Stary pies i morze… ale że co?

Tak. Kiedy człowiek ma trochę spaczony mózg, może nawet bardzo, może uderzył się w dzieciństwie o psią budę i mu się zafiksowało, że „psyyyy” *głosem zombi*… to wtedy człowiek jest sobie na koncercie w 1 % nawet niezwiązanym z psami, ale słyszy sobie jedną piosenkę i od razu zaczyna dryfować ku psim rozmyślaniom…

Dryfować jest tu słowem kluczem, gdyż wpis ten podyktowany jest moim 3-dniowym udziałem w festiwalu Shanties 2016, a także moją małą pasją związaną z żeglarstwem. Swoją przygodę, na razie tylko z Mazurami (ale spokojnie, się nadrobi :D) rozpoczęłam w 2013 roku, więc stosunkowo niedawno, rejsy mam za sobą 3… ale już na pierwszym postanowiłam, że „będzie pływał ze mną pies!”. I kropka. Wiedziałam, że nie będzie to Czika, bo swoje lata ma i raczej nie byłaby zachwycona przechyłami i warunkami na łodzi. Chociaż może ma rację bytu „Stary pies i morze” (jakby Hemingway zechciał popełnić zza grobu taką wersję :D). Znacie jakiś psich seniorów, co spędzają urlopy na łajbie?

Wracając do tematu, z zazdrością patrzyłam na wszystkie mijane jachty, na których były psy. W portach i na kejach śledziłam ludzi z psami ze wzrokiem psychopaty (mają psa… ja też chcę psa na rejsie… chcę psa… muszę pływać  z psem). W zeszłym roku chyba nawet mignął mi owczarek szwajcarski na którymś jeziorze, choć pewności nie mam. Nie wiem, kiedy będę mieć okazję pokazać Lenowi, jak to jest pływać na jachcie i przekonać się, co on na to… Będziemy musieli oboje dobrze się do tego przygotować i mam nadzieję, że mój wspaniały pies mnie nie zawiedzie 😀

Rozmawiałam niedawno ze znajomym kapitanem morskim i na moje „ale z psem na Bałtyk to chyba nie bardzo… na morze nie da rady…”, a on na to „kto ci tak powiedział? ludzie pływają z psami po morzach”. No to ja już popłynęłam z wizją (znów słowo klucz :D), że „o, ale by to było, no pięknie, tylko niebo, woda i mój pies” (i dodać by trzeba – ja, wiadro, nudności, sople na nosie i mój pies za burtą – aby utrzymać realizm :D). Cóż, rejs po Bałtyku Lenowi na razie nie grozi… ale ciekawa jestem, czy jest tutaj ktoś, kto pływał ze swoim psem po jakimkolwiek akwenie? Jak się do tego przygotowywaliście?

I utrzymując temat, ale nieco zbaczając ze ścieżki osobistej… to siedziałam na koncercie i tak sobie myślałam „praktycznie ma szant, w których by było coś o psie… poza słowem psubrat, pieśni żeglarskich też za bardzo nie”… a wtem zagrali Róże z Dublina:

Czy do nóg będzie łasił się pies,
Czy złowrogo zabłyśnie mu ząb,
Kiedy skończy się wreszcie ten rejs,
Kiedy ujrzysz rodzinny swój dom.

I jak na razie, o ile mi pamięć nie szwankuje, to jest to jedyna piosenka o tematyce żeglarskiej, w której pojawia się pies… oczywiście rozważania te pochłonęły mnie niemal bez reszty przynajmniej na cały czas trwania tego utworu… Eh, życie psiarza 😀

Rozważania te doprowadziły mnie również do jednej z moich ukochanych książek dzieciństwa, która fenomenalnie łączyła temat marynistyczny z kynologicznym… Mam na myśli książkę Briana Jacquesa Rozbitkowie z Latającego Holendra 

352x500
źródło

Pominąwszy sam fakt,że główny bohater może porozumiewać się ze swoim psem telepatycznie, co działało na moją wyobraźnię zupełnie jak wołowina na Lena, ale zestawienie jakiegoś chłopca-wyrzutka, który przeżywa niesamowitą przygodę z opis ami morza, statku, piratów, a także opisem przyjaźni z psem na śmierć i życie… Kompletnie mnie obezwładniało… w związku z czym książkę przeczytałam kilka razy (ah, było się młodym, miało się dużo wolnego… a no i nie było internetu :D). Nie oceniam walorów czysto literackich książki Jacquesa (tym bardziej, że nie ma co konkurować z Okrętem widmo ), gdyż zbyt wiele czasu upłynęło, odkąd czytałam ostatni raz, a i moja świadomość literacko-pisarska się zmieniła, ale to nic, to nic… 😀

Jeśli przypominacie sobie jakieś książki, piosenki, filmy i inne wytwory kultury, w który choć ciut ważniejszą rolę odgrywają psy, a wszystko rozgrywa się „pod banderą”, to dzielcie się 😀 Przyjmę wszystko z otwartymi ramionami!  Chętnie wysłucham (przeczytam) osobistych historii „z psem na fali” i Waszych doświadczeń 😀

Reklamy

TOP 10 – książki o psach

Nastał najtrudniejszy dla mnie czas w roku, czyli późna jesień i zima… Doszłam nawet do wniosku, że wolałabym, żeby 24h godziny było ciemno, bo oświetlenie świąteczne miasta wygląda o niebo lepiej, niż każdy niezwykle szary dzień… Brakuje mi słońca i zieleni… Idealnym wyjściem na grudzień byłoby też to, gdyby wróciły zimy jeszcze z mojego dzieciństwa, gdzie śnieg przykrywał tę szarzyznę sporą warstwą i zima nie polegała (w najlepszym wypadku) tylko na błocie pośniegowym…

No ale cóż, przejdźmy do meritum, bo nie samym narzekaniem świat stoi 😀 Już dawno myślałam o takim wpisie, o książkach, bo jak pewnie łatwo zauważyć, jestem książkowym świrem. Tylko właśnie w tej części roku tracę motywację do wszystkiego niemal… W każdym razie, mój ranking nie będzie opierał się na zasadzie „ważności”, bo nie chcę wartościować wybranych tytułów, lecz zwyczajnie je opisać 🙂

1. Marie Trostburg – 499 porad dla miłośników psów

352x500
żródło

Kiedy przeszło 13 lat temu przyjmowaliśmy pod dach pierwszego psa, czas był jeszcze przed internetowy (ciężko sobie wyobrazić, co? :D) i nie było grup i for, na których można zapytać o byle pierdołę i równej wagi (często) odpowiedzi otrzymać… Książka powyższa stanowiła dla mnie kompendium i choć dziś po latach widzę, ile w niej niedociągnięć, ile rzeczy się już przedawniło, to na tamte czasy sporo się z niej dowiedziałam i w dużym stopniu na jej podstawie wychowywałam Czikę… i dałam radę. Może dziś nie polecam w 100% tej książki, ale przez sentyment musi znaleźć się w moim rankingu 😀

2. Stanley Coren – Tajemnice psiego umysłu

352x5001
źródło

Książkę tę poznałam bardzo niedawno, ale jest moim absolutnym faworytem spośród ostatnich lektur o psach, bo czyta się ją lekko, a choć może skrzywienie naukowe po studiach każe mi doszukiwać się przypisów i dowodów na każdą tezę (a tychże brak u Corena), to w tytule popularnonaukowym nie ma potrzeby aż tak się ich domagać… Najważniejsze jest, że informacje są wiarygodne, na podstawie innych źródeł wiem, że znakomita większość jest prawdziwa, więc z czystym sumieniem polecam każdemu! 😀

3. Stanley Coren – Jak rozmawiać z psem

352x5002
źródło

Wychodzę na fankę Corena, ale ta książka również mnie zachwyciła, bo choć wiele kwestii psiego języka psiarzom wydaje się oczywiste… to nie zawsze musi takie być. Czytało mi się ją naprawdę świetnie, bo informacje są przejrzyste, a na końcu mamy jeszcze słowniczek i rozmówki 😀 Przyznaję, że czasem niektóre informacje były powielone, a z tego, co się orientuję, to „Tajemnice…” wydane były jako drugie:D

4. Paul Loeb, Suzanne Hlavacek – Mądrzejsze niż myślisz

352x5003
źródło

Książkę tę poleciła mi Pani, o której wspominałam już spory kawałek czasu temu, a mianowicie ta, którą spotkałam w parku wraz z pięknym goldenem, kiedy to Len był jeszcze (jak teraz mi się wydaje) rozmiarów mikroskopijnych… Oczywiście książkę szybko zakupiłam i w miarę możliwości, równie szybko przeczytałam. Wydana została w 2000, wiele informacji dotyczy lat jeszcze wcześniejszych, więc na chwilę obecną również sporo jest różnic w podejściu do psa… ale muszę przyznać, że tak w 80% zgadzam się z autorami, a na dodatek dobrze się bawiłam, czytając (bo sporo tam ironicznych tekstów i anegdotek – podobnie jak u Corena w sumie). Dziś w dobie bezstresowego wychowania dzieci i psów, słowo „klaps” (które pada w książce nieraz) brzmi niczym grom z jasnego nieba… ale spokojnie, nie ma tam mowy o biciu, ani znęcaniu się 🙂

5. Inki Sjösten – Posłuszeństwo na co dzień

352x5004
źródło

To z kolei jest „hicior”, do którego przeczytania zobowiązała mnie prowadząca kurs instruktorski, na który uczęszczam. Książka cienka, z obrazkami, a nawet przykładowymi lekcjami, gdybyśmy chcieli szkolić innych… Ma też płytę DVD ( której jeszcze nie obejrzałam), gdzie zilustrowane są wszystkie ćwiczenia. Przyznaję, że jest tu wszystko czarno na białym i bez problemu można od razu zacząć wdrażać proponowane tu ćwiczenia… Znam tę książkę od niedawna, ale już sporo mi pomogła!

6. Katarzyna Harmata – Radość na czterech łapach

b_13870
źródło

Oto jest! Książka spaniałej Kasi, do której uczęszczam na kurs instruktorski. Stanowi ona naszą obowiązkową lekturę, a nie dość, że jest pięknie wydana, to jeszcze zawiera cenne informacje, ale nie jest nimi przeładowana, więc zarówno osoby zaawansowane w „psiarstwie” się w niej odnajdą, jak i początkujący. Myślę, że jest to dobry początek dla kogoś, kto planuje sprawić sobie psa, lub po prostu chce zacząć gromadzić widzę na ich temat, gdyż mamy tu zaktualizowane dane na temat psów, począwszy od ich pochodzenia.

7. Angela Wegmann – Podaj łapę! Jak wyszkolić mądrego psa

352x5005
źródło

Książkę tę kupiłam wiele lat temu, gdy mój pierwszy pies miał już kilka lat i żyłam w przeświadczeniu, że dorosłego psa, to już niczego nie nauczę, więc nawet nie ma co próbować… i pod jakimś jednym podejściu do „obrót”, czy innej sztuczki, zaprzestałam… Niesłusznie, bo jak wiadomo, psa niemal w każdym wieku można czegoś nauczyć, tylko czasem trzeba poświęcić mu trochę więcej uwagi… Mamy tu opisane różne mniej, lub bardziej pokazowe sztuczki, trochę o psie ogólnie, o podróżowaniu z psem, sportach itd. Teraz staram się trochę więcej ćwiczeń wdrażać w życie, lecz wciąż mam mieszane uczucia co do tego, czy chciałabym, żeby Len umiał otwierać sobie drzwi…

8. Jolanta Antas – Rozmowy z psem, czyli komunikacja międzygatunkowa

278959-352x500
źródło

To z kolei książka mojej pani profesor, o której wspominałam już przy okazji wpisu o miejscach publicznych i psach, kiedy to zachwycałam się Fraszką. Książkę zdążyłam już przeczytać i było to ciekawym doświadczeniem, gdyż po raz kolejny mam kontakt z autorem, co nieco zmienia perspektywę. Lektura bardzo przyjemna i porady widziałam zastosowane w praktyce, jest też cały rozdział „Pies na uniwersytecie”, co wyjątkowo mnie ciekawiło, gdyż sama chętnie bym Lena na zajęcia zabrała, ale chyba jeszcze się do tego nie nadaje… 😀 Widzę u pani Antas trochę wpływów Jan Fennel (nie wiem, czy świadomych), co może nie do końca zgadza się z moimi poglądami, ale nie ma to większego znaczenia, gdyż książka ta jest naprawdę godna polecenia!

9. Jan Fennel – Zapomniany język psów

352x5006
źródło

Do książki tej dorwałam się po wielu latach „posuchy” w tego typu literaturze, gdyż faktycznie miałam spory przestój w poszerzaniu wiedzy na temat psów. Tak do połowy czytałam ją z zachwytem, później z niepewnością, by w końcu poddać wiele zamieszczonych w niej kwestii w wątpliwość. Umieszczam ją tutaj, gdyż uważam, że warto zapoznać się z metodami pani Fennel, czy jej poglądami ogólnie, gdyż znajdziemy ich echa właśnie u innych autorów, a nawet szkoleniowców. Jak dla mnie trochę za dużo tu obsesji dotyczącej teorii dominacji, przywództwa, czy pochodzenia psa od wilka w linii prostej. Nie mówię, że opisane tu metody są w 100% złe, bo kilka ma sporo sensu, ale mimo wszystko nie wydaje mi się, by książka ta mogła być biblią, wedle której należy postępować:D

10. David Taylor – Księga psów

352x5007
źródło

Książkę tę również mam w swoim zbiorze od niedawna i żałuję, że nie miałam jej jeszcze w dzieciństwie, bo wiem, że nie rozstawałabym się z nią na krok! W Polsce wydana chyba na początku lat ’90, widać też pewne archaizmy, ale nie zmienia to faktu, że wiele współczesnych książek tego typu nie może się jej równać. Rasy opisane są bardzo przejrzyście, bez przekłamań, a na podstawie opisów jesteśmy w stanie wywnioskować np. cechy danej rasy, choć opis tyczy się z pozoru tylko jej historii. Pięknie zilustrowana, posiada też trochę informacji na temat psów ogółem (żywienie, zmysły itd.). Polecam! 😀

 

Tak oto dobrnęliśmy do końca mojego rankingu. Bardzo ciekawa jestem Waszych propozycji, bo na pewno jest jeszcze mnóstwo książek wartych przeczytania, których nie zdążyłam poznać. Jeśli jeszcze tu zaglądacie, to piszcie proszę w komentarzach, co Wy lubicie czytać i sobie cenicie 😀

I poza zimową chandrą u nas wszystko w porządku. Jakieś 2 tygodnie temu byliśmy na wycieczce w Lanckoronie, Len zwiedził pierwszy w życiu zamek, a teraz powoli przygotowujemy się do świąt i Sylwestra… Mam nadzieję, że mój białas nie ma skłonności do stresu wystrzałami i wszystko będzie w porządku. Czika miała wszelkie petardy zawsze głęboko gdzieś, nic jej nie ruszało, więc nie było problemu, ale wiem, że wiele psów bardzo się stresuje i przyłączam się do apelów, by jak najwięcej osób rezygnowała ze strzelania…

 

Bez imienia nie ma duszy

Podobno Eskimosi wierzą, że dopóki  psu nie nada się imienia, nie ma on duszy. Tylko specjalnie psy dostają imiona, te najbliższe sercu i żyjące blisko ludzi, reszta biega w zaprzęgu… bez duszy. Mają nazwy (mogłoby to być np. Biały Kieł), ale nie mają imion. Nie prowadziłam co prawda dogłębnego researchu, jak na „akademika” przystało, ale wydaje mi się, że dość powszechną wiedzą jest wyjątkowe znaczenie imion. Często miało ono wręcz rytualny, czy magiczny charakter – poznanie czyjegoś prawdziwego imienia pozwalało uzyskać nad nim władzę.
Postanowiłam napisać kilka słów o imionach, gdyż bardzo wiele osób pyta mnie „dlaczego Len?”.  A i to dopiero jak zrozumieją, że Len, a nie Lem, że Len, a nie Leon… i inne takie. Jak być może niektórzy, którzy trafili na naszego Facebooka, zauważyli – pełne imię Lena to ESCAMILLO U Źródła. To dopiero potrafi wywołać uśmiech na twarzy, choć i tak uważam, że jest naprawdę nieźle, jak na imię rodowodowe. Jest to mój pierwszy rasowy pies, więc na temat imion rodowodowych miałam mgliste pojęcie, nie wiedziałam nawet, skąd dokładnie się biorą i że litera miotu determinuje to, od jakiej litery będą zaczynać się imiona. Niektóre z tych imion potrafią być o wiele bardziej skomplikowane, niż imię Lena. Jak łatwo się domyślić, urodził się w miocie E, a co za tym idzie, zarówno on, jak i 11 rodzeństwa mają imiona na literę E. Uznałam jednak, iż mimo sympatycznego podobieństwa do mojego imienia, ciężko mi będzie na niego wołać pełnym „Escamillo!”, a w końcu można nadać swoje prywatne, „robocze” imię nawet psom z rodowodem.
Dlaczego Len? Z kilku powodów. Na ulicy, gdy ktoś pyta, najprostszą odpowiedzią jest „a, bo taki biały, hehe, to pasuje”. Na ogół tyle wystarcza, nie jest jednak związane z prawdziwą genezą tegoż imienia. Kilka lat temu wpadła w moje ręce książka Olgi Gromyko „Zawód: Wiedźma”:

image

Jest to tytuł z szeroko pojętego fantasy, lecz dość wyraźnie nawiązującego do folkloru słowiańskiego, co jest mi bliskie i pewnie też dlatego mi się ta historia tak spodobała. Książka napisana jest raczej prostym językiem, z dużą dozą poczucia humoru, dlatego czyta się lekko i przyjemnie. Przechodząc do sedna sprawy – jednym z bohaterów jest władca krainy zwanej Dogewą. Ma na imię Len. I jeśli komuś bliska jest platoniczna miłość i zachwyt nad bohaterem literackim, to zrozumie moje uczucia wobec Lena. Bardzo spodobała mi się postać przystojnego, jasnowłosego króla, który czasem za nic ma swoje obowiązki, bo zwyczajnie go nudzą, ale jednocześnie dba o poddanych na swoje sposoby, jest cynikiem, manipulatorem oraz szydercą o świetnym poczuciu humoru.  Po lekturze uznałam, że Len to nie takie głupie imię, warto je zapamiętać na przyszłość.
Teraz, gdy zdecydowałam się na szczeniaka, spędziłam dnie i noce w rozmyślaniach nad tym, jak go nazwać. Nie chciałam banalnego imienia, ale z kolei wszystkie, jakie znajdywałam były zbyt pompatyczne (może dlatego, że szukałam wśród imion skandynawskich, wikińskich, celtyckich, a nawet indiańskich). Z tyłu głowy wciąż plątał mi się Len… I od któregoś momentu coraz bardziej zaczęłam przyswajać w myślach obraz psa, na którego wołam sobie właśnie w ten sposób.
Oczywiście bałam się, że może nie reagować, że w sumie trochę krótkie to imię, ale jednocześnie podjęłam decyzję i dążyłam do celu. Niektórzy śmiali się ( a ja w duchu byłam przerażona), że on wcale nie będzie reagował na Len, tylko na „Fe!”, „nie!”, albo inne tego typu… ale z tego, co widzę, całkiem nieźle mu idzie reagowanie na swoje imię.
Z praktycznych wskazówek odnośnie przyzwyczajania psów do imion – najlepiej wymawiać je tonem łagodnym i za podejście do nas po przywołaniu imieniem smakowicie nagradzać, starać się nie wymawiać imienia w nerwach, karcąc psa (przynajmniej na początku), a także zwracać uwagę na samą konstrukcję zdania – „Len, chodź” , „Len, siad”… bo przy zmianie kolejności „Siad, Len” zaburzona zostaje pewna prawidłowość. Pies, ucząc się reagować na imię, traktuje je często jako bodziec do działania (np. skupienia uwagi) i czeka na to, co ma nastąpić… jeśli najpierw padnie komenda, a później imię, może nastąpić pewien dysonans. Ale z drugiej strony, są to pewne niuanse, na które czasem nie zwraca się uwagi.

Jeszcze na zakończenie dodam, bo też wiele osób ma z tym problem – odmiana przez przypadki imienia Len (choć wątpię, żeby komuś jeszcze przyszło do głowy tak nazwać psa :D). Rozumiem problem i skojarzenia odmiany na podstawie słowa określającego roślinę len, tu jednak mamy do czynienia z imieniem.
M.Kto? Co?                                      Len
D.Kogo? Czego? (nie ma)                Lena
C.Komu? Czemu?(się przyglądam)  Lenowi
B. Kogo? Co? (widzę)                       Lena
N. (Z) kim? (Z) czym? (idę)               z Lenem
Ms. O kim? O czym? (mówię)           o Lenie
W. Zwrot do kogoś lub czegoś          o Lenie!

A prawda jest taka, że dużo ludzi i tak woła na niego Leny… co tam u Lenego.. spotkam się chętnie z Lenym. I właściwie, czemu nie 😀

PS. Wybaczcie jakość, ale coś się popsuło na WordPressie i nie mogłam wejść w dodawanie postów… więc dodałam z telefonu 😡

image

Z psem pójdę i na koniec świata!

Wracamy po dość intensywnym weekendzie z kolejnym wpisem, do którego chciałam zabrać się już jakiś czas temu. Jako dziecko naczytałam się książek o zwierzętach i od tamtego czasu mam wyrobiony pewien ideał życia i spędzania wolnego czasu (albo czasu w sensie ogólnym, gdyby za to płacili :D). Mianowicie w książkach tych bohaterami były prawie zawsze psy, a mam na myśli tytuły od Lessie, wróć!, Białego Kła, Włóczęg Północy, a na rodzimym Janie Grabowskim (m.in. Puc, Bursztyn i goście) skończywszy. Niezaprzeczalnym hitem mojego dzieciństwa była jednak jeszcze inna książka – Włóczęga i inne opowiadania Marii Terleckiej. Wybaczcie, ale jestem skrzywiona na punkcie literatury i mogłabym tak długo… dlatego przejdę do sedna. Ów Włóczęga zapadł mi w pamięć tak bardzo, że mimo, iż upłynęło wiele lat, ja wciąż pamiętam opowiadanie o chłopaku, który udał się na włóczęgę i spotkał psa… i wędrowali sobie razem, po polach i lasach, wieczorami siedząc przy ognisku. Przyznaję, że niewiele ponadto pamiętam, ale wystarczy to, by nadal uważać, że jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy w życiu – móc wędrować („Na łąkach, na rozłogach / Na polach, błoniach i wygonach / W blasku słońca, w cieniu chmur”) i to jeszcze z psem u boku.

Przyznaję, że nie mogę doczekać się, aż Len podrośnie i stanie się tym moim wymarzonym wilkiem, a wtedy żadna droga nie będzie mi straszna i każda będzie podwójnie radosna. Również ta wodna, bo przyznaję, iż uwielbiam żeglować i mam nadzieję, że pewnego dnia Len podzieli mój entuzjazm. Z całego serca uwielbiam także góry… ale to już stanowi pewien problem. Byłam teraz w Tatrach i poczytałam sobie regulamin:

ffff ffffff

Przyznaję, iż trochę mnie przekonali tym, że obecność psa na szlaku może zaniepokoić dzikie zwierzęta. Nie mam pojęcia, czemu wcześniej o tym nie pomyślałam i byłam skłonna kłócić się, używając dokładnie tych argumentów, które tu przytoczyli „pomimo, że pies jest na smyczy, nie załatwia potrzeb fizjologicznych i jest karny”, żeby postawić na swoim, że przecież mogę i wejdę, co to za durne zakazy. Inna rzecz jeszcze ma się z moimi ukochanymi Bieszczadami – tam z kolei regulamin mówi:

Clipboard01

I z całą moją miłością do wilków od razu to „kupiłam” i stwierdziłam, że oj tak, macie rację, nie można tak ryzykować. Co z tego, że tego samego dnia widziałam w BPN-ie jak ktoś na szlak wniósł yorka… Nie wiem, może przemycili w torbie, ale uważam, że jak nikt nie może wprowadzać, to wielkość nie ma znaczenia…

Na pocieszenie jest fakt, iż na szlaki nie wchodzące w skład parków narodowych można wchodzić z psami i wydaje mi się, że warto z tego korzystać. No chyba, że to wyżej, to głupie zakazy i ja jestem jednak nie wtajemniczona i wszyscy inni ze swoimi psiakami jakoś wchodzą na te szlaki… Jak ktoś to będzie czytał, to może mnie uświadomić, a także polecić jakieś fajne miejsca na wędrówki 🙂

Problem, z tego, co wiem, jest także nad polskim morzem i na plaże również psów wprowadzać nie wolno… chyba, że otworzą specjalną plażę dla psów. To tam podobno można, a tak to won… Uważam to za bardzo przykrą kwestię, tylko pytanie teraz, czy stało się to z winy nieodpowiedzialnych właścicieli psów, którzy nie sprzątali po psach, albo przychodzili z tymi zarażonymi wścieklizną… czy z winy polskiego, głupiego przeświadczenia, że pies, to przecież same zarazki, smród i pożoga. Sporo i trafnie na ten temat napisane jest tutaj i w zupełności zgadzam się z tymi spostrzeżeniami.

Autorka tamtego wpisu nie porusza jeszcze jednej, wydaje mi się, że bardzo newralgicznej kwestii… a mianowicie „z psem na cmentarz?!”. Ogólnie lubię cmentarze, uważam, że stare są szczególnie piękne i można na nich miło spędzić czas (choć z nekrofilią nie mam nic wspólnego). Czikę zabierałam ze sobą w różne miejsca, również na cmentarz, gdyż ona miała spacer, a i ja w razie czego mogłam spełnić powinność „zniczową”. Moja babcia zawsze mnie strasznie ganiła za to, że idę z psem na cmentarz, choć sama nie miała zbyt wielu argumentów w kwestii „dlaczego nie?”, poza tym, że ludzie będą gadać, no i nie wypada… W zeszłym roku 2 listopada również zabrałam Czikę na cmentarz i pewna pani wyraziła tonem, jakby ukazał jej się widok tak niesmaczny, że aż nie przystoi, właśnie słowa „z psem na cmentarz?!”. Uśmiechnęłam się tylko i bez słowa poszłam z psem na grób wujka. Rozumiem kwestie wiary i inne takie, ale mało któremu psu przyjdzie do głowy załatwiać się na betonie lub grobach, a samo stąpanie po „święconej ziemi” też grzechem nie jest. Nie wiem co prawda, jakie Wy macie zdanie na ten temat, bardzo możliwe, że w Polsce nawet psiarze uważają, że w pewne miejsca z psem „nie wypada”… Ale póki sił mi starczy, mam zamiar wejść z moim psem wszędzie, gdzie się będzie dało, a także uświadamiać ludzi, że „nie taki straszny pies…” 🙂

Sam Len był ostatnio na krótszej wycieczce, u mojej babci w Busku – Zdroju. W samochodzie zachowywał się bardzo grzecznie, głównie spał, czasem zaglądał do przodu, ale nie psocił, ani nie przeszkadzał w jeździe. Zapoznał się z Cziką, która jako straszna zazdrośnica, jak tylko weszliśmy do domu (choć na dworze było merdanie ogonkami i „uśmiechy”) szczekała na niego i warczała, nie chcąc nawiązywać żadnych przyjaźni z „intruzem”. Może przy następnej okazji będzie lepiej, choć nie można za wiele wymagać od 13,5-letniego, schorowanego psa postawionego w obliczu krnąbrnego psiego dziecka…

A Len znów jechał samochodem... i był taki dzielny!
A Len znów jechał samochodem… i był taki dzielny!