Psy w miejscach publicznych – nadal hańba?

Okay, blog jest o Lenie, chętnie pisałabym tylko o nim… ale nawet gdybym próbowała, to on też wpisany jest w szerszy kontekst… który działa mi na nerwy, nurtuje mnie, męczy i spać niekiedy nie daje. Mianowicie mam na myśli nadal istniejące zacofanie w naszej mentalności, które każe nam traktować psy jako zapchlone, nieczyste, śmierdzące, niebezpieczne i ogólnie gorsze od ludzi ( a wiemy, że często są lepsze!). Wszystko to wiąże się z tym, że do wielu miejsc nadal z psem wejść nie można tylko i wyłącznie ze względu na czyjąć ideologię, a nie ze względu na realne zagrożenie. Wspominałam już tutaj kilkukrotnie, że będę wchodzić drzwiami i oknami, gdzie się da i sprawdzać miejsca, w które się nie da i niczym Sokrates, pytać „dlaczego?” i szukać prawdy.

Jednym z moich marzeń niewątpliwie jest móc kiedyś chodzić do pracy z psem. Nie wydaje mi się, że miejsce pod biurkiem, czy w kącie biura, to złe miejsce dla psa. Nauczony zachowywania czystości, a także spokojny pies, nikomu by nie zawadzał i wydaje mi się to dość oczywiste… Osobiście nie znam jednak ludzi, którzy np. do korporacji chodzili by z psem. Nie wiem, czy wynika to z jakichś odgórnych przepisów, czy firmowego savoire vivre’u, czy dzieje się tak, bo nikt po prostu nie próbował… no ale nie znam. Może ktos z Was zna kogoś takiego?

Wspominałam przy okazji wpisu o koncercie Cisza Jak Ta, że będę za niedługo pisać o wspaniałym spotkaniu, którego się nie spodziewałam. Jak już była tu mowa, jestem nadal studentką, więc chodzę na wykłady. W październiku udałam się na środowy wykład pt. „Gry i rytuały komunikacyjne”, kilka minut spóźniona weszłam do sali (wykład jeszcze się nie zaczął) i ze zdumieniem spostrzegłam, że pod tablicą leży pies. Wcale nie mały, bo golden retriver i drzemie sobie, a pani profesor stara się uruchomić rzutnik. Gapiąc się oniemiała na psa, zasiadłam w pierwszej ławce i musiałam wyglądać groteskowo, bo uśmiechałam się od ucha do ucha. Pewnie nawet za bardzo, ale tak wielka była moja radość. Bo samej przeszło mi przez myśl (gdyż w statucie UJ nie znalazłam zapisu, że nie wolno), aby chodzić z Lenem na wykłady, tyle że on na razie jeszcze jest zbyt zbzikowany na to. Nie miałam czasu zostać po wykładzie, więc niezwłocznie napisałam maila do pani profesor i okazało się, że to faktycznie jej pies, ma na imię Fraszka (cudnie!) i jest już 3 z kolei psem wprowadzonym na uniwersytet przez panią Antas. Dowiedziałam się, że pani Antas jest także autorką książki „Rozmowy z psem, czyli komunikacja międzygatunkowa„, o której to książce będę pisać za niedługo (jak tylko przeczytam, bo jak zwykle lista-tasiemiec tytułów do przeczytania).

12064191_906319042736687_559317120_n
Fraszka to uosobienie słowa „poczciwy”… jest cudowna! Po każdym wykładzie łasi się i daje pogłaskać 😀

Uważam to za niezwykle piękny gest i nie ma się co oszukiwać, zazdroszczę pani profesor, że ma taką pracę, w której może być razem z psem i nikt nikomu nie robi z tego powodu wyrzutów.

W zeszłym, czy w tym tygodniu pojawił się sieci artykuł, który mówił o świetnej inicjatywie, a mianowicie psy ze schronisk w urzędzie w Aleksandrowie. Fantastyczne! Płakać mi się chciało ze wzruszenia, że ktoś dał na to zezwolenie i wyszedł z tak wspaniałą inicjatywą. Prawda jest taka, że w większości przypadków pies łagodzi obyczaje (no chyba, że wchodzimy tam, gdzie nas nie chcą :D) i o wiele przyjemniej jest, kiedy wita nas merdanie ogona i psi uśmiech.

Bardzo jestem ciekawa, czy wśród czytelników psich blogów, bądź ich autorów, są jacyś, którzy chodzą do pracy z psem? Może znacie podobne przypadki do Fraszki? Ciekawa jestem Waszych doświadczeń!

A co do Lena… to więcej napiszę w najbliższych dniach, a dziś wspomnę tylko, że coraz lepiej idzie mu reakcja na komendę „zostaw”, nawet jeśli leży przed nim smakowity kawałek wołowiny… ale niestety na spacerach to jeszcze nie działa 😀

Reklamy