Z psem na pocztę?!

Minął już prawie tydzień od ostatniego wpisu. Od tamtej pory sporo się działo, ale po kolei… tyle, że od tyłu.

Wybrałam się dziś z Lenem na pocztę, któryś tam już raz… z tym, że dziś przyszliśmy praktycznie punktualnie na otwarcie, więc w przedsionku jakaś pani wycierała podłogę mopem. I usłyszałam tekst dnia (faworytem nadal pozostaje „z psem na cmentarz?!):
– Z psem na pocztę?! – wyrzekła tonem obrzydzenia zmieszanego z niedorzecznością widzianego obrazka.
– Taak. Przecież nie ma zakazu… ani w środku nie ma niczego, co by zniszczył – odparłam, choć często w takich sytuacjach ograniczam się jedynie do pobłażliwego uśmiechu.
– No ale z psem na pocztę?? – zacięta  płyta – Będzie pani po nim wycierać blabla – reszty nie slyszałam. Niezliczona ilość kąśliwych komentarzy, jaka później przyszła mi do głowy, zmarnowała się niechybnie. Prawda jest taka, że szkoda się wdawać w dyskusję z takimi typami.
Oczywiście nadal spotykamy też tych wszystkich „cmokaczy” i wołających „ale śliczny niedźwiadek”!, ale Len już nie na wszystkich reaguje. Całe szczęście.

Wczoraj natomiast nadszedł czas na pierwszą dłuższą wycieczkę tramwajem… i wizytę Lena w centrum Krakowa. Stwierdziłam, że nie ma co, lecimy dalej z socjalizacją. Pretekstem do tego było umówione piwo w jednej z krakowskich knajp, gdzie psy są mile widziane. Sama jazda tramwajem przebiegła nad wyraz spokojnie, mój waleczny wilk leżał głównie na podłodze i obserwował otoczenie. Co prawda już 3 przystanki przed naszą destynacją, zaczął się niecierpliwić i  chciał koniecznie wysiąść, bo byliśmy blisko drzwi. Później szybki spacer plantami, po morzu złotych liści, aż dotarliśmy do Starego Portu. Jest to jedno z moich ulubionych miejsc spotkań towarzyskich w Krakowie, bo uwielbiam tematy marynistyczne i żeglarskie… i jak wspomniałam, lubią tam psy. A tym przyplusowali już na całego. W środku Len trochę szczekał, trochę się wyrywał, trochę nudził, czyścił podłogę (znalazł nawet jakiś stary guzik!), zjadł kurzą łapę przywiezioną z domu, pospał trochę, dostał wodę od barmana i ogólnie było bardzo ok. Fakt, że na początku trochę szczekał, szczególnie jak ktoś obdarzył go tylko spojrzeniem, a nie 100% uwagą i czułościami 😀 Mam nadzieję, że przy każdej kolejnej tego typu wycieczce będzie coraz lepiej nam to szło.

image
Tyle wypił, że spał pod stołem… 😀

image

W zeszły weekend Len był także na dwóch dalszych wycieczkach. Byliśmy znów u mojej babci, gdzie mieszka moja Czika. Psy nadal nie pałają do siebie miłością, szczególnie Czika nie przepada za Lenem, ale jakoś dało się to opanować i sobota należała do całkiem udanych. W niedzielę natomiast wybraliśmy się na cmentarze w moim rodzinnym mieście, żeby zapalić znicze kilku ważnym osobom, bo czasy Dziadów się zbliżają wielkimi krokami… a ja tłoku na cmentarzach nie lubię. Oczywiście tylko czekałam na komentarze… nawet ripostę mieliśmy przygotowaną na „z psem na cmentarz?” – „nie, nie, to świnia,  tylko chorowała ” 😀
Wniosek jednak nasunął się inny po tymże dniu – że nie tyle problemem jest pies… tylko to jaki to pies. Lenem nadal wszyscy są tak zachwyceni, że nikt się nie czepia, tylko raczej są same miłe słowa, albo serdeczne uśmiechy  (zdecydowanie wolę opcję drugą ).

A co u samego Lena? Dziś,  kiedy odwróciłam się do stołu plecami (na którym stały moje kanapki na śniadanie ), by schować garnki… pies podparł się łapami o krzesło i porwał mi plaster szynki z chleba! Na szczęście dopadłam go nim dobrze przełknął i skarciłam. Nadal jest krnąbrny i bezczelny, ale jednocześnie łatwiej chodzi się z nim na spacery, puszczony ze smyczy przychodzi całkiem ładnie na wołanie  (albo odbiegnięcie :D), ma obsesję prysznica i potrafi długo tam stać i bawić się wodą… i to, o co teraz zażarcie walczymy, to prawo Lena do wchodzenia na moje łóżko. Niestety jest przekonany, że skoro jest już w stanie na nie wskoczyć, to żadne ograniczenia go nie  obowiązują…

image
W tramwaju, obserwacja pasażerów 😀
image
Kot najpierw wyglądał jak dziupla w drzewie… zaskoczył nas oboje 😀

image

Reklamy