Po prostu wyjedź w Bieszczady… z psem :P

„Tam, gdzie życie nikogo nie chłaszcze! 
Bo nie tylko w kinie są suspensy, 
Wiec, gdy na zmartwienia nie ma rady, 
Zamiast dzień stracony gonić, zamiast ronić łzy spod rzęsy – 
Po prostu wyjedźcie w Bieszczady!”

Jak śpiewał mistrz Młynarski, a także wielu innych… rzuciliśmy wszystko i wyjechaliśmy w Bieszczady. Na bardzo krótko, ale to nie ma znaczenia! Dla mnie każda minuta w tamtych stronach jest na wagę złota, jest to jedno z moich ukochanych miejsc i ulubione góry 🙂 Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Bieszczady, wiedziałam, że muszę kiedyś wrócić tam z psem. Jakiś czas później w moim życiu pojawił się Len, więc wiedziałam, że to z nim kiedyś odwiedzę te góry. Niestety udało się to dopiero po 2 latach jego życia… ale to nawet dobrze, bo oficjalny rozwój stawów zakończony raczej sukcesem, więc można bawić się w włóczykija 😀

Wyjechaliśmy 4-osobową ekipą + pies w sobotę rano i na miejscu byliśmy koło 12. Dzień zrobił się gorący i słoneczny, co wcale nie pomagało, bo marzyliśmy tylko o cieniu. Nie było jednak czasu do stracenia, więc po zameldowaniu w cudem znalezionym pokoju (obawiam się, że zbyt wiele osób wzięło sobie do serca memy „rzuć wszystko i jedź w Bieszczady” i pojechało… szukać Krupówek), ruszyliśmy na szlak. Jak pewnie większość osób wie, do Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie wejdziemy z psem (ale raz widziałam yorka, jak przekroczył wstęp do Parku-no comment), a moje pomstowanie na ten fakt… uciszyło tylko to, że zakaz taki powstał głównie ze względu na wilki i możliwość przyniesienia patogenów/zarazków szkodliwych dla nich (ale przypisów na to nie mam).

Niemniej jednak, BPN to nie jedyne ciekawe miejsce w Bieszczadach, więc bardzo łatwo skorzystamy z tej dzikiej krainy na szlakach poza granicami parku. We wrześniu 2014 roku byliśmy w Kalnicy, która to znajduje się niedaleko Wetliny i oferuje właśnie takie bardziej „dzikie” szlaki. W sam raz dla wędrowców z psem. Już w 2014 przekonaliśmy się, że to, iż szlak jest na mapie, a nawet jest tabliczka przy jego początku… nie oznacza, że jest on w jakikolwiek sposób uczęszczany… czy w ogóle istnieje 😀 Mając w pamięci tajemniczy, zanikający szlak, wybraliśmy tym razem inny, na drugim brzegu rzeki Wetlinki. Idąc asfaltową drogą przez wieś, usłyszeliśmy pisk opon i po chwili nadjeżdżający samochód, który minął nas raz w jedną, raz w drugą stronę. Za kilka- kilkanaście metrów przekonaliśmy się, skąd to ostre hamowanie. Na rozgrzanej jezdni dogorywał wąż, rozjechany i wykręcony, poruszał ledwo ogonem. Nieopodal leżało dużo jajek, które wypadły z jego brzucha. Nie wiedziałam, że węże mogą mieć aż tyle jajek, nie do wiary, że mają jeszcze miejsce na żołądek. Niestety ciężko było rozpoznać, czy to żmija zygzakowata (o ile dobrze pamiętam, pod ochroną), czy inny gatunek. Minęliśmy go szybko, aby pies się nie zainteresował (ktoś później uprzątnął drogę na szczęście na tyle, na ile się dało). O tym, że w Bieszczadach stosunkowo łatwo spotkać dzikie zwierzęta, a już na pewno żmije, wiedziałam… i była to moja jedyna obawa dotycząca połączenia tych gór z psem. Po minięciu węża-pechowca miałam się na baczności jeszcze pięć razy bardziej i obserwowałam pobocze i psa bardzo uważnie. Szczerze mówiąc, nie spotkałam nigdy w Bieszczadach innego gada niż martwego/dogorywającego, jednego małego węża zdejmowałam nawet z jezdni, był taki biedny 😦 ) Wracając do drogi… mapa okazała się bardzo nieadekwatna do rzeczywistości.. szlak był, owszem, ale czasy jego przejścia były średnio 1-1,5h inne, niż na drogowskazach 😀 Nic to, szliśmy dalej. I było cudnie, pięknie. Tylko za gorąco -_-‘

Celowaliśmy jednak w to, aby szlak przez większość czasu prowadził przez las, aby jak najwięcej było cienia. Chwilkę szliśmy również przy rzece, co dla Lena było spełnieniem wszelkich marzeń, zarówno ze względu na jego obsesję wody, jak i potrzebę ochłody. Udało nam się odnaleźć drogę i „wyjść na prostą” i całość wraz z powrotem do pokoju zajęła nam… ok 27 km (wyszliśmy ok 13 i wróciliśmy chyba jakoś 20-21) 😀 Dodajmy jeszcze do tego górskie warunki (choć wiadomo, że nie są to tak wymagające góry jak Tatry, czy jeszcze wyższe wzniesienia) i wysoką temperaturę… i można sobie wyobrazić, że każdy dosłownie padał na pysk 😀 Na tę wycieczkę zabraliśmy świeżo zakupioną Flexi Giant Professional 10m… i chylę czoła, bo sprawdziła się świetnie. Jestem zagorzałą (no dobra, po prostu mocną, bo ogólnie to jestem ignorantem :D) przeciwniczką smyczy typu flexi w mieście bez względu na rozmiar psa. Mało kto potrafi poprawnie używać tych smyczy, ale jeśli nie umie ich używać na łysym polu, czy nawet lesie, to jeszcze pół biedy… natomiast gdy nie umie ich używać w mieście, to już łatwo o katastrofę. Do tej pory w momentach, gdy w plenerze nie można było puścić psa, używaliśmy bardzo dobrej linki 10m. Jeśli jednak nie współpracujemy czynnie z psem i nie zajmujemy się linką (np. jak przy tropieniu), bywa ona troszkę nieporęczna i niepraktyczna… więc ciekawa byłam, czy taka smycz automatyczna sprawdzi się w warunkach trekkingowych/leśnych. I sprawdziła się 😀 Ale używać jej będę raczej tylko w takich wyjątkowych sytuacjach, bo najważniejsza jest kontrola nad psem i jego bezpieczeństwo, a o to czasem trochę trudniej zadbać przy takiej smyczy.

W niedzielę już nie było ani sił, ani czasu na szlaki (tym bardziej, że zapowiadali burze), więc wybraliśmy się do Ustrzyk Górnych na pyszny obiad (choć przedpołudniem :D) i nasycenie się widokiem połonin. Później zawitaliśmy do Łopienki, gdzie znajduje się stara cerkiew oraz miejsce po wsi (jak to często bywa w Bieszczadach). Ostatni raz byłam tam 5 lat temu, więc była to dość nostalgiczna droga i miłe odświeżenie wspomnień 😀 Jest tam taka lipa ze sporą dziurą, przez którą do środka może wejść nawet całkiem rosły, dorosły mężczyzna, a także sporo dzieci naraz 😀 Polecam, choć ja nigdy się nie odważyłam, gdyż należę do niezdarnych… i pewnie bym nie dała rady wyjść :’D

Kolejnym punktem wycieczki był browar Ursa Maior, który odwiedzamy od czasu jego istnienia (czyt. byliśmy drugi raz :D) i podobnie jak w ich knajpie na krakowskim Kaziemirzu, w browarze również psy są mile widziane… Więc Len pozwiedzał sobie sklep oraz salę degustacyjną… a był tak zmęczony, że po prostu się położył… a my jakieś 20 minut poświęciliśmy na obejrzenie pięknego filmu promującego idee przyświecające browarowi 🙂 Bardzo sympatyczne, klimatyczne miejsce… i pyszne piwa, każde niepowtarzalne!

I po tym miłym akcencie ruszyliśmy dalej, do Krakowa… Serce wyrywało mi się, by zawrócić, by nie wracać do rutyny i ciasnoty miasta… ale pozostaje tylko żyć tym, że kiedyś znów wrócę w moje ukochane miejsce, zielone Bieszczady. Znów z psem u boku 🙂

Polecam wszystkim gorąco, najlepiej ciut po, albo przed sezonem… choć we wrześniu trzeba liczyć się z deszczem 😀

DSC_0184

Reklamy

Mój ty termoforze, mój ty antydepresancie!

Jechaliśmy sobie w te Beskidy i mojego bardzo dobrego kolegę naszła refleksja, że (mniej więcej) „słuchaj, czyli pies to w sumie działa relaksująco i antydepresyjnie… przychodzisz do domu taki zmęczony, dobity, albo nerwy cię zżerają… a pies podchodzi – koleś, no weź się pobaw ze mną – zaczynasz się bawić i w sumie nawet nie wiesz, co cię tak denerwowało w pewnym momencie…”. A ja na to, że otóż to! Tak to już z psami jest, że są niesamowicie absorbujące, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, więc nawet jakby się miało podły humor albo mnóstwo stresu, to pies przyjdzie i zaczepi, a później to już z górki… Podobnie działają spacery, a nawet leżenie z psem pod kocykiem i głaskanie ukochanego futra.

Kiedyś należałam do osób chorobliwie nieśmiałych i tak naprawdę sobą czułam się tylko w towarzystwie psów, co wydaje się oczywiste, nie oceniają nas tak, jak ludzie, a i ich milczenie często okazuje się zbawienne. Na jakiekolwiek bardziej czułe gesty, czy słowa pozwalałam sobie tylko w stosunku do psów, przez co wychodziłam na kogoś „zimnego” w stosunku do ludzi. Bardzo często także trawiły mnie przeróżne „melancholije” i wtedy zabierałam Czikę na dłuuugie spacery… Było to idealne katharsis. Często bywało też tak, że siedząc w domu, pies zaczepiał mnie do zabawy i tak mijał długi czas, choć wydawało się, że przecież bawimy się chwilkę… a ile razy przy tym niemal popłakałam się ze śmiechu, gdyż niektóre psie wybryki, a nawet miny podczas zabawy i nie tylko) potrafią kompletnie położyć na łopatki… Oczywiście są osoby, które to w ogóle nie bawi, ale muszę przyznać, że wszelkie dziwne odgłosy moich psów, potknięcia, miny i spojrzenia potrafią sprawić, że śmieję się, jakbym usłyszała najlepszy kawał w swoim życiu. A mówią, że śmiech to zdrowie… mamy więc kolejny plus posiadania psa.

Może to już kwestia indywidualna, ale sama obecność psa w tym samym pomieszczeniu często może działać kojąco. Kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego ( w którym została Czika) i poszłam na studia, bardzo często łapałam się na tym, że siedząc, odwracałam się, bo kątem oka widziałam leżącego psa, albo wydawało mi się że gdzieś się ten pies po prostu kręci. Bardzo długo zajęło mi przywyknięcie do tego, że wcale nie mam się do kogo przytulić, że nikt nie wskakuje mi nad ranem do łóżka, że na spacer mogę wyprowadzić co najwyżej śmieci, że po prostu psa zabrakło w moim życiu i mam go teraz tylko na weekendy. Ale za to moja radość była ogromna, gdy już przyjechałam do domu. Później w trakcie studiów zdarzyły się dwa miesięczne pobyty Cziki w naszym studenckim mieszkaniu i nawet to wystarczyło, abym znów zastanawiała się, gdzie ten mój pies się podział… kiedy znów wróciła do swojego obecnego miejsca zamieszkania, czyli domu mojej babci.

Teraz znów mam już w 100% swojego psa (bo Czika była taka trochę wspólna, często tak jest w rodzinach) i choć jest szczeniakiem i bardzo często jego zaczepki kończą i zaczynają się tym, że przychodzi i mocno gryzie mnie np. w nogę, to i tak widzę znów te wszystkie zalety ze wspólnego życia z psem… a jest ich dużo więcej niż poprawianie samopoczucia, czy dodatkowy piecyk na zimę… A każdy, kto kocha psy, doskonale zdaje sobie z nich sprawę…

A chyba taką najważniejszą zaletą w perspektywie człowieka… jest jednak lek na samotność, bo z psem u boku nigdy nie możemy czuć się samotni. Zawsze jest do kogo się uśmiechnąć, a nawet zagadać…

Dziś wrzucam zdjęcie Cziki, gdyż spędziłam z nią cały dzień w zeszły piątek (niesamowity kontrast między starym, a młodym psem, szczególnie na spacerze… mogłam patrzeć, gdzie idę, a nie tylko, czy Len już coś ma w paszczy :D) i udało mi się zrobić jej ładne zdjęcie, na którym nawet nie widać, że jest schorowaną staruszką.. Moja kochana 🙂

Czika
Moja 13,7 letnia Czika, o której często wspominam i pewnie nieraz jeszcze wspomnę…
a tutaj Len z kategorii pies-dowcip... zarzucanie na psa sieci z koca zawsze gwarantuje dobrą zabawę :D
a tutaj Len z kategorii pies-dowcip… zarzucanie na psa sieci z koca zawsze gwarantuje dobrą zabawę 😀
czikutek
A dorzucę jeszcze śpiącą Czikę sprzed 2 lat… czasem tak mi do niej tęskno 🙂

Pies – najgorsza decyzja w twoim życiu

Wpis ten miał powstać już wcześniej, ale na ostatnie dni pokonała mnie klasyczna, jesienna choroba i nie było mowy o skleceniu choć kilku sensownych zdań. Jest jednak coś, co męczy mnie, odkąd… no właśnie, odkąd przyjęłam do swojego życia kolejnego psa. Dotychczas chyba nigdy nie spotkałam się z taką falą krytyki, czy ogólnego braku zrozumienia, jak ze strony niektórych osób w kwestii psa właśnie.

„Jak mogłaś wziąć sobie na głowę taki kłopot!”

„Przekreśliłaś sobie życie, a jesteś taka młoda!”

„Co zrobisz, jak będzie trzeba iść do szpitala?!”

„Teraz już nigdzie nie wyjedziesz!”

„To ty nie wiesz, że z psem się wychodzi na spacery? trzeba go nakarmić, zająć się? to są koszty! Jak mogłaś się na coś takiego zdecydować?!”

„Jak osoba wydawać się mogło – dojrzała i odpowiedzialna – zdecydowała się na coś takiego?!”

„Upadłaś na głowę /  zwariowałaś / inne dosadniejsze”

” Po co ci ten pies?! Co z nim zrobisz, jak pójdziesz do pracy?!”

„Tyle jeszcze było przed tobą, a ty sobie to zniszczyłaś…”

„mam nadzieję, że szybko go sprzedasz, póki mały”

To tylko garść tak zwanego „hejtu”, jaki spotyka mnie przede wszystkim ze strony tak zwanej rodziny, jak i czasem ze strony „obcych”. Przyznam się bez bicia, że jestem jak na razie w dość komfortowej sytuacji, gdyż mimo zakończonych jednych 5-letnich studiów, poszłam sobie na jeszcze jedne dwuletnie… a wiadomo, co ma student? Na ogół ma czas, dużo czasu. Dlatego jest to prawdopodobnie ostatnia, lub ostatnia na długi czas, szansa, aby wziąć szczeniaka i poświęcić mu więcej czasu, niż człowiek pracujący na pełen etat. Wiadomo, później będzie trudniej i pewnie Len będzie skazany na te 8-9 godzin samotności dziennie, ale nie on pierwszy i nie ostatni. Każdy pies jest smutny, kiedy musi zostać sam, ale naprawdę w obliczu tego, jaką ludzie potrafią wyrządzić krzywdę zwierzętom, nie jest to nawet krzta takiej krzywdy, więc nie można dramatyzować i uważać, że psa może mieć tylko emeryt, albo bezrobotny.

Przyznaję, że jestem trochę takim „samotnym, białym żaglem”, gdyż rodzinę od kilku lat mam wybrakowaną, a mieszkanie szczęśliwym trafem dzielę z przesympatyczną koleżanką, która psy też kocha i wiem, że mogę liczyć na jej pomoc. Niemniej jednak schemat na dobrą sprawę wygląda 1+1… i tu też jest „hejt”, bo przecież można mieć psa, ale ewentualnie, jak się ma rodzinę. Bo wtedy się to dzieli chociaż na 3 osoby! A nie, że jedna się musi zajmować… Myślę jednak, że wiele osób podniosłoby ręce, że tak, że są sami i żyją z psem… i dają radę. I nie jest to jakieś wyzwanie nie do okiełznania. Tym bardziej, że rzadko się zdarza, żeby naprawdę nie dało znaleźć się nikogo do pomocy, czy zaopiekowania się psem. A jak nas stać, to zawsze są hotele dla zwierząt i to naprawdę dobre, prowadzone z pasji i miłości.

Nigdzie nie wyjadę. Zaprzepaściłam wszystkie szanse na piękne podróże… Kolejna rzecz wyssana z palca, bo nie bez powodu jest w sieci kilka blogów na temat podróżowania z psem. Oczywiście, są blaski i cienie, ale nie jest to nic niewykonalnego. Znam mnóstwo ludzi, podróżujących z psami… ba, nawet przywożących psy z tych podróży i kończących w efekcie z 2 lub 3 czworonogami… Wszystko da się zrobić i skoro Diuna mogła być w Himalajach, to czemu ktokolwiek nie mógłby być gdziekolwiek indziej… Podróżowanie z psem nie jest takie straszne, jak je malują. Tym bardziej, że ja sama, jak już wspominałam, uważam, że podróż z psem i dzielenie doświadczeń m.in. na łonie natury, to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie mogą nas spotkać.

Mieszkam na 4 piętrze bez windy, w mieszkaniu nieprzekraczającym 50m² i mam psa, który będzie duży. Jasne, noszenie go po schodach kilka razy dziennie (a wierzcie mi, mam tych schodów sporo) nie jest może najprzyjemniejsze (ale z drugiej strony, jest to jakiś ruch… a na siłownię mnie nie zapędzicie :D), ale kiedyś będzie mógł przecież chodzić sam i uważam, że ludzie zapominają o bardzo istotnej rzeczy – posiadanie ogrodu nie jest żadnym rozwiązaniem i usprawiedliwieniem dla posiadania psa. Jest ułatwieniem, owszem, ale bardzo często kończy się to tak, że pies nie ma spacerów, tylko te kilkanaście metrów trawy… i tyle, niech hula, ma ogród, spacery niepotrzebne. Ja uważam jednak, że odpowiednio długie i regularne spacery nie są w niczym gorsze, a pies mieszkanie traktuje wtedy jako… takie spore legowisko. Odpoczywa sobie w nim, spędza czas ze stadem, spożywa posiłki… a biega sobie na spacerach. Wielu właścicieli psów jak najbardziej rozumie te proste oczywistości, ale wciąż zakorzenione jest w ludziach to przeświadczenie – „pies do bloku?”, „duży pies do bloku? Paani, jak tak można?”.

Przyznaję, że rozmowy z niektórymi odbierają mi radość z mojej decyzji. Nie zrozumcie źle, nie poddają jej w wątpliwość, lecz sprawiają, że ręce opadają i zamiast móc z entuzjazmem porozmawiać (szczególnie, jeśli to np. osobista babcia!), trzeba znosić gorzką krytykę i jest się namawianym na zmianę decyzji, mimo wielokrotnego tłumaczenia, że nie ma mowy o żadnym pozbyciu się psa. Nie wiem, jakie Wy macie doświadczenia, bo podejrzewam, że wielu z Was jest albo jednym z właścicieli psa (opcja rodzina), albo mieszka w domach (opcja ogród i święty spokój), albo nie musi pracować po 8-9 godzin dziennie (opcja inne dochody i dużo czasu)… a mało jest tych prawie samotnych, z brzemieniem decyzji o zamieszkaniu z psem, pracujących i będących jedynymi opiekunami czworonoga… ale uważam, że jeśli którekolwiek z powyższych opiera się na miłości, nie ma tu złych decyzji i jak to ktoś, gdzieś dobrze napisał – lepsze i 10 godzin samotności dziennie, niż 10 lat w schronisku (parafrazując).

Najlepszym scenariuszem na życie byłaby taka praca, która daje możliwość zarówno podróżowania, regularnych urlopów… jak i zabierania do niej psa. Jakby każdy szef był psiarzem, to pewnie nie byłoby w tym problemu, bo co komu przeszkadzałby grzeczny pies w biurze… no ale życie nie jest bajką i rzadko kiedy jest takie, jakbyśmy chcieli… Ale! Kłopotem jest przede wszystkim to, co się za ten kłopot uzna. Jeśli ktoś kłopoty widzi prawie we wszystkim… to owszem, pies jest najgorszą decyzją w twoim życiu. Pamiętaj.

Najgorsza Decyzja w Moim Życiu towarzyszyła nam wczoraj na warzeniu piwa w domowych warunkach... I było bardzo sympatycznie! Tutaj przy wiadrze z brzeczką :D
Najgorsza Decyzja w Moim Życiu towarzyszyła nam wczoraj na warzeniu piwa w domowych warunkach… I było bardzo sympatycznie! Tutaj przy wiadrze z brzeczką 😀
Najgorsza Decyzja w Moim Życiu śpi tak pięknie i niewinnie...
Najgorsza Decyzja w Moim Życiu śpi tak pięknie i niewinnie…
Najgorsza Decyzja w Moim Życiu tak się zmęczyła bieganiem, gryzieniem ucha z dzika i innymi atrakcjami, że zasnęła... i nawet paluszek rzucony weń, nie był w stanie zakłócić snu!
Najgorsza Decyzja w Moim Życiu tak się zmęczyła bieganiem, gryzieniem ucha z dzika i innymi atrakcjami, że zasnęła… i nawet paluszek rzucony weń, nie był w stanie zakłócić snu!

Z psem pójdę i na koniec świata!

Wracamy po dość intensywnym weekendzie z kolejnym wpisem, do którego chciałam zabrać się już jakiś czas temu. Jako dziecko naczytałam się książek o zwierzętach i od tamtego czasu mam wyrobiony pewien ideał życia i spędzania wolnego czasu (albo czasu w sensie ogólnym, gdyby za to płacili :D). Mianowicie w książkach tych bohaterami były prawie zawsze psy, a mam na myśli tytuły od Lessie, wróć!, Białego Kła, Włóczęg Północy, a na rodzimym Janie Grabowskim (m.in. Puc, Bursztyn i goście) skończywszy. Niezaprzeczalnym hitem mojego dzieciństwa była jednak jeszcze inna książka – Włóczęga i inne opowiadania Marii Terleckiej. Wybaczcie, ale jestem skrzywiona na punkcie literatury i mogłabym tak długo… dlatego przejdę do sedna. Ów Włóczęga zapadł mi w pamięć tak bardzo, że mimo, iż upłynęło wiele lat, ja wciąż pamiętam opowiadanie o chłopaku, który udał się na włóczęgę i spotkał psa… i wędrowali sobie razem, po polach i lasach, wieczorami siedząc przy ognisku. Przyznaję, że niewiele ponadto pamiętam, ale wystarczy to, by nadal uważać, że jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy w życiu – móc wędrować („Na łąkach, na rozłogach / Na polach, błoniach i wygonach / W blasku słońca, w cieniu chmur”) i to jeszcze z psem u boku.

Przyznaję, że nie mogę doczekać się, aż Len podrośnie i stanie się tym moim wymarzonym wilkiem, a wtedy żadna droga nie będzie mi straszna i każda będzie podwójnie radosna. Również ta wodna, bo przyznaję, iż uwielbiam żeglować i mam nadzieję, że pewnego dnia Len podzieli mój entuzjazm. Z całego serca uwielbiam także góry… ale to już stanowi pewien problem. Byłam teraz w Tatrach i poczytałam sobie regulamin:

ffff ffffff

Przyznaję, iż trochę mnie przekonali tym, że obecność psa na szlaku może zaniepokoić dzikie zwierzęta. Nie mam pojęcia, czemu wcześniej o tym nie pomyślałam i byłam skłonna kłócić się, używając dokładnie tych argumentów, które tu przytoczyli „pomimo, że pies jest na smyczy, nie załatwia potrzeb fizjologicznych i jest karny”, żeby postawić na swoim, że przecież mogę i wejdę, co to za durne zakazy. Inna rzecz jeszcze ma się z moimi ukochanymi Bieszczadami – tam z kolei regulamin mówi:

Clipboard01

I z całą moją miłością do wilków od razu to „kupiłam” i stwierdziłam, że oj tak, macie rację, nie można tak ryzykować. Co z tego, że tego samego dnia widziałam w BPN-ie jak ktoś na szlak wniósł yorka… Nie wiem, może przemycili w torbie, ale uważam, że jak nikt nie może wprowadzać, to wielkość nie ma znaczenia…

Na pocieszenie jest fakt, iż na szlaki nie wchodzące w skład parków narodowych można wchodzić z psami i wydaje mi się, że warto z tego korzystać. No chyba, że to wyżej, to głupie zakazy i ja jestem jednak nie wtajemniczona i wszyscy inni ze swoimi psiakami jakoś wchodzą na te szlaki… Jak ktoś to będzie czytał, to może mnie uświadomić, a także polecić jakieś fajne miejsca na wędrówki 🙂

Problem, z tego, co wiem, jest także nad polskim morzem i na plaże również psów wprowadzać nie wolno… chyba, że otworzą specjalną plażę dla psów. To tam podobno można, a tak to won… Uważam to za bardzo przykrą kwestię, tylko pytanie teraz, czy stało się to z winy nieodpowiedzialnych właścicieli psów, którzy nie sprzątali po psach, albo przychodzili z tymi zarażonymi wścieklizną… czy z winy polskiego, głupiego przeświadczenia, że pies, to przecież same zarazki, smród i pożoga. Sporo i trafnie na ten temat napisane jest tutaj i w zupełności zgadzam się z tymi spostrzeżeniami.

Autorka tamtego wpisu nie porusza jeszcze jednej, wydaje mi się, że bardzo newralgicznej kwestii… a mianowicie „z psem na cmentarz?!”. Ogólnie lubię cmentarze, uważam, że stare są szczególnie piękne i można na nich miło spędzić czas (choć z nekrofilią nie mam nic wspólnego). Czikę zabierałam ze sobą w różne miejsca, również na cmentarz, gdyż ona miała spacer, a i ja w razie czego mogłam spełnić powinność „zniczową”. Moja babcia zawsze mnie strasznie ganiła za to, że idę z psem na cmentarz, choć sama nie miała zbyt wielu argumentów w kwestii „dlaczego nie?”, poza tym, że ludzie będą gadać, no i nie wypada… W zeszłym roku 2 listopada również zabrałam Czikę na cmentarz i pewna pani wyraziła tonem, jakby ukazał jej się widok tak niesmaczny, że aż nie przystoi, właśnie słowa „z psem na cmentarz?!”. Uśmiechnęłam się tylko i bez słowa poszłam z psem na grób wujka. Rozumiem kwestie wiary i inne takie, ale mało któremu psu przyjdzie do głowy załatwiać się na betonie lub grobach, a samo stąpanie po „święconej ziemi” też grzechem nie jest. Nie wiem co prawda, jakie Wy macie zdanie na ten temat, bardzo możliwe, że w Polsce nawet psiarze uważają, że w pewne miejsca z psem „nie wypada”… Ale póki sił mi starczy, mam zamiar wejść z moim psem wszędzie, gdzie się będzie dało, a także uświadamiać ludzi, że „nie taki straszny pies…” 🙂

Sam Len był ostatnio na krótszej wycieczce, u mojej babci w Busku – Zdroju. W samochodzie zachowywał się bardzo grzecznie, głównie spał, czasem zaglądał do przodu, ale nie psocił, ani nie przeszkadzał w jeździe. Zapoznał się z Cziką, która jako straszna zazdrośnica, jak tylko weszliśmy do domu (choć na dworze było merdanie ogonkami i „uśmiechy”) szczekała na niego i warczała, nie chcąc nawiązywać żadnych przyjaźni z „intruzem”. Może przy następnej okazji będzie lepiej, choć nie można za wiele wymagać od 13,5-letniego, schorowanego psa postawionego w obliczu krnąbrnego psiego dziecka…

A Len znów jechał samochodem... i był taki dzielny!
A Len znów jechał samochodem… i był taki dzielny!

Ah! Jaki śliczny piesek!

Tak. Dziś chciałabym poświęcić kilka słów moim doświadczeniom z ludźmi zachwycającymi się pieskami. Wiadomo, jakie uczucia wzbudzają szczeniaki, nawet w bardzo opornych osobnikach są w stanie wzbudzić pozytywne zainteresowanie. Jeszcze gdy Czika była mała ludzie też mnie zaczepiali i się zachwycali, gdy dorosła nadal zdarzało się, że ktoś zaczepił:

– Jaki ładny, czy to szczeniak?

– Oj nie, nie. Ma 10 lat…

Tak to mniej więcej wyglądało, nadal oczywiście było miło. Nie zdarzało się na szczęście zbyt często, by ludzie rzucali się do niej tak, jak teraz rzucają się do Lena. Przyznaję, że jest zjawiskowy, bo w okolicy trudno o takiego psa jak na razie. Rozumiem, że ludziom się podoba. Nie rozumiem jednak tego, czemu tylko dwie (dosłownie) osoby, zapytały mnie „przepraszam, czy można pogłaskać?”. Naprawdę, ludzie nie pytają, traktują psy, jak dobro publiczne. Było już o tym w kilku miejscach w sieci (m.in. tutaj ) i spostrzeżenia tych osób były słuszne. Skąd pomysł, że jak pies jest ładny, merda ogonem, jest szczeniakiem (również!), to można podchodzić, rzucać się, całować i wykrzykiwać ah-y i oh-y? Przedwczoraj jakaś dziewczynka, na oko 7 lat, zapytała mnie – „o jaki ładny piesek, gryzie?”, a ja na to „no gryzie, jak każdy pies… ale można pogłaskać”. Wierzcie mi, konsternacja na twarzy owego dziecka była cudowna. Coś tam później dodałam, że mały, to wszystko gryzie, więc trzeba uważać, żeby nie było, że aż tak straszę. Przyznaję, że sama jako dziecko nie byłam lepsza i latałam dosłownie za wszystkim, co szczekało (włącznie z odwiedzaniem onych w budach – takie tam, skłonności samobójcze). Z tego, co pamiętam, zagadywałam jednak najpierw do właścicieli (chyba, że pies był bezpański).

Kwestie bezpieczeństwa to jedno, każdy rodzic jest odpowiedzialny za swoje dziecko, jak i każdy dorosły za siebie, więc rozsądek przy podejściu do wszystkich zwierząt każdemu się przyda. Uważam, że warto jednak zapytać, czy można pogłaskać i dopiero podejść do psa.

Druga sprawa, to fakt, iż Len był tyle razy zaczepiany przez wszystkich, że teraz nawet jak nikt się nim na ulicy nie zachwyca, to piszczy i ciągnie na smyczy za obcymi ludźmi. To są efekty „nauki”, którą fundują ludzie zaczepiający psy na ulicy. Te, które są takie milusie i przyjacielskie, szybko uczą się, że będą wygłaskane i wychwalone, więc później 15-minutowy spacer trwa godzinę (czasem się jednak człowiek spieszy), no i duszą się na tych smyczach i męczą, bo chcą biec do tych „fanów piesków”…

A, jest jeszcze jedna kategoria owych ludzi, mniej sympatyczna, a mianowicie „moralizatorzy”, czy jak ich tam nazwać. Byliśmy na koncercie z Lenem, plenerowym, więc wszyscy siedzą na krzesełkach, my na ławce z boku, żeby przy trawie było. Mój pies jak to on, wybrał najtwardsze możliwe podłoże do spania (bo na kolanach najpierw nie chciał) i położył się na chodniku między ławkami. Od razu jak tam przyszliśmy, wypatrzyła nas pewna pani i przez pół koncertu go wołała (ależ jak on wybitnie ją ignorował!) i gwizdała i cmokała i coś tam mówi, że jaki śliczny, jaki ładny, ojej… o! ale proszę go zabrać, nie może leżeć na takim twardym, zimno mu będzie i będzie miał chore stawy!… a proszę coś tam!. Zauważę, iż nawet nie patrzyłam w stronę tejże pani, więc nie wiem, z jakiej racji mnie pouczała bardzo stanowczym tonem… Dużo ludzi też mi mówiło, co powinnam robić w kwestii jego zdrowia, bo czy szczepiony, a kiedy, a na co, a to proszę uważać. Dziękuję za troskę, bo czasem to są sympatyczne osoby, ale czasem… no wiecie, tacy „wszystkowiedzący mądralińscy” i od razu się to w tonie wyczuwa…

Cóż, mam nadzieję, że Len jednak z wiekiem przestanie się aż tak rzucać do ludzi i mu przejdzie to podbieganie do obcych. Wiem też, że jak wyrośnie z fazy słodkiego szczeniaka, to będzie wzbudzał mniejsze zainteresowanie. Bo wiadomo, cichy podziw z daleka, gdy idzie się ze swoim psem, zawsze pochlebia… ale przy tym wszystkim uważajmy na siebie i na psy 🙂

I niżej kilka zdjęć z pierwszego, dłuższego spaceru nad Zalew Nowohucki… gdzie, uwaga, nikt nas nie zaczepił 😀

Powoli uczy się pozować... ahaha
Powoli uczy się pozować… ahaha
Nowe miejsce, więc i wysoki poziom obserwacji i skupienia... = nierozmazane zdjęcie!
Nowe miejsce, więc i wysoki poziom obserwacji i skupienia… = nierozmazane zdjęcie! I liść w pysku…
Nikłe zainteresowanie patykiem...
Nikłe zainteresowanie patykiem…
W pewnym momencie nie mogłam go uspokoić, tak bardzo chciał do wody!
W pewnym momencie nie mogłam go uspokoić, tak bardzo chciał do wody!
Pierwszy ciut dłuższy spacer i ogromne zainteresowanie Lena wodą...
 Ogromne zainteresowanie Lena wodą…