wiedzę. Tym bardziej, że przez parę lat miałam przestój (bo Czika była i jest w porządku i była też coraz starsza, więc nie było potrzeby kombinowania z takimi, czy innymi ćwiczeniami).

Myślę, że praca z psami dzisiaj to taka swego rodzaju misja. Trzeba jeszcze wiele zrobić, by i nam, i im żyło się lepiej. Trzeba dużo świadomości społecznej o problemach, o zachowaniach psów i o tym, że można krzywdzić je też w zupełnie „niewinny” sposób, a nie tylko, gdy są wyrzucane z pędzących aut. I też dla własnej satysfakcji chciałabym mieć pewność, że wiem „jak działa jamniczek” i jak pomóc tym, którzy tego nie wiedzą. I sobie, gdy Len postawi wiele z elementów mojego doświadczenia z psami pod znakiem zapytania (co z resztą czyni często).

Co z tego będzie, czy zostanę behawiorystą w przyszłości, czy w tej bliższej właśnie instruktorem szkolenia, czas pokaże. Może uda mi się dzięki zdobytej wiedzy dobrze wychować Lena, sprawić by był najszczęśliwszym psem na świecie, może pomogę też innym psom i ich właścicielom. Wiem, że byłoby wspaniale i wiem, że czeka mnie sporo pracy i wytrwałości. Także Drodzy Odwiedzający mojego bloga, dziękuję Wam, że tu bywacie i jeśli możecie, trzymajcie kciuki za mnie i Lena, bo czeka nas w najbliższych miesiącach wiele nowych wyzwań 🙂 Pewnie będę o nich na bieżąco pisać i dzielić się wszelkimi przemyśleniami.

A sam Len ma się całkiem dobrze, choć ostatnie dni są dla niego dość trudne i pewnie przez jakiś czas jeszcze będą, gdyż zaczął wymieniać zęby. Ma już na pewno 4 nowe, dwa na górze i dwa na dole, wydaje mi się, że jest jeszcze 5 nowy z boku szczęki, ale nie mam pewności. Zaczął się już lenić (he he) i pewnie niedługo jego dziecięcy puszek pozostanie tylko wspomnieniem 😀 Staram się urozmaicać mu trochę dietę, między innymi galaretką/wywarem z kurzych łapek, żeby miał budulec dla stawów i kości, dodaję czasem trochę ryżu lub makaronu. Ostatnio zdobyłam także duże wołowe serce, które oczywiście bardzo mu posmakowało. Uczę go także samokontroli – na razie poprzez pozostawianie na podłodze rzeczy (smakołyków, mięsa itp.), których nie wolno mu ruszyć, dopóki nie dostanie pozwolenia. W przypadku podawania jedzenia również muszę z nim to jeszcze poćwiczyć, gdyż dostaje szaleju, jak niosę miskę, a to jednak nie jest pożądane zachowanie. I tak sobie lecą dni, codziennie poznajemy się lepiej i uczymy czegoś nowego. Niedługo Len skończy 4 miesiące, tak ten czas leci! 😀

nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata :D
nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata 😀
coraz większy wilk!
coraz większy wilk!
pasuje do kafelków :D
pasuje do kafelków 😀
Reklamy

Mój ty termoforze, mój ty antydepresancie!

Jechaliśmy sobie w te Beskidy i mojego bardzo dobrego kolegę naszła refleksja, że (mniej więcej) „słuchaj, czyli pies to w sumie działa relaksująco i antydepresyjnie… przychodzisz do domu taki zmęczony, dobity, albo nerwy cię zżerają… a pies podchodzi – koleś, no weź się pobaw ze mną – zaczynasz się bawić i w sumie nawet nie wiesz, co cię tak denerwowało w pewnym momencie…”. A ja na to, że otóż to! Tak to już z psami jest, że są niesamowicie absorbujące, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, więc nawet jakby się miało podły humor albo mnóstwo stresu, to pies przyjdzie i zaczepi, a później to już z górki… Podobnie działają spacery, a nawet leżenie z psem pod kocykiem i głaskanie ukochanego futra.

Kiedyś należałam do osób chorobliwie nieśmiałych i tak naprawdę sobą czułam się tylko w towarzystwie psów, co wydaje się oczywiste, nie oceniają nas tak, jak ludzie, a i ich milczenie często okazuje się zbawienne. Na jakiekolwiek bardziej czułe gesty, czy słowa pozwalałam sobie tylko w stosunku do psów, przez co wychodziłam na kogoś „zimnego” w stosunku do ludzi. Bardzo często także trawiły mnie przeróżne „melancholije” i wtedy zabierałam Czikę na dłuuugie spacery… Było to idealne katharsis. Często bywało też tak, że siedząc w domu, pies zaczepiał mnie do zabawy i tak mijał długi czas, choć wydawało się, że przecież bawimy się chwilkę… a ile razy przy tym niemal popłakałam się ze śmiechu, gdyż niektóre psie wybryki, a nawet miny podczas zabawy i nie tylko) potrafią kompletnie położyć na łopatki… Oczywiście są osoby, które to w ogóle nie bawi, ale muszę przyznać, że wszelkie dziwne odgłosy moich psów, potknięcia, miny i spojrzenia potrafią sprawić, że śmieję się, jakbym usłyszała najlepszy kawał w swoim życiu. A mówią, że śmiech to zdrowie… mamy więc kolejny plus posiadania psa.

Może to już kwestia indywidualna, ale sama obecność psa w tym samym pomieszczeniu często może działać kojąco. Kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego ( w którym została Czika) i poszłam na studia, bardzo często łapałam się na tym, że siedząc, odwracałam się, bo kątem oka widziałam leżącego psa, albo wydawało mi się że gdzieś się ten pies po prostu kręci. Bardzo długo zajęło mi przywyknięcie do tego, że wcale nie mam się do kogo przytulić, że nikt nie wskakuje mi nad ranem do łóżka, że na spacer mogę wyprowadzić co najwyżej śmieci, że po prostu psa zabrakło w moim życiu i mam go teraz tylko na weekendy. Ale za to moja radość była ogromna, gdy już przyjechałam do domu. Później w trakcie studiów zdarzyły się dwa miesięczne pobyty Cziki w naszym studenckim mieszkaniu i nawet to wystarczyło, abym znów zastanawiała się, gdzie ten mój pies się podział… kiedy znów wróciła do swojego obecnego miejsca zamieszkania, czyli domu mojej babci.

Teraz znów mam już w 100% swojego psa (bo Czika była taka trochę wspólna, często tak jest w rodzinach) i choć jest szczeniakiem i bardzo często jego zaczepki kończą i zaczynają się tym, że przychodzi i mocno gryzie mnie np. w nogę, to i tak widzę znów te wszystkie zalety ze wspólnego życia z psem… a jest ich dużo więcej niż poprawianie samopoczucia, czy dodatkowy piecyk na zimę… A każdy, kto kocha psy, doskonale zdaje sobie z nich sprawę…

A chyba taką najważniejszą zaletą w perspektywie człowieka… jest jednak lek na samotność, bo z psem u boku nigdy nie możemy czuć się samotni. Zawsze jest do kogo się uśmiechnąć, a nawet zagadać…

Dziś wrzucam zdjęcie Cziki, gdyż spędziłam z nią cały dzień w zeszły piątek (niesamowity kontrast między starym, a młodym psem, szczególnie na spacerze… mogłam patrzeć, gdzie idę, a nie tylko, czy Len już coś ma w paszczy :D) i udało mi się zrobić jej ładne zdjęcie, na którym nawet nie widać, że jest schorowaną staruszką.. Moja kochana 🙂

Czika
Moja 13,7 letnia Czika, o której często wspominam i pewnie nieraz jeszcze wspomnę…
a tutaj Len z kategorii pies-dowcip... zarzucanie na psa sieci z koca zawsze gwarantuje dobrą zabawę :D
a tutaj Len z kategorii pies-dowcip… zarzucanie na psa sieci z koca zawsze gwarantuje dobrą zabawę 😀
czikutek
A dorzucę jeszcze śpiącą Czikę sprzed 2 lat… czasem tak mi do niej tęskno 🙂

Ah! Jaki śliczny piesek!

Tak. Dziś chciałabym poświęcić kilka słów moim doświadczeniom z ludźmi zachwycającymi się pieskami. Wiadomo, jakie uczucia wzbudzają szczeniaki, nawet w bardzo opornych osobnikach są w stanie wzbudzić pozytywne zainteresowanie. Jeszcze gdy Czika była mała ludzie też mnie zaczepiali i się zachwycali, gdy dorosła nadal zdarzało się, że ktoś zaczepił:

– Jaki ładny, czy to szczeniak?

– Oj nie, nie. Ma 10 lat…

Tak to mniej więcej wyglądało, nadal oczywiście było miło. Nie zdarzało się na szczęście zbyt często, by ludzie rzucali się do niej tak, jak teraz rzucają się do Lena. Przyznaję, że jest zjawiskowy, bo w okolicy trudno o takiego psa jak na razie. Rozumiem, że ludziom się podoba. Nie rozumiem jednak tego, czemu tylko dwie (dosłownie) osoby, zapytały mnie „przepraszam, czy można pogłaskać?”. Naprawdę, ludzie nie pytają, traktują psy, jak dobro publiczne. Było już o tym w kilku miejscach w sieci (m.in. tutaj ) i spostrzeżenia tych osób były słuszne. Skąd pomysł, że jak pies jest ładny, merda ogonem, jest szczeniakiem (również!), to można podchodzić, rzucać się, całować i wykrzykiwać ah-y i oh-y? Przedwczoraj jakaś dziewczynka, na oko 7 lat, zapytała mnie – „o jaki ładny piesek, gryzie?”, a ja na to „no gryzie, jak każdy pies… ale można pogłaskać”. Wierzcie mi, konsternacja na twarzy owego dziecka była cudowna. Coś tam później dodałam, że mały, to wszystko gryzie, więc trzeba uważać, żeby nie było, że aż tak straszę. Przyznaję, że sama jako dziecko nie byłam lepsza i latałam dosłownie za wszystkim, co szczekało (włącznie z odwiedzaniem onych w budach – takie tam, skłonności samobójcze). Z tego, co pamiętam, zagadywałam jednak najpierw do właścicieli (chyba, że pies był bezpański).

Kwestie bezpieczeństwa to jedno, każdy rodzic jest odpowiedzialny za swoje dziecko, jak i każdy dorosły za siebie, więc rozsądek przy podejściu do wszystkich zwierząt każdemu się przyda. Uważam, że warto jednak zapytać, czy można pogłaskać i dopiero podejść do psa.

Druga sprawa, to fakt, iż Len był tyle razy zaczepiany przez wszystkich, że teraz nawet jak nikt się nim na ulicy nie zachwyca, to piszczy i ciągnie na smyczy za obcymi ludźmi. To są efekty „nauki”, którą fundują ludzie zaczepiający psy na ulicy. Te, które są takie milusie i przyjacielskie, szybko uczą się, że będą wygłaskane i wychwalone, więc później 15-minutowy spacer trwa godzinę (czasem się jednak człowiek spieszy), no i duszą się na tych smyczach i męczą, bo chcą biec do tych „fanów piesków”…

A, jest jeszcze jedna kategoria owych ludzi, mniej sympatyczna, a mianowicie „moralizatorzy”, czy jak ich tam nazwać. Byliśmy na koncercie z Lenem, plenerowym, więc wszyscy siedzą na krzesełkach, my na ławce z boku, żeby przy trawie było. Mój pies jak to on, wybrał najtwardsze możliwe podłoże do spania (bo na kolanach najpierw nie chciał) i położył się na chodniku między ławkami. Od razu jak tam przyszliśmy, wypatrzyła nas pewna pani i przez pół koncertu go wołała (ależ jak on wybitnie ją ignorował!) i gwizdała i cmokała i coś tam mówi, że jaki śliczny, jaki ładny, ojej… o! ale proszę go zabrać, nie może leżeć na takim twardym, zimno mu będzie i będzie miał chore stawy!… a proszę coś tam!. Zauważę, iż nawet nie patrzyłam w stronę tejże pani, więc nie wiem, z jakiej racji mnie pouczała bardzo stanowczym tonem… Dużo ludzi też mi mówiło, co powinnam robić w kwestii jego zdrowia, bo czy szczepiony, a kiedy, a na co, a to proszę uważać. Dziękuję za troskę, bo czasem to są sympatyczne osoby, ale czasem… no wiecie, tacy „wszystkowiedzący mądralińscy” i od razu się to w tonie wyczuwa…

Cóż, mam nadzieję, że Len jednak z wiekiem przestanie się aż tak rzucać do ludzi i mu przejdzie to podbieganie do obcych. Wiem też, że jak wyrośnie z fazy słodkiego szczeniaka, to będzie wzbudzał mniejsze zainteresowanie. Bo wiadomo, cichy podziw z daleka, gdy idzie się ze swoim psem, zawsze pochlebia… ale przy tym wszystkim uważajmy na siebie i na psy 🙂

I niżej kilka zdjęć z pierwszego, dłuższego spaceru nad Zalew Nowohucki… gdzie, uwaga, nikt nas nie zaczepił 😀

Powoli uczy się pozować... ahaha
Powoli uczy się pozować… ahaha
Nowe miejsce, więc i wysoki poziom obserwacji i skupienia... = nierozmazane zdjęcie!
Nowe miejsce, więc i wysoki poziom obserwacji i skupienia… = nierozmazane zdjęcie! I liść w pysku…
Nikłe zainteresowanie patykiem...
Nikłe zainteresowanie patykiem…
W pewnym momencie nie mogłam go uspokoić, tak bardzo chciał do wody!
W pewnym momencie nie mogłam go uspokoić, tak bardzo chciał do wody!
Pierwszy ciut dłuższy spacer i ogromne zainteresowanie Lena wodą...
 Ogromne zainteresowanie Lena wodą…

Życie od nowa

Pierwszy wpis zawsze jest sporym wyzwaniem. Miałam już niejednego bloga, lecz żaden nie dotyczył konkretnej sprawy. Skupiały się one na luźnych przemyśleniach, które nierzadko napływały mi do głowy i powodowały istne sztormy. Żeby zyskać trochę spokoju ducha, trzeba było sobie popisać. Teraz postanowiłam wrócić do pisania. Mam jeden ważny powód, który mam nadzieję, będzie mnie motywował. Długo i konsekwentnie… gdyż niestety cechuję się nieco słomianym zapałem, mimo szczerych chęci.

Moją motywacją jest pies. Drugi w moim życiu, a jakby pierwszy. Psy są moją pasją od najmłodszych lat. Wiadomo, że przeszłość jest zawsze przez mózg nieco idealizowana, niektóre fakty zacierają się, by uwypuklić inne, prawdopodobnie mniej znaczące. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet małe dziecko ma swoje cechy i zainteresowania. Jeśli samo jak przez mgłę pamięta, co robiło i myślało… to od czegóż są „dorośli”, którzy w odpowiednim momencie, zaszłości przypomną… bądź wypomną. W moim przypadku wszystko zlewa się w jedną całość – zarówno moje wspomnienia, jak i opinie otoczenia – tworzą formę na czterech łapach z ogonem i zimnym nosem. Zabawki, które najbardziej mnie interesowały, zawsze były plastikowymi, bądź pluszowymi zwierzętami. Kiedy tylko do mojej świadomości dotarło, że ten, kto zajmuje się zwierzętami i im pomaga to weterynarz, na każde pytanie „kim będziesz w przyszłości?”, z dumą odpowiadałam „weterynarzem!”. Cel ten niestety nie został przeze mnie spełniony, lecz miłość do zwierząt pozostała. Psowate są według mnie najwspanialszymi istotami tej planety, na czele z wilkami, lisami oraz psami właśnie. Jako dziecko nie stroniłam także od żywych psów, gdyż wiadomo, że zabawki to za mało. Kiedy tylko mogłam wyrywałam się mojej mamie z całych sił, by popędzić do jakiegoś czworonoga. Chyba wydawało mi się, że jestem zaklinaczem psów, gdyż lęk przed psami w mojej głowie nie istniał przez większość mojego życia. Co za tym idzie, ganiałam po podwórku z bezpańskimi psami, co jakiś czas przyprowadzałam do domu któregoś i skutecznie byłam przez rodziców odprawiana z kwitkiem – „psa nie będzie”. Pozostawało mi zatem poznanie wszystkich psów na osiedlu przynajmniej z imienia i trzymanie komitywy z bezdomniakami. Kiedy miałam około 11 lat, moja mama wypowiedziała magiczne słowa – „przeglądałam twoją książkę z rasami psów… kupimy psa, będziesz miała swojego”. Moja radość nie znała granic, więc zaczęłam wszelkie kieszonkowe odkładać na psa. Jako dzieciak nie miałam ich za wiele, ale wiadomo, liczył się każdy grosz. Były to czasy, kiedy internet nadal raczkował, więc ogłoszenie o hodowli znaleźliśmy w gazecie „Mój Pies”, która już niestety nie ukazuje się. Moja mama powiedziała mi, że możemy kupić beagla. Bo do naszego niedużego mieszkania będzie akurat. Los chciał jednak, że w moje ręce trafił pies zupełnie inny. Mieszaniec. Z nieco podejrzanej hodowli, którego matka była cocker spanielem. Miał być pies, do domu przyprowadziłam suczkę. Nie miałam nawet wymyślonego imienia, ale zarówno ja, jak i moi rodzice zakochali się w niej bez pamięci. Dałam jej na imię Czika i jest ze mną do dziś, praktycznie trzynaście i pół roku… Wiem, że będzie niezastąpionym psem. Trafił mi się niezwykły „egzemplarz”, gdyż odkąd przekroczyła próg mojego domu nie sprawiała niemalże żadnych problemów. Jako szczeniak nie zniszczyła niczego w domu, nie gryzła, szybko uczyła się wszystkich potrzebnych rzeczy, w tym załatwiania na zewnątrz, zostawania samej w domu. Była moją nieodłączną towarzyszką zabaw, radości, smutków, spacerów… Lata mijały, obie zestarzałyśmy się, a z przyczyn losowych Czika wylądowała w domu mojej babci i tam sobie razem żyją. Mój ukochany pies teraz z resztą sam jest babcią… na dodatek schorowaną, z rakiem… ale na szczęście dzielnie się trzyma. I tęsknię za nią każdego dnia, choć wiem, że ma się dobrze i sama zżyła się z moją babcią i jest już takim trochę nie moim psem. Wiecie, jak to jest, pies uczy się, kto daje miskę i kto chodzi na spacery. Ale i tak robię dla niej, co mogę i odwiedzam, kiedy się da. Los pokierował moim życiem tak, że musiałam szybko się usamodzielnić, stało się to szybciej, niż sobie tego życzyłam. Wiedziałam od lat, iż kiedy zamieszkam sama (albo prawie sama), będę mieszkać z psem. Jeśli nie uda się z Cziką, to z kolejnym psem. Bo nie wyobrażałam sobie życia bez psa i dalej nie wyobrażam. Skończyłam studia, moi przyjaciele nieco rozjechali się po Polsce i świecie, a ja dotrwałam do „swojego kąta” (wynajmowanego, ale zawsze). Początkowo myślałam o psie ze schroniska, gdyż wiem, że przed śmiercią muszę przynajmniej jednego adoptować (na razie pomagam na odległość). Po przemyśleniu i poradach najbliższych osób, postanowiłam jednak spełnić marzenie z dzieciństwa i najpierw „zainwestować” w psa rasowego. Przez jakiś czas byłam do takich nieco zniechęcona, gdyż wydawało mi się to nieco snobistyczne (tym bardziej, że mój mieszaniec okazał się psim aniołem), choć i tak miałam swoje ulubione rasy. Padło na to, że biorę szczeniaka… dużej rasy. Tak, to marzyło mi się od zawsze – duży pies. Pies wyglądający jak wilk (stąd moja ogromna sympatia do wilczaków czechosłowackich). Pies wyglądający jak wilk polarny. Po prostu duży, piękny pies o długiej sierści. Mój wybór padł na Białego Owczarka Szwajcarskiego. Dawno temu zakochałam się w tej rasie, choć wydawało mi się, że w Polsce jest nie do zdobycia. Na szczęście była… i gdy w połowie lipca podjęłam decyzję o tym, o jakiego psa będę się starać, znalazłam hodowlę U Źródła, która miała miot „w drodze”… Psiaki miały narodzić się pod koniec lipca, a ja z niecierpliwością odświeżałam stronę hodowli kilka razy dziennie… Bo od razu zarezerwowałam sobie psa. Długowłosego samca. Spełnienie moich wieloletnich marzeń. I kiedy ja beztrosko pływałam żaglówką po Mazurach, 19 lipca 2015 roku na świat przyszło 12 szczeniąt… Jedno z nich miało być moje. I tak się stało. W końcu czułam się naprawdę szczęśliwa, nie mogąc doczekać się, aż mój nowy przyjaciel na śmierć i życie, zamieszka ze mną… Takim o to sposobem trafił do mnie pies ze wspaniałej hodowli, która powinna być wzorem dla wszystkich hodowców. Początkowo był psem „czarnym”, bo każdy szczeniak miotu musi mieć swój kolor. Rósł szybko, a jako że urodził się w miocie „E”, wkrótce nadano mu imię – Escamillo U Źródła. Tak właśnie brzmi pełne imię mojego psa, któremu postanowiłam poświęcić kawałek swojego życia. Nieoficjalnie nazwałam go Len. Powoli uczy się reagować na to imię, choć na razie wciąż jest maleńki. Ale odważny i ciekawski. Dokładnie taki, jak sobie marzyłam. W kolejnych wpisach zapoznam Was dokładniej z jego osobą…

20150912_184158