[test] KONG Activity Ball

Dzisiejszy wpis będzie o naszym najnowszym nabytku – KONG Activity Ball – a to wszystko dzięki uprzejmości sklepu Nasze Zoo, przez który zostaliśmy wybrani do przetestowania tej właśnie zabawki. Bardzo miła pani skontaktowała się z nami i zapytała, czy Len nie chciałby zostać testerem. Jasne, że by chciał… i został 😀 Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co to będzie… i gdy w końcu kurier zastukał do drzwi, okazało się, że Len dostał właśnie produkt KONGa oraz miły list od sklepu 🙂

Kiedy 13 lat temu kupowałam pierwszego psa, nie słyszałam ani o firmie KONG, ani o żadnych zabawkach, które napełnia się przysmakami lub smakowymi pastami. Moja Czika wychowała się na suszonych uszach wieprzowych, tych niby butach ze skóry i absolutnym hicie – starej skarpecie wypełnionej przysmakami, do których aby się dostać, musiała zrobić dziurę… czyli taki KONG dla ubogich, ahaha 😀 Teraz zanim sprowadziłam do domu Lena, natrafiłam na wpis o kuli-smakuli i nie powiem, poczułam się zaintrygowana, gdyż wcześniej nie miałam do czynienia z takim cudem i właśnie Comfy Snacky Ball była jednym z moich wyprawkowych zakupów… okazało się jednak, że zainteresowanie Lena nią jest dość nikłe, bo jak nie mógł czegoś wyjąć, to dawał sobie spokój i szedł uprzykrzać życie mnie i innym 😀

Jak zobaczyłam, że przypadło nam w udziale coś bardzo zbliżonego do „kuli-smakuli”, to mina mi nieco zrzedła, bo jasne, miło dostać taki prezent i w ogóle… ale przecież Len się tym na pewno nie zainteresuje. Jak widać na zdjęciu w nagłówku tego bloga, mój pies ma jeden produkt KONGa – kość dla szczeniąt, którą również można czymś tam napełnić… ale ona również cieszyła się znikomym zainteresowaniem. „No nic – pomyślałam – spróbujemy. W końcu miał być test…” i pełna obaw postanowiłam wypełnić przynajmniej w małym stopniu tę piłkę masłem orzechowym, bo akurat miałam je pod ręką… tak na spróbowanie. Len nie jest krytyczny wobec smaków pożywienia, więc czy to by było masło zwykłe, orzechowe, czy tektura umoczona w rosole, pewnie i tak byłby zachwycony… i ku mojemu zdumieniu, po raz pierwszy Len zajął się zabawką z tej kategorii na dłużej. Oczywiście musiałam to nagrać, bo własnym oczom nie wierzyłam, że chodzi z nią, liże, gryzie i jest bardzo zaangażowany w wydobycie wszystkiego, co tam w środku wyczuwa językiem.

Na powyższych filmikach widać, że KONG spodobał się Lenowi (wybaczcie mokrą podłogę, która trochę psuje efekt, ale każdy, kto mieszka ze szczeniakiem wie, jak jest… o czystości można pomarzyć :D) i to tylko namiastka jego zainteresowania… Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona i od razu zaczęłam zastanawiać się, czym jeszcze mogę wypełnić tę nową wersję „kuli-smakuli”. Nie mając lepszego pomysłu, stwierdziłam, że sprawdzę jak zadziała zwykły pasztet drobiowy… Oj, zadziałał lepiej, niż masło orzechowe… Porwał Lena na kilkanaście, albo nawet więcej minut i to do tego stopnia, że nawet, kiedy wydawało mi się, że zrezygnował już z „memłania” i lizania, to on przenosił się w inne miejsce i z podobnym zapamiętaniem, co na samym początku dalej tłamsił nowy nabytek…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
z psim herbatnikiem 😀
20151120_125124
Opakowanie 😀 mam nadzieję, że dopadnę większy rozmiar, bo za parę miesięcy nasz KONG może jednak okazać się za mały…
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bardzo lubi trącać takie zabawki i toczyć je po podłodze 😀

Podsumowując… jestem dziewczyną, więc kolor jasnoniebieski oceniam na plus, prezentuje się pięknie! ❤

A tak na poważnie, to KONG Activity Ball sprawdził się u Lena głównie dlatego, że:

a) ma tak zrobiony otwór (z dwóch stron, mniejszy i większy), iż wysiłek psa zakończony jest sukcesem, bo faktycznie udaje się coś „wygrzebać”

b) materiał jest stosunkowo miękki, przez co da się go ugniatać, zgniatać, wyginać i to pomaga w wydostaniu zawartości… ale także stymuluje psa do żucia i gryzienia, co jest niezwykle ważne!

c) jak nazwa wskazuje, jest to piłka… i faktycznie jako piłka świetnie się sprawdza, gdyż dobrze się odbija i jest na tyle lekkie, że można rzucać nawet w mieszkaniu, bez zbędnego hałasu

d) za wadę mogłabym uznać wielkość, gdyż mamy rozmiar „small” dla szczeniąt do 9 kg, choć przy moim kilkunastokilogramowym się sprawdza ta wielkość znakomicie na razie… choć obawiam się, że za niedługo trzeba będzie zainwestować w coś większego 😀

e) da się ją wykorzystać jako piłkę, a że Len lubi biegać, to ćwiczenie aportu z Activity Ball sprawdza się świetnie

f) mój pies jest w trakcie wymiany zębów, a ta zabawka choć na pierwszy rzut oka wydaje się być regularnych kształtów, ma nacięcia, które są ząbkowane (o ile tak to mogę powiedzieć), co dodatkowo stymuluje żucie i masuje dziąsła

Jesteśmy zadowoleni z prezentu od Nasze Zoo i z czystym sumieniem poleciłabym KONG Activity Ball wszystkim psom, które lubią chwilę się pomęczyć, aby zdobyć dobre kąski… albo po prostu żuć i gryźć. A to potrzeba etogramowa wszystkich psów, więc myślę, że zabawka ta jest dla każdego 🙂 Mnie spodobała się między innymi dlatego, że wypełniając ją po brzegi, mogę spokojnie wyjść z domu, a Len ma zajęcie na dłuższą chwilę. Podobnie kiedy przychodzą goście i nie chcę, żeby Len wszedł w try „nieznośny”, co jeszcze mu się zdarza, podaję mu tę zabawkę…i aż miło patrzeć na jego rozanieloną minę 🙂

Dziękujęmy Nasze Zoo za możliwość „degustacji” tej ciekawej zabawki, za fajną zabawę, jaką była recenzja „niespodzianki” dla nas przygotowanej i serdecznie polecamy KONG Activity Ball innym psiakom i ich właścicielom 🙂 A także zapraszamy do odwiedzin na Nasze Zoo 🙂

Jeśli ktoś już ją ma, jestem ciekawa opinii. Czy sprawdza się równie dobrze, jak u nas? Ostatnio znalazłam przepis idealny do zastosowania w tej zabawce i mam zamiar wcielić go w życie… 😀

 

Reklamy

Weterynarzem już nie będę… więc co w zamian?

Przyznam się bez bicia, że dziś nastąpił dla mnie dość przełomowy dzień w życiu, gdyż rozpoczęłam kurs instruktora szkolenia psów. Z jednej strony marzyłam o tym od dawna, z drugiej nie wierzyłam, że kiedykolwiek coś takiego nastąpi. Stało się jednak tak, że trochę przypadkowo trafiłam do wspaniałej szkoły i siedząc dziś na pierwszych zajęciach nie posiadałam się ze szczęścia.

Jak już wspominałam na blogu, od najmłodszych lat kocham psy na zabój i czasem nawet martwiłam się, że cierpię na jakąś dziwną obsesję, ale im więcej psiarzy poznaję, tym bardziej przekonuję się, że nie jestem sama. Pisałam też o tym, iż przez wiele lat, odkąd tylko dowiedziałam się, że jest taki zawód, chciałam być weterynarzem. Okay, najpierw chciałam być… psem. Może dlatego, że byłam jedynaczką i często bawiłam się sama jednak, to udawanie psa było jedną z moich ulubionych rozrywek, chodziłam na czworaka z podkurczonymi palcami dłoni (aby przypominały łapy) i starałam się wiernie naśladować psy, nawet szczekając (słyszę ten odgłos zamykania okna z moim blogiem i przerażenie „uciekających” czytelników :D). Mój ojciec strasznie się na mnie złościł, że się tak zachowuje, ale ja świetnie się bawiłam, bo uważałam, że psy to najlepsze, co chodzi po tej ziemi. W pewnym momencie dotarło do mnie, że weterynarz zajmuje się różnymi zwierzętami i wcale nie leczy tylko piesków (i spokojnie, przestałam też udawać psa :D). Zwierzęta ogółem również uwielbiam, ale jednak szukałam czegoś stricte z psami… odkryłam, że jest kynologia i można być kynologiem. Wtedy chyba nie do końca wiedziałam, czym by się miał taki kynolog zajmować, ani jak dotrzeć do takiego zawodu. A te lekko 15 lat temu coś takiego jak psi behawiorysta, czy trener/instruktor szkolenia nie występowało w moim słowniku za bardzo, ba, nawet się za bardzo o takich rzeczach nie mówiło. Dopiero później ci wszyscy specjaliści od psów zaczęli robić się coraz bardziej popularni. Lata leciały, psy stale kochałam tą samą miłością, ale z moją tragiczną przypadłością wielu różnych zainteresowań i nieumiejętnością zdecydowania się na coś konkretnego, kończyłam szkołę, szłam na studia i żyłam sobie. Coraz bardziej żałując, że nie wierzyłam w siebie i jednak nie przyłożyłam się do tego, żeby startować na weterynarię. Cały czas zastanawiałam się także, co zrobić i jak zrobić, żeby być blisko psów, pomagać im, mieć dużą wiedzę na ich temat i kompetencje w komunikacji z tymi cudownymi istotami.

Kiedy miałam 11 lat, do mojego domu trafiła Czika i była spełnieniem moich marzeń. Naprawdę czekałam na psa 11 lat, bo o ile dać wiarę opowieściom rodziców, to jako berbeć wyskakiwałam z wózka za każdym psem i trzeba było mnie przypominać szelkami mocno, a i tak się wyrywałam, bo idzie „hau, hau”. Prawie każda zabawka, jaką dostawałam, była psem, czy to plastikowym, czy pluszowym. Później zaczęłam dostawać książki o psach, lub kupować takowe za pierwsze kieszonkowe. Moją biblią była ta oto książka:

Nie mam pod ręką, żeby zrobić zdjęcie, więc pożyczam z: http://olx.pl/oferta/ksiazka-rasy-psow-CID751-IDIGOL.html

Wertowałam ją w kółko i dość szybko nauczyłam się wszystkich ras, które tam były opisane, choć dziś wiem, że od tamtej pory pojawiło się sporo nowych, jak i nie wszystkie były w niej ujęte, więc mam braki do nadrobienia. Miałam też takie pierwsze książki o tym, co to jest pies i jak się zabrać do jego wychowania. Ostatnio w społeczeństwie szerzy się świadomość, że „pies nie jest dla dziecka” i dziecko nie powinno zbyt wcześnie samo zajmować się psem. Byłabym trochę hipokrytką, gdybym się całkiem pod tym podpisała, gdyż w wieku 11 lat jednak nadal byłam dzieckiem i wybłagałam zgodę mamy (bo ojciec nie zgadzał się przez to, że mama się nie zgadzała, a sam psy już miał i lubił). Ale jak mówię, na moje usprawiedliwienie mam to, że ja naprawdę cierpiałam, nie mając psa i na osiedlu wszyscy mnie znali i mówili mojej mamie, że czas sprawić mi psa, bo „taka mądra ta pani córka, tyle wie o psach, że sobie poradzi”. Nie ściemniam, kiedy mówię, że to ja podpowiadałam rodzicom, co i jak robić z Cziką od pierwszego dnia, gdy się pojawiła. Oczywiście, byli dużym wsparciem (bo samemu ogarnąć szczeniaka, nie jest łatwo!), ale jednak ja byłam właścicielem i tym, kto z Cziką w jakiś sposób pracował. Pewnie były i są dzieci podobne do mnie, może nawet młodsze, którą znają się na rzeczy, ale to trzeba już poznać indywidualny przypadek… Bo tak ogólnie, nadal pokutuje „pies-zachcianka”, „pies dla dziecka” i „pies-prezent”, które gdy dobrze pójdzie zostają z rodzicami, kiedy dziecko ma je gdzieś, ale gdy pójdzie źle, są krzywdzone i wyrzucane. Ale o tym kiedy indziej.

Nie mam pojęcia, jak udało mi się wychować Czikę na tak wspaniałego psa, mimo bycia szczeniakiem samemu tak naprawdę. Myślę, że to trochę wypadkowa mojego instynktu i jej wyjątkowej mądrości, no i może tego, że jako suczka była trochę bardziej uległa. Przez przeszło 13 lat pogląd na psy, na ich wychowywanie i zachowania zmienił się znacznie. Pojawiło się mnóstwo publikacji, szkół, rozwinął się internet, media społecznościowe, pojawiły się nowe teorie i badania naukowe. Dziś wiem, że nie wszystko było idealne, co robiłam z Cziką, nie wszystko zauważałam, a moja wiedza może była wystarczająca do jakiegoś w miarę bezpiecznego wychowania psa, ale na pewno nie była duża i specjalistyczna.

Dziś, kiedy mam drugiego psa, tak jeszcze młodego, kiedy przeczytałam jeszcze więcej, kiedy w każdej chwili mogę znaleźć nowe informacje w internecie i wymienić doświadczenia z innymi posiadaczami psów, mam jeszcze większą ochotę pogłębiać swoją wiedzę. Tym bardziej, że przez parę lat miałam przestój (bo Czika była i jest w porządku i była też coraz starsza, więc nie było potrzeby kombinowania z takimi, czy innymi ćwiczeniami).

Myślę, że praca z psami dzisiaj to taka swego rodzaju misja. Trzeba jeszcze wiele zrobić, by i nam, i im żyło się lepiej. Trzeba dużo świadomości społecznej o problemach, o zachowaniach psów i o tym, że można krzywdzić je też w zupełnie „niewinny” sposób, a nie tylko, gdy są wyrzucane z pędzących aut. I też dla własnej satysfakcji chciałabym mieć pewność, że wiem „jak działa jamniczek” i jak pomóc tym, którzy tego nie wiedzą. I sobie, gdy Len postawi wiele z elementów mojego doświadczenia z psami pod znakiem zapytania (co z resztą czyni często).

Co z tego będzie, czy zostanę behawiorystą w przyszłości, czy w tej bliższej właśnie instruktorem szkolenia, czas pokaże. Może uda mi się dzięki zdobytej wiedzy dobrze wychować Lena, sprawić by był najszczęśliwszym psem na świecie, może pomogę też innym psom i ich właścicielom. Wiem, że byłoby wspaniale i wiem, że czeka mnie sporo pracy i wytrwałości. Także Drodzy Odwiedzający mojego bloga, dziękuję Wam, że tu bywacie i jeśli możecie, trzymajcie kciuki za mnie i Lena, bo czeka nas w najbliższych miesiącach wiele nowych wyzwań 🙂 Pewnie będę o nich na bieżąco pisać i dzielić się wszelkimi przemyśleniami.

A sam Len ma się całkiem dobrze, choć ostatnie dni są dla niego dość trudne i pewnie przez jakiś czas jeszcze będą, gdyż zaczął wymieniać zęby. Ma już na pewno 4 nowe, dwa na górze i dwa na dole, wydaje mi się, że jest jeszcze 5 nowy z boku szczęki, ale nie mam pewności. Zaczął się już lenić (he he) i pewnie niedługo jego dziecięcy puszek pozostanie tylko wspomnieniem 😀 Staram się urozmaicać mu trochę dietę, między innymi galaretką/wywarem z kurzych łapek, żeby miał budulec dla stawów i kości, dodaję czasem trochę ryżu lub makaronu. Ostatnio zdobyłam także duże wołowe serce, które oczywiście bardzo mu posmakowało. Uczę go także samokontroli – na razie poprzez pozostawianie na podłodze rzeczy (smakołyków, mięsa itp.), których nie wolno mu ruszyć, dopóki nie dostanie pozwolenia. W przypadku podawania jedzenia również muszę z nim to jeszcze poćwiczyć, gdyż dostaje szaleju, jak niosę miskę, a to jednak nie jest pożądane zachowanie. I tak sobie lecą dni, codziennie poznajemy się lepiej i uczymy czegoś nowego. Niedługo Len skończy 4 miesiące, tak ten czas leci! 😀

nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata :D
nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata 😀
coraz większy wilk!
coraz większy wilk!
pasuje do kafelków :D
pasuje do kafelków 😀

Szara codzienność… z psem nigdy nie jest szara

Czas sobie leci, jak zawsze, po swojemu… za kilka dni miną 2 miesiące, odkąd Len jest ze mną, a on sam w niedzielę skończy 16 tygodni życia. Kiedy tak na niego patrzę, jak rośnie, jak się zmienia… to w życiu bym nie powiedziała, że to są 2 miesiące. Mam wrażenie, że jest tu od zawsze! To dość zabawne, jak człowiek jest w stanie szybko przyzwyczaić się, że jego życie wygląda właśnie tak… że dni są podzielone na czas od spaceru do spaceru, że spory procent dobry spędza się na zabawie i innej komunikacji z psem, że wszędzie unosi się zapach rodem ze sklepu zoologicznego, że na ubraniach ma się sierść (na razie niewiele, ale wiadomo, jak będzie :D), że trzeba dać jeść, że znaczna część tematów naszych rozmów sprowadza się do psa… I masę innych przyjemności (jak wstawanie o 3 w nocy, bo pies ma problemy z jelitami, ahaha).

Przy kontakcie z każdym nowym psem, zdumiewa mnie to, jak bardzo różnią się one od siebie. Jak każdy ma swój charakter, upodobania, mowę ciała, cały osobisty „słownik”, za pomocą którego się porozumiewa… Kiedy tak patrzę na Lena i to jak z każdym dniem robi się coraz „mądrzejszy” (mam na myśli raczej możność skupienia uwagi), to aż mi się wierzyć nie chce… Bo to nie jest tak (myślę, że wielu się ze mną zgodzi), że przynosimy sobie szczeniaka i czas start: sielanka. Wszystko jest wesolutkie, bez nerwów, bez stresu, w pastelowych barwach jaśnieje nam wspólny czas… Niestety pierwsze tygodnie ze szczeniakiem (nie każdym oczywiście, ale często) to nierzadko udręka i frustracja, brak wspólnego języka, zawiedzione oczekiwania i nadzieje, przeplatane tylko tymi chwilami wytchnienia, kiedy „słodko śpi”, albo „tak ładnie bawi się piłeczką”. I oczywiście „uf, nie sikał już od pół godziny, mogę odpocząć i odłożyć mopa”.

Oczywiście mówię trochę z przymrużeniem oka, bo nie mam zamiaru udowadniać, że szczeniaki to jakieś potwory, a zanim się człowiek doczeka, aż się z tego zrobi pies, to mu żyłka pęknie tysiąc razy… 😀 Ale jakieś ziarnko prawdy w tym jest. Choć nadal podtrzymuję, że Czika była zupełnie innym psim dzieckiem, pewnie dlatego, że suczka i o zupełnie innym charakterze niż Len. Wracając więc do tego, że mi się wierzyć nie chce, to faktycznie momentami tak jest. W przeciągu tych dwóch miesięcy Len stał się już niemalże młodzieńcem z mocniej zarysowanym charakterem, który uważa, że świat należy do niego, ale jednocześnie skłonny jest do negocjacji 😀

  • kiedy patrzę na niego i/lub mówię coś, czegoś zabraniam, na coś pozwalam… Udaje nam się nawiązać dialog.
  • rzadziej gryzie mnie lub drapie, robi to już z resztą zupełnie inaczej, niż na początku (chyba trochę poznał własne szczęki).
  • nie gryzie pod kolanami, ani nie łapie za stopy, co było nagminne.
  • pozwala mi wyjąć jedzenie z lodówki, przygotować coś i zjeść w spokoju (a wcześniej zachowywał się trochę jak opętany w tej kwestii i rzucał na lodówkę/stół).
  • dłużej wytrzymuje z fizjologią i są już takie momenty, jakby faktycznie starał się mnie świadomie wyciągnąć na dwór, żeby załatwić swoje potrzeby.
  • kiedy zostaje sam w domu nadal (odpukać!) jest grzeczny i jak na razie niczego nie zniszczył… no dobra, raz zdjął z półki książkę i zjadł trochę, resztę potargał… [ale na szczęście nie była to jakaś bardzo ważna książka :D].
  • puszczony luzem przybiega na wołanie [albo moje odbiegnięcie w przeciwną stronę, ale cii], pilnuje się i całkiem ładnie chodzi
  • lubi wykonywać różne polecenia (choć na razie najczęściej za smakołyki) i jego wzrok wtedy jest bezcenny… widać tę krew owczarka, który chce się wykazać i aż mu oczy płoną 😀
  • coraz ładniej jeździ komunikacją miejską, cierpliwość mu się poprawia.

Oczywiście jest jeszcze mnóóóstwo pracy przed nami, żeby nasze porozumienie naprawdę było bez granic, żebym nie musiała się martwić o jego bezpieczeństwo, żebyśmy sobie nawzajem ufali. Nie zmienia to jednak faktu, że cieszę się, kiedy widzę te wszystkie zmiany na lepsze i nie biega za mną po domu złośliwy chochlik, tylko całkiem pewny siebie pies, który czeka na dalsze poznawanie świata.

Przyznam jednak szczerze, że jest jeszcze jedna rzecz, która się zmieniła… robi się cholernie ciężki!!! Już prawie nie mam siły go nosić, ale dla dobra jego stawów poświęcę jeszcze przez jakiś czas swój kręgosłup… Ahaha.

Życie bez psa jest bardzo puste i nie chciałabym musieć wracać do tego stanu, bo chociaż bywają te trudniejsze momenty, to radość z obecności syna wilka w naszym życiu jest nieporównywalna do niczego innego… I choć nad Krakowem wisi przeraźliwy smog i ledwo jest czym oddychać, choć dookoła rozpościera się ponura mgła, choć poranki i wieczory są już bardzo zimne, to kiedy człowiek się budzi, ogląda za siebie, spogląda w bok i widzi gdzieś w pobliżu bystre oczy i mokry nos… to łatwiej się żyje. Kto nie wierzy, niech sprawdzi!

Wcale nie pozwalam mu spać w łóżku, ale czasem nim zdążę go wygonić... to już się rozgości i nie jest łatwo :D
Wcale nie pozwalam mu spać w łóżku, ale czasem nim zdążę go wygonić… to już się rozgości i nie jest łatwo 😀
Zawsze, kiedy niesie patyk, idzie z taką dumą przed siebie, jakby to była najlepsza zdobycz świata :D
Zawsze, kiedy niesie patyk, idzie z taką dumą przed siebie, jakby to była najlepsza zdobycz świata 😀
Wydaje się taki malutki... ale jest już naprawdę spory, rośnie chyba non stop :D
Wydaje się taki malutki… ale jest już naprawdę spory, rośnie chyba non stop 😀

Mój pies zaczyna przypominać psa!

Otóż to, otóż to. Matematyka nie jest moją mocną stroną, ale jestem praktycznie pewna, że Len kończy dziś 3 miesiące 😀 Coraz mniej przypomina liska, jak zwykli o nim mawiać ludzie, a coraz bardziej przypomina wilka… a nawet psa! I tu już mam na myśli sens głębszy, a mianowicie sposób bycia i zachowania. Widać też, że staje się młodzieńcem, a nie jest typowym podlotkiem. Kiedy mówię mu „nie”, „zostaw”, „zejdź/odejdź” – robi to! Oczywiście nie w 100% przypadków, ale jednak da się już otworzyć lodówkę i nie musieć wyciągać z niej psa. Często da się też zjeść w spokoju, nie zostawszy obszczekanym z góry na dół. Jest naprawdę coraz lepiej i myślę, że warto zacząć wprowadzać naukę nowych komend, tylko muszę się zastanowić, jakich dokładnie 😀

Len miał także bardzo udaną wycieczkę, gdyż dostaliśmy zaproszenie na wyjazdowy weekend w jednej z ładniejszych, polskich okolic – Beskid. Wczoraj wybraliśmy się do miejscowości Laskowa, aby spędzić czas w gronie przyjaciół, najlepiej z gitarą i przy ognisku… Temperatura była jednak zbyt niska, więc posiedzieliśmy z gitarą… w domu. Przedtem jednak zdążyliśmy przespacerować się na stok, w blasku pięknego, jesiennego słońca, któremu udało się nas nawet trochę zagrzać, gdy siedzieliśmy sobie w przesuszonej już trawie. Len pierwszy raz był w takim bardziej górzystym terenie, więc była to dla niego atrakcja. Wybraliśmy się na dłuższy spacer (mam na myśli dłuższy, niż podwórko pod blokiem), ale też odpowiedni do możliwości Lena. Ogólnie był bardzo grzeczny i mimo nieznanego sobie środowiska (czyli mnóstwa rzeczy dookoła, które można było zniszczyć, pogryźć itd.) zachowywał się właśnie jak pies, a nie szczeniak, którego kompletnie nie obchodzą żadne prośby, czy zakazy. W domu Len praktycznie nie sypia w swoim legowisku, natomiast w obcym domu uznał, że poduszka z legowiska jest jednak lepsza, niż kafelki i spał niemalże tylko tam. Była to ciekawa odmiana 😀

Bardzo możliwe, że w tym roku nie czekają nas już takie wycieczki, bo robi się coraz zimniej, ale muszę przyznać, że Len ma zadatki na podróżnika, gdyż jazdę samochodem znosi niemal idealnie, a i na nieznanych terenach czuje się całkiem pewnie 🙂

Mam wrażenie, że każdego dnia, gdy budzę się rano, jest większy… Zaczyna przypominać psa nie tylko niektórymi zachowaniami, czy sposobem poruszania się, ale także wyglądem… Jest cięższy, futra ma coraz więcej, bardzo duża różnica jest przede wszystkim w pysku, gdyż jego kufa jest już zdecydowanie dłuższa i taka „doroślejsza”… Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż jest bardzo niezgrabny… i potrafi potknąć się i rozpłaszczyć na podłodze będąc zupełnie pozbawionym gracji… 😀

Legowisko nie jest jednak takie złe...
Legowisko nie jest jednak takie złe…
Pełen relaks i obserwacja terenu...
Pełen relaks i obserwacja terenu…
tu niemal w trakcie skoku do mojej ręki, o ile się nie mylę...
Tu niemal w trakcie skoku do mojej ręki, o ile się nie mylę…
Na jesiennym sianku...
Na jesiennym sianku…
Na ogół Len jeździ z tyłu sam, ale teraz miał towarzystwo i ta opcja też mu się podobała...
Na ogół Len jeździ z tyłu sam, ale teraz miał towarzystwo i ta opcja też mu się podobała…

Cały miesiąc w nowym domu!

Jak w tytule, to już miesiąc, odkąd Len jest ze mną. Chyba od teraz można mówić, że to jego dom, już nie taki nowy, bo zna każdy kąt i czuje się jak u siebie. Nie boi się już szczotki do WC, odważnie wchodzi pod prysznic, jak tylko ma okazje, żeby pomoczyć chociaż łapy, śpi w różnych miejscach, a nie pod łóżkiem… No i dalej załatwia się, gdzie mu się spodoba, choć postęp jest taki, że w nocy, czy nad ranem chce, żeby wypuścić go z pokoju, żeby mógł załatwić się w kuchni na kafelkach. Może nawet byłoby to całkowitym sukcesem, gdybym z okna w kuchni mogła wyjść od razu na podwórko (bez uszczerbku na życiu… bo móc, to mogę…). Nie tracę jednak nadziei, wiem, że psom różnie to zajmuje, innym szybciej, drugim dłużej… Podobno w ogóle samce później ogarniają załatwianie potrzeb poza domem, ale nie wiem, ile w tym prawdy 🙂

Co do samego Lena, wspominałam, że miał badania na robaki, okazało się, że jest zdrowy i nic mu tam nie zalega w „kiszkach”, więc dziś wybraliśmy się do weterynarza na powtórzenie szczepienia na choroby wirusowe. Może ktoś widział poprzednie wpisy, gdzie narzekałam, iż miało być tak pięknie, a trafiłam na kiepskiego weterynarza. Od tamtej pory również byłam w tej lecznicy dwa razy, ale już u weterynarz z bardzo dobrą opinią i faktycznie okazało się, że pani ta zna się na rzeczy, a także jest sympatyczna i łapie kontakt ze zwierzakami. Na szczęście chyba Len nie uznał pierwszej wizyty za traumę, bo przy kolejnych dwóch był całym sobą – zaglądała na wszystkie półki, starał się ściągnąć paczki z karmami, a dziś nawet prawie wyrwał pani weterynarz strzykawkę ze szczepionką 😀

Jakieś 3 tygodnie temu ważył około 5 kg, a z tego, co dziś widziałam na wadze w gabinecie… waży 7,5 kg! Teraz już wiem, dlaczego zadyszka coraz większa, kiedy noszą go po schodach… ale nie ma zmiłuj, chcę zadbać o jego stawy i nie przeciążać ich tak długo, jak się będzie dało 🙂 Był tak mały jak tutaj, a teraz robi się z niego młodzieniec… choć nadal jest tak niezdarny, jak tylko się da i do codzienności należy jego przewracanie się, potykanie i inne takie 😀

Zauważyłam, że naprawdę smakują mu jabłka (a że ja sama jabłka uwielbiam, to tym bardziej mi miło :D), marchewki też całkiem smacznie zajada, czasem jakąś piętkę z chleba… Wydaje się osobnikiem naprawdę wszystkożernym, lecz wiąże się to także z tym, iż trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby nie „upolował” czegoś naprawdę niebezpiecznego, lub paskudnego na dworze.

I co się nie zmienia – jest to typ wyjątkowo bezczelny! Nie widziałam jeszcze tak bezczelnego i buńczucznego psa. Jak tylko coś mu się nie podoba, to burczy, skrzeczy, mruczy, ogólnie wydaje mnóstwo odgłosów, co tylko potęguje komiczny efekt wielu z podejmowanych przez niego działań. Stara się reagować na „zostań”, czy „zejdź” (uwielbia stać na dwóch łapach i opierać się o stół/szafki i przeszkadzać z jedzeniu), ale kiedy złapie „fazę”, to często jedyną formą kary i uspokojenia go jest izolacja na co najmniej kilkadziesiąt sekund. Nie zmienia to faktu, że jednak mam nadzieję, iż będzie słuchał się coraz bardziej.

Pozostaje czekać, co przyniesie czas! A jak na razie czas „niesie” coraz większego psa! 😀

Leżał tak i powarkiwał na jabłko...
Leżał tak i powarkiwał na jabłko…
Jedno z wielu ulubionych miejsc do spania...
Jedno z wielu ulubionych miejsc do spania…