Po prostu wyjedź w Bieszczady… z psem :P

„Tam, gdzie życie nikogo nie chłaszcze! 
Bo nie tylko w kinie są suspensy, 
Wiec, gdy na zmartwienia nie ma rady, 
Zamiast dzień stracony gonić, zamiast ronić łzy spod rzęsy – 
Po prostu wyjedźcie w Bieszczady!”

Jak śpiewał mistrz Młynarski, a także wielu innych… rzuciliśmy wszystko i wyjechaliśmy w Bieszczady. Na bardzo krótko, ale to nie ma znaczenia! Dla mnie każda minuta w tamtych stronach jest na wagę złota, jest to jedno z moich ukochanych miejsc i ulubione góry 🙂 Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Bieszczady, wiedziałam, że muszę kiedyś wrócić tam z psem. Jakiś czas później w moim życiu pojawił się Len, więc wiedziałam, że to z nim kiedyś odwiedzę te góry. Niestety udało się to dopiero po 2 latach jego życia… ale to nawet dobrze, bo oficjalny rozwój stawów zakończony raczej sukcesem, więc można bawić się w włóczykija 😀

Wyjechaliśmy 4-osobową ekipą + pies w sobotę rano i na miejscu byliśmy koło 12. Dzień zrobił się gorący i słoneczny, co wcale nie pomagało, bo marzyliśmy tylko o cieniu. Nie było jednak czasu do stracenia, więc po zameldowaniu w cudem znalezionym pokoju (obawiam się, że zbyt wiele osób wzięło sobie do serca memy „rzuć wszystko i jedź w Bieszczady” i pojechało… szukać Krupówek), ruszyliśmy na szlak. Jak pewnie większość osób wie, do Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie wejdziemy z psem (ale raz widziałam yorka, jak przekroczył wstęp do Parku-no comment), a moje pomstowanie na ten fakt… uciszyło tylko to, że zakaz taki powstał głównie ze względu na wilki i możliwość przyniesienia patogenów/zarazków szkodliwych dla nich (ale przypisów na to nie mam).

Niemniej jednak, BPN to nie jedyne ciekawe miejsce w Bieszczadach, więc bardzo łatwo skorzystamy z tej dzikiej krainy na szlakach poza granicami parku. We wrześniu 2014 roku byliśmy w Kalnicy, która to znajduje się niedaleko Wetliny i oferuje właśnie takie bardziej „dzikie” szlaki. W sam raz dla wędrowców z psem. Już w 2014 przekonaliśmy się, że to, iż szlak jest na mapie, a nawet jest tabliczka przy jego początku… nie oznacza, że jest on w jakikolwiek sposób uczęszczany… czy w ogóle istnieje 😀 Mając w pamięci tajemniczy, zanikający szlak, wybraliśmy tym razem inny, na drugim brzegu rzeki Wetlinki. Idąc asfaltową drogą przez wieś, usłyszeliśmy pisk opon i po chwili nadjeżdżający samochód, który minął nas raz w jedną, raz w drugą stronę. Za kilka- kilkanaście metrów przekonaliśmy się, skąd to ostre hamowanie. Na rozgrzanej jezdni dogorywał wąż, rozjechany i wykręcony, poruszał ledwo ogonem. Nieopodal leżało dużo jajek, które wypadły z jego brzucha. Nie wiedziałam, że węże mogą mieć aż tyle jajek, nie do wiary, że mają jeszcze miejsce na żołądek. Niestety ciężko było rozpoznać, czy to żmija zygzakowata (o ile dobrze pamiętam, pod ochroną), czy inny gatunek. Minęliśmy go szybko, aby pies się nie zainteresował (ktoś później uprzątnął drogę na szczęście na tyle, na ile się dało). O tym, że w Bieszczadach stosunkowo łatwo spotkać dzikie zwierzęta, a już na pewno żmije, wiedziałam… i była to moja jedyna obawa dotycząca połączenia tych gór z psem. Po minięciu węża-pechowca miałam się na baczności jeszcze pięć razy bardziej i obserwowałam pobocze i psa bardzo uważnie. Szczerze mówiąc, nie spotkałam nigdy w Bieszczadach innego gada niż martwego/dogorywającego, jednego małego węża zdejmowałam nawet z jezdni, był taki biedny 😦 ) Wracając do drogi… mapa okazała się bardzo nieadekwatna do rzeczywistości.. szlak był, owszem, ale czasy jego przejścia były średnio 1-1,5h inne, niż na drogowskazach 😀 Nic to, szliśmy dalej. I było cudnie, pięknie. Tylko za gorąco -_-‘

Celowaliśmy jednak w to, aby szlak przez większość czasu prowadził przez las, aby jak najwięcej było cienia. Chwilkę szliśmy również przy rzece, co dla Lena było spełnieniem wszelkich marzeń, zarówno ze względu na jego obsesję wody, jak i potrzebę ochłody. Udało nam się odnaleźć drogę i „wyjść na prostą” i całość wraz z powrotem do pokoju zajęła nam… ok 27 km (wyszliśmy ok 13 i wróciliśmy chyba jakoś 20-21) 😀 Dodajmy jeszcze do tego górskie warunki (choć wiadomo, że nie są to tak wymagające góry jak Tatry, czy jeszcze wyższe wzniesienia) i wysoką temperaturę… i można sobie wyobrazić, że każdy dosłownie padał na pysk 😀 Na tę wycieczkę zabraliśmy świeżo zakupioną Flexi Giant Professional 10m… i chylę czoła, bo sprawdziła się świetnie. Jestem zagorzałą (no dobra, po prostu mocną, bo ogólnie to jestem ignorantem :D) przeciwniczką smyczy typu flexi w mieście bez względu na rozmiar psa. Mało kto potrafi poprawnie używać tych smyczy, ale jeśli nie umie ich używać na łysym polu, czy nawet lesie, to jeszcze pół biedy… natomiast gdy nie umie ich używać w mieście, to już łatwo o katastrofę. Do tej pory w momentach, gdy w plenerze nie można było puścić psa, używaliśmy bardzo dobrej linki 10m. Jeśli jednak nie współpracujemy czynnie z psem i nie zajmujemy się linką (np. jak przy tropieniu), bywa ona troszkę nieporęczna i niepraktyczna… więc ciekawa byłam, czy taka smycz automatyczna sprawdzi się w warunkach trekkingowych/leśnych. I sprawdziła się 😀 Ale używać jej będę raczej tylko w takich wyjątkowych sytuacjach, bo najważniejsza jest kontrola nad psem i jego bezpieczeństwo, a o to czasem trochę trudniej zadbać przy takiej smyczy.

W niedzielę już nie było ani sił, ani czasu na szlaki (tym bardziej, że zapowiadali burze), więc wybraliśmy się do Ustrzyk Górnych na pyszny obiad (choć przedpołudniem :D) i nasycenie się widokiem połonin. Później zawitaliśmy do Łopienki, gdzie znajduje się stara cerkiew oraz miejsce po wsi (jak to często bywa w Bieszczadach). Ostatni raz byłam tam 5 lat temu, więc była to dość nostalgiczna droga i miłe odświeżenie wspomnień 😀 Jest tam taka lipa ze sporą dziurą, przez którą do środka może wejść nawet całkiem rosły, dorosły mężczyzna, a także sporo dzieci naraz 😀 Polecam, choć ja nigdy się nie odważyłam, gdyż należę do niezdarnych… i pewnie bym nie dała rady wyjść :’D

Kolejnym punktem wycieczki był browar Ursa Maior, który odwiedzamy od czasu jego istnienia (czyt. byliśmy drugi raz :D) i podobnie jak w ich knajpie na krakowskim Kaziemirzu, w browarze również psy są mile widziane… Więc Len pozwiedzał sobie sklep oraz salę degustacyjną… a był tak zmęczony, że po prostu się położył… a my jakieś 20 minut poświęciliśmy na obejrzenie pięknego filmu promującego idee przyświecające browarowi 🙂 Bardzo sympatyczne, klimatyczne miejsce… i pyszne piwa, każde niepowtarzalne!

I po tym miłym akcencie ruszyliśmy dalej, do Krakowa… Serce wyrywało mi się, by zawrócić, by nie wracać do rutyny i ciasnoty miasta… ale pozostaje tylko żyć tym, że kiedyś znów wrócę w moje ukochane miejsce, zielone Bieszczady. Znów z psem u boku 🙂

Polecam wszystkim gorąco, najlepiej ciut po, albo przed sezonem… choć we wrześniu trzeba liczyć się z deszczem 😀

DSC_0184

Reklamy

[17 kwietnia 2016] Nikt nie zajmie się moim psem tak dobrze, jak ja!

To była pierwsza myśl, kiedy lata temu wyjeżdżałam po raz pierwszy z domu tak, że trzeba było sprowadzić kogoś do opieki nad psem. Padło na babcię, która specjalnie przyjechała od siebie, żeby na ok 2 tygodnie zostać z Cziką. Nigdy dotychczas nie miała psa, więc byłam pełna obaw, jak sobie poradzi z wyprowadzaniem, karmieniem (czy np. nie upasie mi psa na amen :D) i ogólnie wszystkim. Oczywiście wszystkie najczarniejsze scenariusze – pogryzienia przez psy, ucieczka, wypadek drogowy, zatrucie i inne – przebiegały mi przed oczami jak w kalejdoskopie. Trudno, trzeba było jednak wyjść i zamknąć za sobą drzwi. A później dzwonić codziennie i pytać, jak tam pies, bo przecież co tam samopoczucie babci :’D A tak serio, to było to faktycznie spore przeżycie dla mnie… ale okazało się, że wszystko odbyło się bez przeszkód. Później i tak wyprowadziłam się z domu do innego miasta w związku ze studiami, więc musiałam przyzwyczaić się do tego, że psa nie mam na oku i zaufać mojej mamie, że w 100% dobrze się nim zajmie. Oczywiście i tym razem wszystko było okay, w końcu pies był rodzinny, a nie tylko mój, więc nie tylko ja znałam Czikę bardzo dobrze.

Prowadzę taki tryb życia, że dość często wyjeżdżam (na ogół na 2-3 dni), oczywiście, jak jest okazja, to i na dłużej, więc biorąc Lena, wiedziałam, że muszę liczyć się z zostawianiem go. Bo niestety mimo najszczerszych chęci, nie mogę zabrać go w 100% wszędzie. Pierwszy raz został sam na weekend (pod dobrą opieką :D) w niecałe 3 tygodnie po przybyciu do nowego domu, no i tak to się zaczęło… więc o to się nie martwię, bo takie rozstania są dla niego normalne i nie wpływają na niego praktycznie w żaden sposób, bo zawsze znajdzie się ktoś, komu może podokuczać, nie muszę to być ja, ahaha 😀 Na szczęście na ogół mam go z kim zostawić, a jeśli nie, to staram się ułożyć wyjazdy mimo wszystko tak, aby mógł jechać ze mną. Nadszedł jednak taki dzień, kiedy dość spontanicznie zapadła decyzja o tym, aby wybrać się w rejs po Bałtyku. Wiedziałam, że kolejna okazja może długo się nie powtórzyć, więc szybko ustaliwszy z przyjaciółmi, że będzie miał kto się Lenem zająć na czas tygodnia… klamka zapadła. Oczywiście zamiast przejąć się tym, że jak się jacht wywróci, to wszyscy zatoniemy (albo innymi poważnymi sprawami morskimi :D), to ja myślałam tylko o tym, ale jak ja zostawię mojego psa na tydzień pod czyjąś opieką… przecież nikt sobie nie da rady z tym. Nikt! Tydzień to za długo! Nie powinnam jechać, nie mogę… nieee!

Ostateczna decyzja odnośnie tożsamości „niań” zmieniała się parę razy, aż w końcu się wyklarowało i wszystko zostało dopięte na ostatni guzik… choć wytłumaczenie komuś, kto ma się zająć twoim psem, wszystkich jego zwyczajów, waszych zwyczajów, trybu życia, a także wszystkich innych „kwiatków” (a jak wiemy z tego bloga, Len do najłatwiejszych osobników nie należy, a i w wieku jest trudnym :D), wcale nie jest takie proste i co chwilę człowiek przypomina sobie coś nowego…a w efekcie i tak nie przekazuje 100% wiedzy na temat psa, którą powinien mieć zastępczy opiekun, żeby sobie dać radę… a przynajmniej tak się właścicielowi wydaje na ogół. Często jednak strach ma wielkie oczy, a jak usunie się sporą część swojego czarnowidztwa, to okazuje się, że ludzie sobie radzą, pies sobie radzi i ogólnie trzeba było bardziej się cieszyć wyjazdem, a nie rozmyślać, co tam ten mój pies…

Co prawda na długo na razie odechciało mi się dłuższych wyjazdów bez Lena, więc mam nadzieję, że szybko nie nastąpią, ale jestem bardzo wdzięczna wszystkim moim pomocnikom za ten tydzień i umożliwienie mi wspaniałego wyjazdu… Niedawno pisałam o psach i morzu, jak się łatwo domyślić, żeglarstwo to moja mała pasja (choć uprawnień żadnych nie mam i pewnie długo nie będę mieć :D) i bardzo się cieszę, że z naszych pięknych mazurskich jezior udało mi się na chwilę przeskoczyć na Bałtyk i poznać morskiego żeglowania smak 😀 Wybraliśmy się na Gotlandię, która okazała się być piękną wyspą, a przynajmniej Visby (stolica i największe miasto) takim okazało się być… I a propos moich wyjazdów bez psów… zawsze musiałam coś przywieźć. Już od czasów podstawówki, kiedy moi rówieśnicy zaopatrywali się w lody, czipsy oraz mnóstwo odpustowego badziewia, ja najczęściej ciężko zdobyte kieszonkowe starałam się w sporej części wydać na psa… i choć mogłam kupić pewnie to samo i u siebie w mieście, to nie „bo przecież to przywiozłam z nad morza dla Cziki, to prezent!”i tak dalej. Tak i tym razem… zamiast rozejrzeć się z jakimiś super szwedzkimi produktami dla siebie, bądź przyjaciół (pomijam cholernie wysokie ceny :D), to ja zaraz wpadłam na dział dla zwierzaków… i tak oto zakupiłam dla Lena dwie paczki smakołyków 😀

Clipboard12

Oczywiście bardzo mu posmakowały, pachną dość ładnie, ale nie ma ich zbyt dużo, więc pewnie szybko zużyjemy na ćwiczenia na spacerach 😀 A za te musimy się poważnie zabrać, gdyż to ostatni dzwonek by zacząć pracę nad poprawną socjalizacją, gdyż to, co już wypracowaliśmy zaczyna umykać, hormony buzują… na szczęście pogoda dopisuje, wiosna w pełni (wczoraj w Krakowie pierwsza wiosenna burza :D) i trochę więcej chęci do życia… Dziś byliśmy na spacerze może niezbyt długim, ale z ulubionymi piłkami, więc Len padł kompletnie, tak się wybiegał 😀

I w końcu jest tak zielono! Najpiękniejsze kolory się zaczynają ❤

Trochę niewyraźne, ale te kolory *_*

Clipboard13

Clipboard14

A jak u Was z wyjazdami? Czy ktoś korzystać z hotelu dla psów (bo obawiam się, że to prędzej, czy później mnie czeka), albo innych form opieki nad psem? Jak czujecie się, kiedy wyjeżdżacie na dłużej bez swoich kudłaczy? 😀

Stary pies i morze… ale że co?

Tak. Kiedy człowiek ma trochę spaczony mózg, może nawet bardzo, może uderzył się w dzieciństwie o psią budę i mu się zafiksowało, że „psyyyy” *głosem zombi*… to wtedy człowiek jest sobie na koncercie w 1 % nawet niezwiązanym z psami, ale słyszy sobie jedną piosenkę i od razu zaczyna dryfować ku psim rozmyślaniom…

Dryfować jest tu słowem kluczem, gdyż wpis ten podyktowany jest moim 3-dniowym udziałem w festiwalu Shanties 2016, a także moją małą pasją związaną z żeglarstwem. Swoją przygodę, na razie tylko z Mazurami (ale spokojnie, się nadrobi :D) rozpoczęłam w 2013 roku, więc stosunkowo niedawno, rejsy mam za sobą 3… ale już na pierwszym postanowiłam, że „będzie pływał ze mną pies!”. I kropka. Wiedziałam, że nie będzie to Czika, bo swoje lata ma i raczej nie byłaby zachwycona przechyłami i warunkami na łodzi. Chociaż może ma rację bytu „Stary pies i morze” (jakby Hemingway zechciał popełnić zza grobu taką wersję :D). Znacie jakiś psich seniorów, co spędzają urlopy na łajbie?

Wracając do tematu, z zazdrością patrzyłam na wszystkie mijane jachty, na których były psy. W portach i na kejach śledziłam ludzi z psami ze wzrokiem psychopaty (mają psa… ja też chcę psa na rejsie… chcę psa… muszę pływać  z psem). W zeszłym roku chyba nawet mignął mi owczarek szwajcarski na którymś jeziorze, choć pewności nie mam. Nie wiem, kiedy będę mieć okazję pokazać Lenowi, jak to jest pływać na jachcie i przekonać się, co on na to… Będziemy musieli oboje dobrze się do tego przygotować i mam nadzieję, że mój wspaniały pies mnie nie zawiedzie 😀

Rozmawiałam niedawno ze znajomym kapitanem morskim i na moje „ale z psem na Bałtyk to chyba nie bardzo… na morze nie da rady…”, a on na to „kto ci tak powiedział? ludzie pływają z psami po morzach”. No to ja już popłynęłam z wizją (znów słowo klucz :D), że „o, ale by to było, no pięknie, tylko niebo, woda i mój pies” (i dodać by trzeba – ja, wiadro, nudności, sople na nosie i mój pies za burtą – aby utrzymać realizm :D). Cóż, rejs po Bałtyku Lenowi na razie nie grozi… ale ciekawa jestem, czy jest tutaj ktoś, kto pływał ze swoim psem po jakimkolwiek akwenie? Jak się do tego przygotowywaliście?

I utrzymując temat, ale nieco zbaczając ze ścieżki osobistej… to siedziałam na koncercie i tak sobie myślałam „praktycznie ma szant, w których by było coś o psie… poza słowem psubrat, pieśni żeglarskich też za bardzo nie”… a wtem zagrali Róże z Dublina:

Czy do nóg będzie łasił się pies,
Czy złowrogo zabłyśnie mu ząb,
Kiedy skończy się wreszcie ten rejs,
Kiedy ujrzysz rodzinny swój dom.

I jak na razie, o ile mi pamięć nie szwankuje, to jest to jedyna piosenka o tematyce żeglarskiej, w której pojawia się pies… oczywiście rozważania te pochłonęły mnie niemal bez reszty przynajmniej na cały czas trwania tego utworu… Eh, życie psiarza 😀

Rozważania te doprowadziły mnie również do jednej z moich ukochanych książek dzieciństwa, która fenomenalnie łączyła temat marynistyczny z kynologicznym… Mam na myśli książkę Briana Jacquesa Rozbitkowie z Latającego Holendra 

352x500
źródło

Pominąwszy sam fakt,że główny bohater może porozumiewać się ze swoim psem telepatycznie, co działało na moją wyobraźnię zupełnie jak wołowina na Lena, ale zestawienie jakiegoś chłopca-wyrzutka, który przeżywa niesamowitą przygodę z opis ami morza, statku, piratów, a także opisem przyjaźni z psem na śmierć i życie… Kompletnie mnie obezwładniało… w związku z czym książkę przeczytałam kilka razy (ah, było się młodym, miało się dużo wolnego… a no i nie było internetu :D). Nie oceniam walorów czysto literackich książki Jacquesa (tym bardziej, że nie ma co konkurować z Okrętem widmo ), gdyż zbyt wiele czasu upłynęło, odkąd czytałam ostatni raz, a i moja świadomość literacko-pisarska się zmieniła, ale to nic, to nic… 😀

Jeśli przypominacie sobie jakieś książki, piosenki, filmy i inne wytwory kultury, w który choć ciut ważniejszą rolę odgrywają psy, a wszystko rozgrywa się „pod banderą”, to dzielcie się 😀 Przyjmę wszystko z otwartymi ramionami!  Chętnie wysłucham (przeczytam) osobistych historii „z psem na fali” i Waszych doświadczeń 😀

Podróże z psem – zamek i prywatny skansen

Z małym opóźnieniem dzielę się z Wami wycieczką z niedzieli 14 lutego, kiedy to wybraliśmy się do Dobczyc i do Laskowej, wszystko w woj. małopolskim. Trasę ustaliła dwójka naszych znajomych, z którymi to staramy się zwiedzać ciekawe miejsca i nawet założyliśmy sobie forum pół żartem, pół serio, gdzie komentujemy nasze podróże (nie wszystkie tyczą się tras z psem, ale polecam) 😀

IMG_3318

IMG_3332

IMG_3343

Na zamek nie próbowaliśmy się dostać, więc nie mam pojęcia, czy byłby on psiolubny, czy nie. Weszliśmy na wieżę widokową, z której Len poobserwował sobie okolicę, również psa rasy bokser, który stał na trawie przed wieżą. Schody niestety z metalowej kraty, więc niezbyt przyjazne psom, ale mój okazał się dzielny i poradził sobie, również z tym, że schodząc widział wszystko pod sobą przez te dziury 😀

Skansen był zamknięty, ale bardzo go polecam, bo miałam okazję zwiedzić w 2014 roku. Zamek też całkiem przyjemny, bo piękne widoki się rozpościerają, a i jest trochę zwiedzania, jakieś zabytki i rekonstrukcje w podziemiach itd.

W Dobczycach warto też przyjrzeć się tamie i elektrowni, brzeg jest bardzo przyjemny, można usiąść w słonku na kamieniach i rozkoszować się widokami (zakładając, że ktoś jest miłośnikiem betonu :D). Dla psa frajda, przynajmniej dla Lena, bo mógł się chociaż trochę pomoczyć, a że dzień był wyjątkowo ciepły, to pozwoliłam mu na małe taplanie, szybko później wysechł i dalej hasał zadowolony 😀

Clipboard03

Później pojechaliśmy do prywatnego skansenu w Laskowej , który okazał się miejscem niezwykle przyjemnym, psiolubnym i ciekawym. Polecam wszystkim lubiącym dawne rzemiosło, czy wiejskie budynki (jest tam np. młyn przeniesiony ze Żmiącej, pobliskiej wsi, deska po desce). Gospodarze bardzo sympatyczni, można było chodzić z psem, zaproponowano także wodę dla mojego Lena, oraz zapoznał się z jednym z rezydentów – białym westie 😀 (nie mam pojęcia czemu, ale nie zrobiłam Lenowi żadnego zdjęcia tam :o)

Polecam tereny od Limanowej po Nowy Sącz, od lat są mi w pewien sposób bardzo bliskie (szczególnie Ujanowice i Strzeszyce), choć wcale stamtąd nie pochodzę. W każdej porze roku jest tam niezwykle malowniczo, jest gdzie chodzić, a wędrówki choć też górskie, nie są tak wymagające, jak w wyższych górach, w końcu to wszystko piękny Beskid Wyspowy 🙂

Wracając przepłynęliśmy sobie jeszcze promem, bo jak tylko jakiś widzimy, to staramy się skorzystać, może uczynimy z tego małą tradycję naszych wycieczek 😀 Len pierwszy raz jechał w bagażniku i chyba było mu tam dobrze, bo kiedy chciał to zaglądał do nas przez siedzenie, a kiedy czuł zmęczenie, to układał się wygodnie na dnie i spał w najlepsze.

 

 

Podróże z psem – Krzeszowice z dreszczykiem

Dawno nas nie było, choć pomysły na wpisy są, tylko motywacji brak… było do przewidzenia, że tak będzie, ale wierzę, że tego bloga nie porzucę, jak wszystkich innych… w końcu Len i psy dostarczają tylu wrażeń, że szkoda by było ich nie spisywać.

Wybraliśmy się dziś na dość spontaniczną wycieczkę, gdyż grono moich bliższych i dalszych znajomych w wielu przypadkach zainteresowane jest zwiedzaniem miejsc  z pozoru nieatrakcyjnych – opuszczonych, zniszczonych, popadających w ruinę, ale także i tych „ładnych”, bądź plenerowych, żeby nie było 😀

Pogoda niestety była dziś dość ponura, bo dość często kropił deszcz i wilgotność powietrza ogólnie była wysoka, co na ogół potęguje uczucie zimna, gdy temperatura nie jest zbyt wysoka. Rano od 10 do 11 byliśmy z Lenem na szkoleniu, bo choć sama jestem w trakcie kursu instruktorskiego, musiałam zapisać się na dodatkowe zajęcia  z moim tylko psem… gdyż jest krnąbrny i możliwości skupienia jego uwagi na dłużej, niż 3 sekundy są równe niemal zeru. Niestety. Ale z drugiej strony… jak już takiego nicponia zdyscyplinuję, to czy jakiś pies będzie mi jeszcze straszny? Ahaha. Z pewnością, ale dużo mniej.

Wracając jednak do naszej wycieczki, miała być ona dość krótka, więc postanowiłam znaleźć coś w niedużej odległości od Krakowa, a że najczęściej mimo wszystko podróżuję palcem po mapie… bądź internecie, to wyszukiwanie ciekawych miejsc idzie mi dość nieźle (szkoda, że 3/4 z nich jest w woj. dolnośląskim….) 😀 Jak na zawołanie znalazł się dobry cel, dwójka towarzyszy podróży również, no to w drogę…

… celem tym był Pałac Potockich w Krzeszowicach (polecam też ten link) z XIX wieku, opuszczony i piękny. Przynajmniej na zdjęciach. Dojechaliśmy dość szybko, trasa przyjemna, sporo śniegu dookoła (choć w Krakowie praktycznie go nie ma), dojeżdżamy do celu, pałac faktycznie jest… jakieś ogrodzenie, jakaś brama… otwarta. No to wjeżdżamy. Zaparkowaliśmy sobie ładnie, przed nami kolejna brama, niby z kłódką, ale też otwarta. No nic, wygląda na to, że nie jesteśmy nieproszonymi gośćmi – wchodzimy.

20160213_134359

20160213_135727

20160213_135747

Jest dziedziniec, jakieś pomieszczenia jakby gospodarskie, oglądamy, chodzimy (choć ja z psem to nie wszędzie weszłam, dlatego czekaliśmy na resztę delektując się patykiem. Znaczy Len, nie ja :D). Postanowiłam obejść pałac chociaż częściowo, bo ile można z tym patykiem, jak inni zwiedzają jakieś strychy, idę sobie, a tam całkiem porządnie wyglądające drzwi (wrota wręcz), a przez szparę między skrzydłami patrzę, widzę i oczom nie wierzę. Mianowicie, zobaczyłam psa. Oczywiście trochę się zbulwersowałam, bo nie wyglądało, jakby był tam ktokolwiek poza nami, a pies wyglądał na zadbanego. W dobie wszędzie bestialsko porzucanych psów, pierwsze, co pomyślałam, to że ktoś go wyrzucił, jakoś się tam dostał i zostawił psa na śmierć w pałacu… już chciałam dzwonić do kogokolwiek i to zgłosić… ale spokojnie, najpierw trzeba było pozwiedzać resztę.

20160213_142032

No to chodzimy, oglądamy, do tych naprawdę imponująco wyglądających części oczywiście nie dało się wejść, więc pełni zawodu, sobie patrzymy chociaż z zewnątrz. Ja zachwycona, oczom nie wierzę, bo kocham XIX wiek, pałace, zamki, dwory, ruiny, co tam chcecie… no i wyobraźnia mi od razu działa na pełnych obrotach lecąc wesoło ku fantastyce grozy, czy innym romantycznym klimatom.

20160213_142138

20160213_142134

20160213_142239

Zdjęcia niestety jakości kiepskiej, bo z telefonu i przy słabej pogodzie… ale chyba widać trochę ten majestat. Piękne schody ze zdobionymi poręczami… tylko przedsmak tego, co w środku…. a co w środku, to się nie dowiedzieliśmy.

Dowiedzieliśmy się natomiast,  że brama została zamknięta na kłódkę (pieszy mógł wejść częściowo na teren pałacu z rozległego parku go otaczającego, ale na ten najbliższy teren trzeba było np. przejść przez ogrodzenie, wspinając się), gdy my radośnie zachwycaliśmy się architekturą, snując marzenia o tym, jak pięknie musi być wewnątrz.

Sytuacja zaczęła wyglądać kiepsko, bo okazało się, że na teren wjechał jakiś samochód (myślimy sobie, że pewnie jakiś dozorca), pozamykał wszystko i tak oto… zostaliśmy nielegalnymi „explorerami”. Pomocny znikąd, telefonu do nikogo również, wejść tam znowu, to już w ogóle jak włamanie (przypominam, że wjechaliśmy przez otwartą na oścież bramę (!) pozbawioną zakazu wstępu)… No ale nic, trzeba iść (ja zostałam z psem w parku, dzięki czemu zostałam później potraktowana ulgowo :D) i się dobijać, jest samochód, jest pies, to i człowiek musi być… Moi towarzysze poszli działać, ja czekałam. Z daleka zobaczyłam, że w końcu ktoś wyszedł zza tych wrót, pies również (i ta ulga- ah, jednak nie porzucony!) i się zaczęło… Pan nas wypuścił, potraktował dość przyjaźnie… ale wcześniej już „zamówił” policję, więc trzeba było poczekać i dać się wylegitymować… bo może cenności wywozimy? Może złom? Mnie się upiekło, z resztą nam wszystkim, bo dwaj policjanci potraktowali nas łagodnie, podobnie pan-dozorca i jego pies, więc nawet ucięliśmy sobie pogawędkę – zrozumieli, że żadni z nas złodzieje, a tylko chcieliśmy pooglądać piękną ruinę. I może nawet dałoby się dogadać, żeby kiedyś, wiecie, tak pół-incognito tam sobie wejść i obejrzeć, rozmarzyć się nad wielkopańskim życiem.. bo pan-dozorca wydawał się człowiekiem „w klimacie” i z pewnością nasze pragnienia rozumiał, ale zasady, to zasady. Dowiedzieliśmy się jednak, że pałac trafił znów w ręce Potockich (co doczytałam i sama później w internecie), ale są z nimi problemy, bo mają i inne włości, o które walczy gmina, żeby jednak należały do niej, ale pałac to niech sobie wezmą itd… dlatego nie jest już „bezpański” i te najpiękniejsze części zostały zabezpieczone, bo jednak poza szaleńcami naszego pokroju dużo jest ludzi nieodpowiedzialnych, złodziejaszków i nastolatków, szukających przygody zapomniawszy rozsądku (no dobra, my trochę też zapomnieliśmy, a swoje lata mamy :P). No i oczywiście miejsce to niszczeje i w wielu pomieszczeniach nie można już swobodnie się poruszać, stąd zakazy wstępu. Podobno rozległe są też piwnice i kiedyś znaleziono tam sznurek wełniany, którzy zostawili jacyś „rabusie”, bo inaczej nie trafiliby znów do wyjścia..

Widzicie Moi Drodzy, tak to jest, jak się człowiek naogląda pięknych zdjęć dworów i pałaców, również od wewnątrz na poznajpolske.onet.pl i myśli sobie „no nie, przecież skoro jakiś chłop tam wlazł i zdjęć narobił, to i my wjedziemy, no przecież kanałami nie przyszedł…” A tu bęc, niespodzianka 😀 Tak czy siak, wycieczkę zaliczam do udanych, bo nikomu żadna szkoda się nie stała, a my będziemy wiedzieć na przyszłość, żeby jednak się tak nie rozpędzać przez otwarte bramy.

Wracając, pojeździliśmy po tak zwanych „zadupiach”, nikogo nie obrażając oczywiście, ale mam na myśli jeżdżenie takimi drogami, którymi żaden normalny kierowca, jadący do konkretnego celu i mający główne drogi do wyboru, by się nie zapuścił… Widzisz dziwną drogę? Skręć tam. Widzisz ciekawą nazwę miejscowości? Jedź. Widzisz jakąś tablicę? Sprawdź. Widzisz zapadłe już wioski? Jedź i oglądaj, podziwiaj folklor. Takie mamy zasady, ahaha 😀 Dzięki temu rzuciła nam się w oczy tabliczka z napisem „Cmentarz choleryczny” w Dębniku:

20160213_153344

Był początkiem przyjemnego szlaku…

20160213_153800

… który zaprowadził nas m.in. na pole (poza tym, że na cmentarz) skąpane w lekkiej mgle:

20160213_154031

Polecam każdemu podobną trasę (szczególnie jeśli jesteście z okolic małopolski), może niekoniecznie podobne przygody, ale mam nadzieję, że nasze dzisiejsze doświadczenia posłużą za przestrogę i dadzą pewien pogląd na to, że jednak nie każdą ruina stoi otworem… Nawet jeśli ktoś zrobił jej piękne zdjęcia i zachęcił do jej odwiedzenia 😀