Stary pies i morze… ale że co?

Tak. Kiedy człowiek ma trochę spaczony mózg, może nawet bardzo, może uderzył się w dzieciństwie o psią budę i mu się zafiksowało, że „psyyyy” *głosem zombi*… to wtedy człowiek jest sobie na koncercie w 1 % nawet niezwiązanym z psami, ale słyszy sobie jedną piosenkę i od razu zaczyna dryfować ku psim rozmyślaniom…

Dryfować jest tu słowem kluczem, gdyż wpis ten podyktowany jest moim 3-dniowym udziałem w festiwalu Shanties 2016, a także moją małą pasją związaną z żeglarstwem. Swoją przygodę, na razie tylko z Mazurami (ale spokojnie, się nadrobi :D) rozpoczęłam w 2013 roku, więc stosunkowo niedawno, rejsy mam za sobą 3… ale już na pierwszym postanowiłam, że „będzie pływał ze mną pies!”. I kropka. Wiedziałam, że nie będzie to Czika, bo swoje lata ma i raczej nie byłaby zachwycona przechyłami i warunkami na łodzi. Chociaż może ma rację bytu „Stary pies i morze” (jakby Hemingway zechciał popełnić zza grobu taką wersję :D). Znacie jakiś psich seniorów, co spędzają urlopy na łajbie?

Wracając do tematu, z zazdrością patrzyłam na wszystkie mijane jachty, na których były psy. W portach i na kejach śledziłam ludzi z psami ze wzrokiem psychopaty (mają psa… ja też chcę psa na rejsie… chcę psa… muszę pływać  z psem). W zeszłym roku chyba nawet mignął mi owczarek szwajcarski na którymś jeziorze, choć pewności nie mam. Nie wiem, kiedy będę mieć okazję pokazać Lenowi, jak to jest pływać na jachcie i przekonać się, co on na to… Będziemy musieli oboje dobrze się do tego przygotować i mam nadzieję, że mój wspaniały pies mnie nie zawiedzie 😀

Rozmawiałam niedawno ze znajomym kapitanem morskim i na moje „ale z psem na Bałtyk to chyba nie bardzo… na morze nie da rady…”, a on na to „kto ci tak powiedział? ludzie pływają z psami po morzach”. No to ja już popłynęłam z wizją (znów słowo klucz :D), że „o, ale by to było, no pięknie, tylko niebo, woda i mój pies” (i dodać by trzeba – ja, wiadro, nudności, sople na nosie i mój pies za burtą – aby utrzymać realizm :D). Cóż, rejs po Bałtyku Lenowi na razie nie grozi… ale ciekawa jestem, czy jest tutaj ktoś, kto pływał ze swoim psem po jakimkolwiek akwenie? Jak się do tego przygotowywaliście?

I utrzymując temat, ale nieco zbaczając ze ścieżki osobistej… to siedziałam na koncercie i tak sobie myślałam „praktycznie ma szant, w których by było coś o psie… poza słowem psubrat, pieśni żeglarskich też za bardzo nie”… a wtem zagrali Róże z Dublina:

Czy do nóg będzie łasił się pies,
Czy złowrogo zabłyśnie mu ząb,
Kiedy skończy się wreszcie ten rejs,
Kiedy ujrzysz rodzinny swój dom.

I jak na razie, o ile mi pamięć nie szwankuje, to jest to jedyna piosenka o tematyce żeglarskiej, w której pojawia się pies… oczywiście rozważania te pochłonęły mnie niemal bez reszty przynajmniej na cały czas trwania tego utworu… Eh, życie psiarza 😀

Rozważania te doprowadziły mnie również do jednej z moich ukochanych książek dzieciństwa, która fenomenalnie łączyła temat marynistyczny z kynologicznym… Mam na myśli książkę Briana Jacquesa Rozbitkowie z Latającego Holendra 

352x500
źródło

Pominąwszy sam fakt,że główny bohater może porozumiewać się ze swoim psem telepatycznie, co działało na moją wyobraźnię zupełnie jak wołowina na Lena, ale zestawienie jakiegoś chłopca-wyrzutka, który przeżywa niesamowitą przygodę z opis ami morza, statku, piratów, a także opisem przyjaźni z psem na śmierć i życie… Kompletnie mnie obezwładniało… w związku z czym książkę przeczytałam kilka razy (ah, było się młodym, miało się dużo wolnego… a no i nie było internetu :D). Nie oceniam walorów czysto literackich książki Jacquesa (tym bardziej, że nie ma co konkurować z Okrętem widmo ), gdyż zbyt wiele czasu upłynęło, odkąd czytałam ostatni raz, a i moja świadomość literacko-pisarska się zmieniła, ale to nic, to nic… 😀

Jeśli przypominacie sobie jakieś książki, piosenki, filmy i inne wytwory kultury, w który choć ciut ważniejszą rolę odgrywają psy, a wszystko rozgrywa się „pod banderą”, to dzielcie się 😀 Przyjmę wszystko z otwartymi ramionami!  Chętnie wysłucham (przeczytam) osobistych historii „z psem na fali” i Waszych doświadczeń 😀

Reklamy

O kulturze mowa… a tu pies!

Piątek nie zapowiadał się ciekawie. To jeden z tych, kiedy człowiek nie ma się gdzie podziać, bo każdy ma już plan, a my przespaliśmy listę obecności.

Jeśli chodzi o Lena, to dziś w końcu doczekał się pełnego kompletu szczepień. W gabinecie pojadł sobie ciasteczek, więc szczepionki przeciw wściekliźnie wcale nie poczuł. Starał się wetknąć swój ciekawski pysk wszędzie, ale na szczęście nie miał zbyt dużego  pola do popisu, bo był w innym gabinecie… w tym, co ostatnio cały czas grzebał w paczkach z karmą, zdjął z półki nawet jakiś przyrząd do usuwania kleszczy…

Ponadto dziś na spacerze w parku spotkaliśmy 3-miesięczną suczkę Cane Corso. Calutka czarna o bardzo grubych łapach, była całkiem chętna do zabawy… ale Len szczekał na nią i uciekał i chwilę to trwało, zanim złapał rytm zabawy… a jak już złapał, to lada moment, nim zdążyłam go odwołać… wskoczył sobie do parkowego zalewu i nie mógł się wygrzebać, więc trzeba było go wyciągać… i biec do domu myć i suszyć. Na szczęście nie umoczył się cały…

… a wracając do mojego piątku pozbawionego fajerwerków,  to okazał się najlepszym piątkiem ostatnich wielu tygodni. Zaczęłam przeglądać koncerty, jakie oferuje Rotunda, bo robię to raz na jakiś czas… i okazało się, że dziś o 20  jest koncert zespołu Cisza Jak Ta. W związku z tym, iż cierpię na bieszczadoholizm, a także słabość do piosenki turystycznej i poetyckiej… prędzej podjęłam decyzję o tym, że idę,  niż do mnie dotarło, że ją podjęłam. Na szczęście okazało się, że jest szansa dostać bilet, więc zostawiając Lena z żalem (bardzo zmęczonego emocjami po wizycie u weterynarza), pognałam co sił.
Zespół Cisza Jak Ta mogłabym zachwalać do jutra, ale pewnie byłabym nieobiektywna… a kto lubi, ten lubi i wie, co jest grane… ale że jeszcze będzie szczekane, to się nie spodziewałam! Siedzimy, klaszczemy na bis… a tu zza kurtyny wyskoczył piękny, młody Golden! Ja no to już prawie owacje na stojąco, psiak zaraz znowu znikł… pojawił się z zespołem i został na kilka jeszcze piosenek… twarz mi prawie pękła na pół,  tak się uśmiechałam i cieszyłam z tego, co widzę!  Okazało się, że pies zespołu ma na imię Dżuno (o ile nic nie przekręcam) i ma 3 lata… i przez wszystkie 3 jeździ w trasy koncertowe z nimi. Cudowny to był wieczór, bo nie dość, że sztuka, kultura… to i pies! I to taki sympatyczny, że ah… Za niedługo opowiem Wam o jeszcze jednym sympatycznym spotkaniu z psem tam, gdzie się go nie spodziewałam…

A tymczasem mogę tylko cieszyć się z tego, że są ludzie, którzy stawiają obecność i towarzystwo psów tak wysoko… a jak wspominałam wcześniej, mam zamiar krzewić taką postawę i wspierać wszystkie jej przejawy! 🙂

A muzykę i koncerty Ciszy gorąco polecam wszystkim o podobnej mentalności 🙂

Len umoczony do połowy, brudny... i znów nie
Len umoczony do połowy, brudny… i znów nie mający ochoty iść do domu
Niestety patyki zaczęły być spacerowym daniem nr 1...
Niestety patyki zaczęły być spacerowym daniem nr 1…
Wspaniały Dżuno z zespołem na scenie <3
Wspaniały Dżuno z zespołem na scenie
I ponownie... piękny widok,a pies bardzo entuzjastyczny! :D
I ponownie… piękny widok,a pies bardzo entuzjastyczny! 😀 (za jakość zdjęć przepraszam, ale to telefonem)

Najlepszy przyjaciel kucharza

Dziś troszkę „z innej beczki”, gdyż jakiś czas temu wpadłam na trop turnspit dogs i swego czasu napisałam na ten temat krótki artykuł, którym chętnie się podzielę (myślę, że w związku z moim wykształceniem – jestem kulturoznawcą – będą się tu pojawiać takie „psie smaczki” :o). Tytuł dla każdego posiadacza psa ma jedno skojarzenie – „pies-odkurzacz” w kuchni… zbierze z podłogi wszystko, a niekiedy zwędzi i ze stołu… Zupełnie jak tu 😀 Zainteresowanych zapraszam do lektury poniżej:

Mówi się, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Udomowiony tysiące lat temu brat wilka, służył ludziom na wielu polach. Do dziś wykorzystywany w myślistwie, pasterstwie, czy ratownictwie, swego czasu pełnił zupełnie inne role. W minionych wiekach, choć dziś nikt by się nie spodziewał, pies bardzo często pomagał w kuchni.

Szczególnie na Wyspach Brytyjskich wykorzystywanie psa w kuchni było procederem całkiem powszechnym. W czasach, gdy podstawą żywienia były mięsa z rusztu, a ich odpowiednie przyrządzenie wymagało obracania rożnem, pojawili się mali pomocnicy kucharza. Początkowo zajmowała się tym osoba, która w kuchni miała najniższy status, najczęściej jakiś chłopiec. Praca była żmudna, a pilnowanie mięsa i obracanie go, często prowadziło do poparzeń dłoni. W XVI wieku jednak nastąpiła zmiana i pojawił się turnspit dog. Nazwy tej ciężko doszukać się w literaturze polskiej, dlatego też nie ma żadnego oficjalnego tłumaczenia. Można pokusić się o „pies obracający rożen”, a może „pies rożnoobracacz”, co brzmi niestety groteskowo. Na potrzeby niniejszego artykułu pozostanę przy nazwie angielskiej.

Praca tegoż psa polegała na obracaniu mięsa nad ogniem w sposób podobny, jak czynią to chomiki, przebierając łapami wewnątrz koła, napędzającego rożen, który znajdował się nad ogniem. Turnspit dog był swego czasu odrębną rasą, która w miarę upływu czasu zanikła. Był to pies niewielkich rozmiarów, o tułowiu dość długim, lecz krótkich, nieco krzywych, przednich łapach. Dopuszczalne umaszczenie mogło być szare, białe, także rudobrązowe, czy nawet czarne. Niektórzy łączą tę rasę z istniejąca współcześnie Welsh corgi.

Koło, w którym pracowały psy znajdowało się w oddaleniu od paleniska, by zwierzęciu nie było za gorąco i aby nie zasłabło ono w trakcie pracy. Jeszcze w połowie XVIII wieku turnspit dogs  były niezwykle popularne, by w wieku XIX stopniowo na tej popularności tracić, wraz z końcem ery wiktoriańskiej, skończyła się kariera psich pomocników kucharza. Podobno królowa Wiktoria miała w zwyczaju, aby przygarniać emerytowane psy, które niegdyś siłą łap pomagały przyrządzać aromatyczne mięsa na brytyjskie stoły.

Kolejnym „wynalazkiem” ery wiktoriańskiej był pies, który pomagał ubijać masło. Tym razem pracował on przy maselnicy, czyli po prostu ubijał masło. Same maselnice nie były zbyt popularne aż do XVIII wieku, później stopniowo zaczęto korzystać z pomocy psów. Podobnie jak przy rożnie, pies napędzał mechanizm kołowy, by wspomóc ubijanie masła. Niestety w tym przypadku nie powstała osobna rasa psów, więc pomocnikami w kuchni były zapewne wszystkie psy na tyle zdyscyplinowane, by móc przez wiele godzin pracować przy ubijaniu masła.

Urządzenia te zastąpiły ich unowocześnione formy, najczęściej napędzane przez prąd elektryczny, a nie siłę mięśni czworonogów. Nie zmienia to jednak faktu, iż pies był swego czasu nie tylko najlepszym przyjacielem człowieka, strażnikiem obejścia, czy maskotką, a również ważną pomocą w kuchni. I jak na pracującego przystało, mógł później odejść na emeryturę i jeśli miał dużo szczęścia, dożyć swych dni na dworze królowej Wiktorii.

Źródła:

Kristine Hughes – The Writer’s Guide to Everyday Life in Regency and Victorian England from 1811-1901

Jan Bondenson – Amazing Dogs: A Cabinet of Canine Curiosities

obrazek: http://www.todayifoundout.com/wp-content/uploads/2015/02/Turnspit_Dog.jpg

A Lenowi ani w głowie takie prace… On jest po prostu strażnikiem lodówki 😀

strażnik lodówki