Po prostu wyjedź w Bieszczady… z psem :P

„Tam, gdzie życie nikogo nie chłaszcze! 
Bo nie tylko w kinie są suspensy, 
Wiec, gdy na zmartwienia nie ma rady, 
Zamiast dzień stracony gonić, zamiast ronić łzy spod rzęsy – 
Po prostu wyjedźcie w Bieszczady!”

Jak śpiewał mistrz Młynarski, a także wielu innych… rzuciliśmy wszystko i wyjechaliśmy w Bieszczady. Na bardzo krótko, ale to nie ma znaczenia! Dla mnie każda minuta w tamtych stronach jest na wagę złota, jest to jedno z moich ukochanych miejsc i ulubione góry 🙂 Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Bieszczady, wiedziałam, że muszę kiedyś wrócić tam z psem. Jakiś czas później w moim życiu pojawił się Len, więc wiedziałam, że to z nim kiedyś odwiedzę te góry. Niestety udało się to dopiero po 2 latach jego życia… ale to nawet dobrze, bo oficjalny rozwój stawów zakończony raczej sukcesem, więc można bawić się w włóczykija 😀

Wyjechaliśmy 4-osobową ekipą + pies w sobotę rano i na miejscu byliśmy koło 12. Dzień zrobił się gorący i słoneczny, co wcale nie pomagało, bo marzyliśmy tylko o cieniu. Nie było jednak czasu do stracenia, więc po zameldowaniu w cudem znalezionym pokoju (obawiam się, że zbyt wiele osób wzięło sobie do serca memy „rzuć wszystko i jedź w Bieszczady” i pojechało… szukać Krupówek), ruszyliśmy na szlak. Jak pewnie większość osób wie, do Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie wejdziemy z psem (ale raz widziałam yorka, jak przekroczył wstęp do Parku-no comment), a moje pomstowanie na ten fakt… uciszyło tylko to, że zakaz taki powstał głównie ze względu na wilki i możliwość przyniesienia patogenów/zarazków szkodliwych dla nich (ale przypisów na to nie mam).

Niemniej jednak, BPN to nie jedyne ciekawe miejsce w Bieszczadach, więc bardzo łatwo skorzystamy z tej dzikiej krainy na szlakach poza granicami parku. We wrześniu 2014 roku byliśmy w Kalnicy, która to znajduje się niedaleko Wetliny i oferuje właśnie takie bardziej „dzikie” szlaki. W sam raz dla wędrowców z psem. Już w 2014 przekonaliśmy się, że to, iż szlak jest na mapie, a nawet jest tabliczka przy jego początku… nie oznacza, że jest on w jakikolwiek sposób uczęszczany… czy w ogóle istnieje 😀 Mając w pamięci tajemniczy, zanikający szlak, wybraliśmy tym razem inny, na drugim brzegu rzeki Wetlinki. Idąc asfaltową drogą przez wieś, usłyszeliśmy pisk opon i po chwili nadjeżdżający samochód, który minął nas raz w jedną, raz w drugą stronę. Za kilka- kilkanaście metrów przekonaliśmy się, skąd to ostre hamowanie. Na rozgrzanej jezdni dogorywał wąż, rozjechany i wykręcony, poruszał ledwo ogonem. Nieopodal leżało dużo jajek, które wypadły z jego brzucha. Nie wiedziałam, że węże mogą mieć aż tyle jajek, nie do wiary, że mają jeszcze miejsce na żołądek. Niestety ciężko było rozpoznać, czy to żmija zygzakowata (o ile dobrze pamiętam, pod ochroną), czy inny gatunek. Minęliśmy go szybko, aby pies się nie zainteresował (ktoś później uprzątnął drogę na szczęście na tyle, na ile się dało). O tym, że w Bieszczadach stosunkowo łatwo spotkać dzikie zwierzęta, a już na pewno żmije, wiedziałam… i była to moja jedyna obawa dotycząca połączenia tych gór z psem. Po minięciu węża-pechowca miałam się na baczności jeszcze pięć razy bardziej i obserwowałam pobocze i psa bardzo uważnie. Szczerze mówiąc, nie spotkałam nigdy w Bieszczadach innego gada niż martwego/dogorywającego, jednego małego węża zdejmowałam nawet z jezdni, był taki biedny 😦 ) Wracając do drogi… mapa okazała się bardzo nieadekwatna do rzeczywistości.. szlak był, owszem, ale czasy jego przejścia były średnio 1-1,5h inne, niż na drogowskazach 😀 Nic to, szliśmy dalej. I było cudnie, pięknie. Tylko za gorąco -_-‘

Celowaliśmy jednak w to, aby szlak przez większość czasu prowadził przez las, aby jak najwięcej było cienia. Chwilkę szliśmy również przy rzece, co dla Lena było spełnieniem wszelkich marzeń, zarówno ze względu na jego obsesję wody, jak i potrzebę ochłody. Udało nam się odnaleźć drogę i „wyjść na prostą” i całość wraz z powrotem do pokoju zajęła nam… ok 27 km (wyszliśmy ok 13 i wróciliśmy chyba jakoś 20-21) 😀 Dodajmy jeszcze do tego górskie warunki (choć wiadomo, że nie są to tak wymagające góry jak Tatry, czy jeszcze wyższe wzniesienia) i wysoką temperaturę… i można sobie wyobrazić, że każdy dosłownie padał na pysk 😀 Na tę wycieczkę zabraliśmy świeżo zakupioną Flexi Giant Professional 10m… i chylę czoła, bo sprawdziła się świetnie. Jestem zagorzałą (no dobra, po prostu mocną, bo ogólnie to jestem ignorantem :D) przeciwniczką smyczy typu flexi w mieście bez względu na rozmiar psa. Mało kto potrafi poprawnie używać tych smyczy, ale jeśli nie umie ich używać na łysym polu, czy nawet lesie, to jeszcze pół biedy… natomiast gdy nie umie ich używać w mieście, to już łatwo o katastrofę. Do tej pory w momentach, gdy w plenerze nie można było puścić psa, używaliśmy bardzo dobrej linki 10m. Jeśli jednak nie współpracujemy czynnie z psem i nie zajmujemy się linką (np. jak przy tropieniu), bywa ona troszkę nieporęczna i niepraktyczna… więc ciekawa byłam, czy taka smycz automatyczna sprawdzi się w warunkach trekkingowych/leśnych. I sprawdziła się 😀 Ale używać jej będę raczej tylko w takich wyjątkowych sytuacjach, bo najważniejsza jest kontrola nad psem i jego bezpieczeństwo, a o to czasem trochę trudniej zadbać przy takiej smyczy.

W niedzielę już nie było ani sił, ani czasu na szlaki (tym bardziej, że zapowiadali burze), więc wybraliśmy się do Ustrzyk Górnych na pyszny obiad (choć przedpołudniem :D) i nasycenie się widokiem połonin. Później zawitaliśmy do Łopienki, gdzie znajduje się stara cerkiew oraz miejsce po wsi (jak to często bywa w Bieszczadach). Ostatni raz byłam tam 5 lat temu, więc była to dość nostalgiczna droga i miłe odświeżenie wspomnień 😀 Jest tam taka lipa ze sporą dziurą, przez którą do środka może wejść nawet całkiem rosły, dorosły mężczyzna, a także sporo dzieci naraz 😀 Polecam, choć ja nigdy się nie odważyłam, gdyż należę do niezdarnych… i pewnie bym nie dała rady wyjść :’D

Kolejnym punktem wycieczki był browar Ursa Maior, który odwiedzamy od czasu jego istnienia (czyt. byliśmy drugi raz :D) i podobnie jak w ich knajpie na krakowskim Kaziemirzu, w browarze również psy są mile widziane… Więc Len pozwiedzał sobie sklep oraz salę degustacyjną… a był tak zmęczony, że po prostu się położył… a my jakieś 20 minut poświęciliśmy na obejrzenie pięknego filmu promującego idee przyświecające browarowi 🙂 Bardzo sympatyczne, klimatyczne miejsce… i pyszne piwa, każde niepowtarzalne!

I po tym miłym akcencie ruszyliśmy dalej, do Krakowa… Serce wyrywało mi się, by zawrócić, by nie wracać do rutyny i ciasnoty miasta… ale pozostaje tylko żyć tym, że kiedyś znów wrócę w moje ukochane miejsce, zielone Bieszczady. Znów z psem u boku 🙂

Polecam wszystkim gorąco, najlepiej ciut po, albo przed sezonem… choć we wrześniu trzeba liczyć się z deszczem 😀

DSC_0184

Reklamy

Stres u psów – przyczyny i eliminacja

(na podstawie wykładów i książki K. Harmaty oraz obserwacji własnych)

  1. Czym jest stres?

Są to skumulowane emocje, które pies przeżywa w dłuższym lub krótszym czasie. Stres u psów to trochę co innego, niż u ludzi. Najprościej wytłumaczyć to w ten sposób, iż nasze czworonogi mają swoiste naczynia z hormonami, których poziom wzrasta, bądź opada w różnym tempie. Hormony te są jednak zawsze takie same, produkowane są jedynie w różnym natężeniu. Między innymi adrenalina, soki żołądkowe, hormony płciowe, neuropeptydy Y i kortyzol. Trzeba bardzo uważać, by to wewnętrzne naczynie nie przepełniło się, gdyż wtedy poziom stresu jest taki wysoki, iż sytuacja może stać się naprawdę trudna do opanowania.

  1. Skąd się bierze?

Stresujące dla psa może być dosłownie wszystko. Zarówno coś z pozoru pozytywnego (np. zabawa z nowymi psami), a także negatywnego (obce miejsce i nieznana sytuacja). Należy postarać się zrozumieć, że pies nie zawsze daje po sobie poznać, iż coś go stresuje w oczywisty sposób, dlatego trzeba obserwować czworonoga w różnych sytuacjach i wyciągać wnioski. Kiedy do psa dociera zbyt wiele bodźców (pracują wszystkie zmysły naraz), mnóstwo nowych zapachów, dźwięków, do tego oczywiście zmysł wzroku, próbujący uchwycić wszystko, a także dotyk (głaskanie przez obce osoby itp.), hormony rosną niezwykle szybko. Za przykład podam mojego psa, który ogólnie ma bardzo dużo energii, wciąż również jest szczeniakiem, lecz gdy przychodzą do mnie goście (2-3 osoby, często już mu znane) – pies zaczyna robić się nadaktywny, rozkojarzony i nerwowy. Widać, że jego wewnętrzne naczynie bardzo szybko się napełnia. Można by uznać, że to zachowanie związane jest tylko z jego charakterem i wiekiem. Obserwując go jednak bliżej, widać doskonale, iż jest zestresowany i zachowuje się nienaturalnie. Bardzo często muszę tłumaczyć ludziom, iż Len wcale nie jest „niewychowany”, szalony, nienormalny, czy złośliwy. Skojarzenie „pies i stres” wciąż nie jest zbyt popularne i wydaje mi się, że nadal jest sporo osób, które nie zdają sobie sprawy, że zwierzę może zestresować się czymś więcej, niż wizytą u weterynarza.

  1. Objawy

Jak wspomniałam, objawy stresu mogą być  kojarzone z jednej strony z nadaktywnością, z drugiej z apatią. Wszystko zależy od psa – znów posługując się przykładem z życia – mój drugi pies należy raczej do „smutasów” i stresujące sytuacje przeżywała raczej apatycznie, zamykając się w sobie.  Gdy pies będzie stale zestresowany, może doprowadzić to do nagromadzenia frustracji, z którym pies przestanie sobie radzić. Wtedy może dojść nawet do zachowań agresywnych. Psy pod wpływem stresu bardzo często dyszą i wszędzie ich pełno, starają się zwrócić na siebie uwagę, jak i same zwracają uwagę na wszystko, gdyż dociera do nich za dużo bodźców, od których nie mogą się odciąć. Ciężko wtedy skupić ich uwagę na czymkolwiek oraz zapanować nad nimi. Psy nie tylko różnie przeżywają stres, znaczne różnice pojawiają się także w samym stopniu jego występowania. Są psy obojętne na różne bodźce, czasem z natury, czasem wynika to z wyjątkowo sprawnie przeprowadzonej socjalizacji. Psy, które mają wyższą tolerancję na stresogenne wydarzenia, dłużej zachowują spokój, są również w stanie skupić się na opiekunie, bądź wyznaczonym zadaniu przy dużej liczbie rozproszeń. Te zwierzaki, których wewnętrzne naczynie zbyt szybko się napełnia, są bardzo energiczne i nadpobudliwe, interesuje je trzymana w ręce zabawka, niesiony z wiatrem listek, stopa człowieka obok, ptaki na niebie i odległe szczekanie wiejskich psów. Wszystko naraz i wyjątkowo intensywnie (czyli „ogólnie to nie gryzę ludzkich stóp, ale jak będzie ich za dużo i będę słyszał mnóstwo głosów, to skubnę sobie, bo już nie wiem, co mam robić. Do tego też pogęgam i pojęczę sobie, albo wskoczę komuś na kolana.” – to tak cytując Lena :D). Pies może też nie móc znaleźć sobie miejsca i cały czas być zziajanym, jakby nie wiadomo, co się działo, a przecież „tylko” jedziemy tramwajem z mnóstwem obcych ludzi. Przykładów można by znaleźć wiele, pewnie każdy podałby po kilka, obserwując tylko jednego, swojego psa.

lili

  1. Eliminacja

Przede wszystkim należy wnikliwie obserwować nasze psy i od pierwszych dni, kiedy trafią pod naszą opiekę, stopniowo oswajać je z różnymi nowościami. Wiele lęków i stresogennych sytuacji da się przezwyciężyć, potrzeba jednak dużo cierpliwości zarówno opiekuna, jak i psa. Kiedy widzimy, iż poziom stresu drastycznie wzrasta, należy bądź wycofać się z danego działania, bądź dotrwać do końca, ale zaraz po tym dać psu odpocząć. Co za tym idzie, jeśli „fundujemy” zwierzęciu jeden stresujący dzień (np. wystawę), nie zapraszajmy na drugi dzień np. 10 nowych osób na domówkę, gdyż możemy być praktycznie pewni, iż poziom stresu naszego psa jeszcze nie opadł. Do ustabilizowania rozchwianych hormonów potrzeba nawet 2-6 dni. Dla mojego psa dotychczas najbardziej stresującym czasem był grudzień, kiedy w jeden weekend przed świętami przyjechało do mnie w gości kilka osób (same dziewczyny – wyższe, niż męskie, decybele też swoje zrobiły :D) w większości kompletnie obcych dla Lena. Zaprezentował się z najgorszej możliwej strony, cały czas wszystkich zaczepiając i przeszkadzając w jakiejkolwiek zwykłej rozmowie, bo ON PRZECIEŻ TU JEST i nie wie, o co to całe zamieszanie i czemu nikt się z nim nie bawi non stop. Później chcąc nie chcąc, musiałam wyjechać na święta do babci, gdzie mieszka Czika, z którą prawdopodobnie nigdy się już nie polubią, więc każdy pies musiał być w innym pokoju. Gdy tylko się zetknęły ze sobą, oba były tak zestresowane, że żal było patrzeć. Po powrocie do Krakowa, nim Lenowi opadły hormony i stres, wyjechaliśmy na Sylwestra, gdzie znów było mnóstwo stresogennych czynników… Wierzcie mi, że ustabilizował się długo po Nowym Roku i radzę nie popełniać tych samych błędów, co ja, czyli jedna stresująca (i to bardzo) sytuacja po drugiej, bo później każdy musi to „odchorować”. Oczywiście, czasem nie mamy wyjścia i może zdarzyć się, że naczynie będzie bliskie przepełnienia, a pies nie będzie mógł wyciszyć się i odpocząć, tylko znów zderzy się z nową sytuacją. Należy wtedy wspierać psa, jak tylko to możliwe i jak najszybciej zapewnić mu odpoczynek i odpowiednią ilość snu oraz spokoju. Len bardzo często po stresujących sytuacjach „wyżywa się” na gryzakach i zabawkach. Jak wiadomo, jedną z etogramowych potrzeb dla psów jest żucie – to uspokaja je i pozwala zachować równowagę psychiczną. Często, kiedy np. goście wyjdą, bądź skończy się stresująca sytuacja, a Len dostanie np. wędzoną kość, potrafi tak bardzo zaangażować się w jej konsumpcję, że pewnym momencie po prostu pada i śpi sobie w najlepsze, uspokojony. I znów – jeśli wróciliśmy z całodziennej wycieczki, to najlepiej będzie dać psu odpocząć i nie bawić się z nim, nie wpuszczać go na wybieg dla psów itp., bo nawet jeśli pies zdaje się wykazywać chęci do działania, prawdopodobnie i tak potrzebuje odpoczynku. Możemy być praktycznie pewni, że nieznane psu sytuacje będą dla niego stresujące, dlatego od początku musimy go oswajać ze wszystkim. Co za tym idzie, jeśli wiemy, że w przyszłości np. będziemy przemieszczać się z psem komunikacją miejską, warto zadbać o oswojenie go z tym już w pierwszych miesiącach pobytu w naszym domu.  Ze stresem wiążą się również okresy lękowe w wieku szczenięcym (o tym może kiedy indziej).

Tekst powstał w związku z moim szkoleniem instruktorskim, więc trochę go rozbudowałam i pomyślałam, że się podzielę. Może komuś przyda się do dalszych rozważań 🙂

 

Nie taki Sylwester straszny…

Tak oto nastał rok 2016, Len skończył 5 miesięcy i 2 tygodnie, przeżył pierwszego w życiu Sylwestra, był na kilkudniowej wycieczce, gdzie nauczyliśmy się o sobie kilku nowych rzeczy, stracił już wszystkie mleczaki i powoli robi się z niego przystojniak 😀

Sylwestry spędzałam przez większość lat mojego życia w domu moim, bądź mojej przyjaciółki, zupełnie nie rozumiałam, na czym polega ta pogoń za „super imprezą”, „balem do białego rana”, planowaniem wszystkiego najlepiej już we wrześniu… Od paru lat jednak spędzam ten dzień i noc w większym gronie, gdzieś jadę, bądź wychodzę. Jednocześnie mam wyjątkowe szczęście do psów, bo Czika Sylwestra, fajerwerki, wystrzały i inne kwestie miała  w głębokim poważaniu i najczęściej spała, bądź zajmowała się tym, co w każdy inny dzień. Kiedyś została nawet w domu sama na noc i też nie przyniosło jej to żadnej traumy. Wiem jednak, że jest ona bardzo wyjątkowym psem na wielu innych polach również, więc ciężko inne mierzyć tą miarą. W tym roku również okazało się, że Sylwester będzie wyjazdowy, choć szczerze mówiąc, to wyobrażałam sobie, że dla dobra Lena zostanę raczej w domu, aby nie fundować mu dodatkowych stresów… stało się jednak inaczej i z ósemką znajomych bliższych i dalszych wylądowaliśmy w dwupokojowym, piętrowym domku w Kacwinie. Nie ukrywam, że byłam pełna obaw, a jednocześnie miałam nadzieję, że wszystko uda się bez problemu i Len pozytywnie mnie zaskoczy.

Przyjechaliśmy na miejsce w środę wieczorem, więc miał chwilkę na zapoznanie się z miejscem. Na śniadania i obiady chodziliśmy na wspólną salę i to bardzo mnie stresowało, bo jednak pies, może przeszkadzać, sam fakt jego obecności tam jest przecież kłopotliwy, a co dopiero jak odstawi szopkę… obawiałam się, że ludzie dookoła tak będą sobie o Lenie myśleć i szybko popadniemy w niełaskę. Tym bardziej, że o mało włos byśmy nie pojechali, bo…

-ale z psem…? nie, wolałabym bez psa, bo jak będzie hałasował, inni goście będą się skarżyć… musi być ten pies? / -musi być, bo dwie osoby wtedy też nie przyjadą… / – zastanowię się, no ale…

Mniej więcej w tym tonie podeszła do sprawy właścicielka przybytku i już postawiłam krzyżyk na tym miejscu (Pensjonat Harnaś w Kacwinie), uznając za „niepsiolubne” i nastawiałam się na spokojny 31 w domu z psem… stało się jednak inaczej, zgodzono się na nasz przyjazd… i dawno już nikt mnie tak pozytywnie nie zaskoczył jak Len tamtej nocy, jak i kolejnych dni… Gdy przyszliśmy na salę (teraz wyobraźcie sobie wiejskie wesele z góralską kapelą… taak :D), pełną ludzi i hałasu, Len chwilę się pokręcił, położył i poszedł spać po stołem… praktycznie od 20 do prawie północy spał i to jak zabity… Gdy ludzie zaczęli wychodzić przed budynek, w tym moi towarzysze zabawy, wiedziałam, że teraz oto nadchodzi prawdziwa próba… Miałam przygotowane pudełko Alpha Spirit (świetne jedzonko, sprawdziło się znakomicie), za którym Len bardzo przepada i gdy się troszkę rozbudził, siedział sobie w kącie, a ja podawałam mu po jednej, bądź dwóch kostkach karmy, a na zewnątrz ludzie strzelali, krzyczeli i wybuchy petard trwały przez kilka minut… Mój pies rzucił spojrzeniem, zastrzygł uszami i w to by było na tyle… jadł sobie spokojnie i nie zwracał większej uwagi, ja też byłam spokojna i czułam się fantastycznie, dostał łyka szampana i weszliśmy w nowy rok razem i w spokoju. Co za radość! [kto nie jest psiarzem, nie zrozumie :D]

Kilkanaście minut po północy wyszliśmy na zewnątrz, gdyż postanowiłam wrócić do domku, a jak ewentualnie Len będzie w nastroju, to najwyżej jeszcze na salę… gdy przed budynkiem parę metrów od nas w niebo wystrzelił kolorowy fajerwerk z charakterystycznym sykiem… Len powiódł za nim wzrokiem, trochę zdziwiony i tyle… Poszliśmy dalej. Później naszczekał jeszcze na kilka, które widział na horyzoncie, pełen bojowego zacięcia, po czym znów zająć się swoimi sprawami. Jedyne, kiedy trochę faktycznie się denerwował i widać było stres, to gdy był zamknięty w pomieszczeniu, jakimś mniejszym i tylko słyszał wybuchy, lepiej znosił fajerwerki na zewnątrz, tyle zdążyłam zauważyć… Życzyłabym sobie, aby tak już zostało, choć wiem, że jeszcze nic nie jest przesądzone i przyszłoroczny Sylwester może nie być już taki spokojny… lecz mam nadzieję, że jednak będzie i trafił mi się kolejny wspaniały pies… Co nie zmienia faktu, że jestem całym sercem za tym, żeby ludzie dali sobie spokój z fajerwerkami i petardami, bo hałas i trauma wielu zwierząt (nie tylko psów) nie jest warta paru minut kolorowych światełek na niebie i śmietnika, który zastajemy 1 stycznia na ulicach…

Poza tym, odwiedziliśmy też tamę przy zamku w Niedzicy, gdzie poziom wody był zaskakująco mały i można było zwiedzić dno, gdyż woda opadłszy zostawiła mnóstwo rzecznych skarbów na widoku, a że pogoda była bardzo słoneczna, miło się spacerowało… Sam Kacwin okazał się bardzo przyjemną miejscowością położoną tuż przy polsko-słowackiej granicy, a miejsce, w którym żyliśmy sobie przez te parę dni miło cudowny wybieg dla psa (choć w lecie chyba dla owiec :D) i Len codziennie mógł bawić się piłką i biegać do woli. Białas został także nielegalnym „imigrantem”, bo odwiedziliśmy Słowację, choć nie ma on jeszcze psiego paszportu… to się nazywa jazda na krawędzi 😀 Było bardzo sympatycznie i aż żal wracać do Krakowa skąpanego w smogu i naszych schodów na 4 piętro… ale już nie mogę doczekać się kolejnych wyjazdów z Lenem, bo zapowiada się na wyśmienitego podróżnika, pełnego klasy, obycia i energii do zdobywania górskich szczytów, dolin i innych cudów przyrody i świata 😀

Życzymy wszystkim, którzy nas tu odwiedzają, wszystkiego najlepszego, wielu radosnych chwil z przyjaciółmi na czterech łapach, dużo zdrowia i energii do działania! Niech wilcza moc będzie z Wami!

tama
na tamie 😀

 

Z psem na pocztę?!

Minął już prawie tydzień od ostatniego wpisu. Od tamtej pory sporo się działo, ale po kolei… tyle, że od tyłu.

Wybrałam się dziś z Lenem na pocztę, któryś tam już raz… z tym, że dziś przyszliśmy praktycznie punktualnie na otwarcie, więc w przedsionku jakaś pani wycierała podłogę mopem. I usłyszałam tekst dnia (faworytem nadal pozostaje „z psem na cmentarz?!):
– Z psem na pocztę?! – wyrzekła tonem obrzydzenia zmieszanego z niedorzecznością widzianego obrazka.
– Taak. Przecież nie ma zakazu… ani w środku nie ma niczego, co by zniszczył – odparłam, choć często w takich sytuacjach ograniczam się jedynie do pobłażliwego uśmiechu.
– No ale z psem na pocztę?? – zacięta  płyta – Będzie pani po nim wycierać blabla – reszty nie slyszałam. Niezliczona ilość kąśliwych komentarzy, jaka później przyszła mi do głowy, zmarnowała się niechybnie. Prawda jest taka, że szkoda się wdawać w dyskusję z takimi typami.
Oczywiście nadal spotykamy też tych wszystkich „cmokaczy” i wołających „ale śliczny niedźwiadek”!, ale Len już nie na wszystkich reaguje. Całe szczęście.

Wczoraj natomiast nadszedł czas na pierwszą dłuższą wycieczkę tramwajem… i wizytę Lena w centrum Krakowa. Stwierdziłam, że nie ma co, lecimy dalej z socjalizacją. Pretekstem do tego było umówione piwo w jednej z krakowskich knajp, gdzie psy są mile widziane. Sama jazda tramwajem przebiegła nad wyraz spokojnie, mój waleczny wilk leżał głównie na podłodze i obserwował otoczenie. Co prawda już 3 przystanki przed naszą destynacją, zaczął się niecierpliwić i  chciał koniecznie wysiąść, bo byliśmy blisko drzwi. Później szybki spacer plantami, po morzu złotych liści, aż dotarliśmy do Starego Portu. Jest to jedno z moich ulubionych miejsc spotkań towarzyskich w Krakowie, bo uwielbiam tematy marynistyczne i żeglarskie… i jak wspomniałam, lubią tam psy. A tym przyplusowali już na całego. W środku Len trochę szczekał, trochę się wyrywał, trochę nudził, czyścił podłogę (znalazł nawet jakiś stary guzik!), zjadł kurzą łapę przywiezioną z domu, pospał trochę, dostał wodę od barmana i ogólnie było bardzo ok. Fakt, że na początku trochę szczekał, szczególnie jak ktoś obdarzył go tylko spojrzeniem, a nie 100% uwagą i czułościami 😀 Mam nadzieję, że przy każdej kolejnej tego typu wycieczce będzie coraz lepiej nam to szło.

image
Tyle wypił, że spał pod stołem… 😀

image

W zeszły weekend Len był także na dwóch dalszych wycieczkach. Byliśmy znów u mojej babci, gdzie mieszka moja Czika. Psy nadal nie pałają do siebie miłością, szczególnie Czika nie przepada za Lenem, ale jakoś dało się to opanować i sobota należała do całkiem udanych. W niedzielę natomiast wybraliśmy się na cmentarze w moim rodzinnym mieście, żeby zapalić znicze kilku ważnym osobom, bo czasy Dziadów się zbliżają wielkimi krokami… a ja tłoku na cmentarzach nie lubię. Oczywiście tylko czekałam na komentarze… nawet ripostę mieliśmy przygotowaną na „z psem na cmentarz?” – „nie, nie, to świnia,  tylko chorowała ” 😀
Wniosek jednak nasunął się inny po tymże dniu – że nie tyle problemem jest pies… tylko to jaki to pies. Lenem nadal wszyscy są tak zachwyceni, że nikt się nie czepia, tylko raczej są same miłe słowa, albo serdeczne uśmiechy  (zdecydowanie wolę opcję drugą ).

A co u samego Lena? Dziś,  kiedy odwróciłam się do stołu plecami (na którym stały moje kanapki na śniadanie ), by schować garnki… pies podparł się łapami o krzesło i porwał mi plaster szynki z chleba! Na szczęście dopadłam go nim dobrze przełknął i skarciłam. Nadal jest krnąbrny i bezczelny, ale jednocześnie łatwiej chodzi się z nim na spacery, puszczony ze smyczy przychodzi całkiem ładnie na wołanie  (albo odbiegnięcie :D), ma obsesję prysznica i potrafi długo tam stać i bawić się wodą… i to, o co teraz zażarcie walczymy, to prawo Lena do wchodzenia na moje łóżko. Niestety jest przekonany, że skoro jest już w stanie na nie wskoczyć, to żadne ograniczenia go nie  obowiązują…

image
W tramwaju, obserwacja pasażerów 😀
image
Kot najpierw wyglądał jak dziupla w drzewie… zaskoczył nas oboje 😀

image

Wolność kocham i rozumiem!

Wolność jak wiemy ma mnóstwo znaczeń, może być metaforyczna, bądź dosłowna. Można być wolnym od krępującego łańcucha, można mieć wolne myśli. Mnie chodzi jednak o znaczenie ciut bardziej przyziemne – poczucie wolności, jakie daje pies puszczony luzem i poczucie wolności, jakie to pies odczuwa, gdy nie jest na uwięzi.

Dlaczego uważam, że chodzenie z psem puszczonym luźno daje poczucie wolności? Może dlatego, że zanim rodzice pozwolili mi na psa, to do 11 roku życia biegałam sobie z osiedlowymi „kundlami”. Niektóre były bezpańskie, inne niekoniecznie (nie wiem, czy wszędzie modny był zwyczaj puszczania psów na samodzielne spacery, ale u mnie na osiedlu był… „a bo na parterze mieszkamy, niech se sam polata”… ), ale ja znajdowałam sobie w nich świetnych kompanów do wspólnych zabaw. Głównie polegały one na spacerowaniu, czy też bezcelowym włóczeniu się w pobliżu bloku, ale psy chodziły ze mną, bo w jakiś sposób mnie lubiły. Miałam szczególnie jednego ulubionego, którego nazywałam Pinki (zabijcie mnie, nie wiem, dlaczego :D) i nawet raz przyprowadziłam go do domu, ale mama mnie wygoniła. Z Pinkim jednak rozumiałam się bez słów i zdarzyło się, że pojechał ze mną i mamą tramwajem kiedyś. Byłam tym zachwycona, bo bez żadnego praktycznie wysiłku z mojej strony, stał się takim „moim” psem (później okazało się, że był jednym z tych puszczanych na samodzielne spacery). Nigdy nie miałam go na żadnym sznurku, smyczy, czy lince, a i tak się mnie pilnował. Według mnie, to właśnie takie poczucie braterstwa, daje poczucie wolności. Jak już wspominałam, naczytałam się też wielu książek o psach (i wilkach), w których były one wolne i decydowały, za kim chcą podążać. Już w dzieciństwie wiedziałam, że gdy będę mieć w 100% swojego psa, jak najczęściej będzie chodził bez smyczy i będzie reagował na najmniejsze nawet przywołanie, a i bez tego będzie się mnie pilnował i będziemy się razem włóczyć jak małą sfora.

Pamiętam, jak strasznie pomstowałam, kiedy weszła ta jakaś ustawa, że za psa puszczonego ze smyczy i bez kagańca będą mandaty i że nie wolno tego robić. Nie wiem, ile w tym było prawdy i jak bardzo to było wówczas egzekwowane, ale że byłam w fazie buntu przeciwko wszystkiemu i wszystkim, uznałam, że nie ma mowy, nikt mi nie będzie mówił, co mam robić z psem 😀 Jako osoba dorosła, muszę się zgodzić, że nie każdy pies powinien być puszczany (bo wielu właścicieli w ogóle nie panuje nad swoimi psami, niestety), no i że są faktycznie takie przestrzenie, w których również ze względu na bezpieczeństwo psa, trzeba mieć go na smyczy. Ale to chyba tyle z mojej strony. Uważam, iż należy dążyć do pełnego porozumienia z psem i choć wielu wydaje się to paradoksalne, pies bez smyczy słucha się o wiele bardziej. I pilnuje nas.

W związku z tym, zaczęłam z Lenem w nieco bardziej bezpiecznym miejscu, niż skwerek pod blokiem, ćwiczyć przychodzenie na zawołanie i ogólne pilnowanie się bez smyczy. Muszę przyznać, że pierwsze takie puszczenie go (wczoraj), wymagało jednak trochę odwagi, bo jednak bałam się, że coś może pójść nie tak. Bawiliśmy się jednak bez problemu piłką, jak gdzieś się zagapił, albo szedł w inną stronę, to trochę odbiegałam w przeciwną, wołając go… i przybiegał. Spotkaliśmy też 5 psów (kundelka, setera irlandzkiego, boksera, owczarka niemieckiego i jeszcze jednego jakiegoś a la westie), co dla Lena było przeżyciem, bo jednak w okolicy bloku ciężko o socjalizację z psami (może dlatego, że większość jest znacznie od niego starsza). Co prawda wczoraj wszystkie spotkania odbyły się na smyczy.

Postanowiłam, że dziś powtórzę ćwiczenie z „wolnością”, choć pogoda była kiepska, chłodno i duża wilgoć. Ludzi w parku było mało, więc znów pobawiliśmy się piłką i właściwie już prawie idąc do domu, spotkaliśmy przemiłą panią z pięknym goldenem. Okazało się, że jest to potencjalny kompan do zabawy dla Lena, gdyż ma trochę ponad rok i dużo młodzieńczej energii… Postanowiłam, że troszkę się przejdziemy razem i spróbuję puścić Lena (po raz pierwszy do zabawy z drugim psem). Tak też zrobiłam i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, gdyż Milo (tak miał na imię golden) był bardzo przyjazny i pobawili się razem. Co prawda mój cudowny szczeniak postanowił pobiec za jakimś panem, który uprawiał sobie jogging… i to dłuższy kawałek, ale się zatrzymał w pewnym momencie i szybciutko przybiegł do mnie. Później spacerowaliśmy, Len był cały czas puszczony i przychodził, gdy go wołałam i ogólnie całkiem się pilnował. Jedyny moment, który mi zmroził krew w żyłach był wtedy, gdy postanowił wskoczyć do zalewu, ale na szczęście nie na tyle, żeby stracić dno pod łapami, choć i tak mocno się umoczył. Później jeszcze trochę razem pobiegali, ja z właścicielką Milo porozmawiałam o psach i żeglowaniu… i w ostatniej chwili zdążyliśmy dotrzeć do domu, bo później rozpętała się jesienna ulewa, która dalej trwa.

Ostatnie dwa dni były bardzo owocne w nowe doświadczenia, a także pomocne przy psiej socjalizacji. Ale również przy budowaniu mojej więzi z Lenem. Mam nadzieję, że w miarę upływu czasu będziemy się naprawdę dobrze rozumieli, podobnie jak rozumiem się do dziś z Cziką. Choć zdaję sobie sprawę, że przy wilczym wyglądzie Lena i jego przyszłym gabarytach, pewnie dość często będę musiała go mieć na smyczy, albo niestety w kagańcu. A teraz przed nami będzie nauka chodzenia przy nodze, aby w przyszłości naprawdę poprawnie reagował na tę komendę 🙂

Pierwszy raz bez smyczy na nieco dłużej :D Piękny dzień był wczoraj...
Pierwszy raz bez smyczy na nieco dłużej 😀 Piękny dzień był wczoraj…
Wodę to i może lubi... ale żeby się umyć z błota, to nie ma mowy :D
Wodę to i może lubi… ale żeby się umyć z błota, to nie ma mowy 😀
Taki mokry, że została połowa psa :D
Taki mokry, że została połowa psa 😀