[17 kwietnia 2016] Nikt nie zajmie się moim psem tak dobrze, jak ja!

To była pierwsza myśl, kiedy lata temu wyjeżdżałam po raz pierwszy z domu tak, że trzeba było sprowadzić kogoś do opieki nad psem. Padło na babcię, która specjalnie przyjechała od siebie, żeby na ok 2 tygodnie zostać z Cziką. Nigdy dotychczas nie miała psa, więc byłam pełna obaw, jak sobie poradzi z wyprowadzaniem, karmieniem (czy np. nie upasie mi psa na amen :D) i ogólnie wszystkim. Oczywiście wszystkie najczarniejsze scenariusze – pogryzienia przez psy, ucieczka, wypadek drogowy, zatrucie i inne – przebiegały mi przed oczami jak w kalejdoskopie. Trudno, trzeba było jednak wyjść i zamknąć za sobą drzwi. A później dzwonić codziennie i pytać, jak tam pies, bo przecież co tam samopoczucie babci :’D A tak serio, to było to faktycznie spore przeżycie dla mnie… ale okazało się, że wszystko odbyło się bez przeszkód. Później i tak wyprowadziłam się z domu do innego miasta w związku ze studiami, więc musiałam przyzwyczaić się do tego, że psa nie mam na oku i zaufać mojej mamie, że w 100% dobrze się nim zajmie. Oczywiście i tym razem wszystko było okay, w końcu pies był rodzinny, a nie tylko mój, więc nie tylko ja znałam Czikę bardzo dobrze.

Prowadzę taki tryb życia, że dość często wyjeżdżam (na ogół na 2-3 dni), oczywiście, jak jest okazja, to i na dłużej, więc biorąc Lena, wiedziałam, że muszę liczyć się z zostawianiem go. Bo niestety mimo najszczerszych chęci, nie mogę zabrać go w 100% wszędzie. Pierwszy raz został sam na weekend (pod dobrą opieką :D) w niecałe 3 tygodnie po przybyciu do nowego domu, no i tak to się zaczęło… więc o to się nie martwię, bo takie rozstania są dla niego normalne i nie wpływają na niego praktycznie w żaden sposób, bo zawsze znajdzie się ktoś, komu może podokuczać, nie muszę to być ja, ahaha 😀 Na szczęście na ogół mam go z kim zostawić, a jeśli nie, to staram się ułożyć wyjazdy mimo wszystko tak, aby mógł jechać ze mną. Nadszedł jednak taki dzień, kiedy dość spontanicznie zapadła decyzja o tym, aby wybrać się w rejs po Bałtyku. Wiedziałam, że kolejna okazja może długo się nie powtórzyć, więc szybko ustaliwszy z przyjaciółmi, że będzie miał kto się Lenem zająć na czas tygodnia… klamka zapadła. Oczywiście zamiast przejąć się tym, że jak się jacht wywróci, to wszyscy zatoniemy (albo innymi poważnymi sprawami morskimi :D), to ja myślałam tylko o tym, ale jak ja zostawię mojego psa na tydzień pod czyjąś opieką… przecież nikt sobie nie da rady z tym. Nikt! Tydzień to za długo! Nie powinnam jechać, nie mogę… nieee!

Ostateczna decyzja odnośnie tożsamości „niań” zmieniała się parę razy, aż w końcu się wyklarowało i wszystko zostało dopięte na ostatni guzik… choć wytłumaczenie komuś, kto ma się zająć twoim psem, wszystkich jego zwyczajów, waszych zwyczajów, trybu życia, a także wszystkich innych „kwiatków” (a jak wiemy z tego bloga, Len do najłatwiejszych osobników nie należy, a i w wieku jest trudnym :D), wcale nie jest takie proste i co chwilę człowiek przypomina sobie coś nowego…a w efekcie i tak nie przekazuje 100% wiedzy na temat psa, którą powinien mieć zastępczy opiekun, żeby sobie dać radę… a przynajmniej tak się właścicielowi wydaje na ogół. Często jednak strach ma wielkie oczy, a jak usunie się sporą część swojego czarnowidztwa, to okazuje się, że ludzie sobie radzą, pies sobie radzi i ogólnie trzeba było bardziej się cieszyć wyjazdem, a nie rozmyślać, co tam ten mój pies…

Co prawda na długo na razie odechciało mi się dłuższych wyjazdów bez Lena, więc mam nadzieję, że szybko nie nastąpią, ale jestem bardzo wdzięczna wszystkim moim pomocnikom za ten tydzień i umożliwienie mi wspaniałego wyjazdu… Niedawno pisałam o psach i morzu, jak się łatwo domyślić, żeglarstwo to moja mała pasja (choć uprawnień żadnych nie mam i pewnie długo nie będę mieć :D) i bardzo się cieszę, że z naszych pięknych mazurskich jezior udało mi się na chwilę przeskoczyć na Bałtyk i poznać morskiego żeglowania smak 😀 Wybraliśmy się na Gotlandię, która okazała się być piękną wyspą, a przynajmniej Visby (stolica i największe miasto) takim okazało się być… I a propos moich wyjazdów bez psów… zawsze musiałam coś przywieźć. Już od czasów podstawówki, kiedy moi rówieśnicy zaopatrywali się w lody, czipsy oraz mnóstwo odpustowego badziewia, ja najczęściej ciężko zdobyte kieszonkowe starałam się w sporej części wydać na psa… i choć mogłam kupić pewnie to samo i u siebie w mieście, to nie „bo przecież to przywiozłam z nad morza dla Cziki, to prezent!”i tak dalej. Tak i tym razem… zamiast rozejrzeć się z jakimiś super szwedzkimi produktami dla siebie, bądź przyjaciół (pomijam cholernie wysokie ceny :D), to ja zaraz wpadłam na dział dla zwierzaków… i tak oto zakupiłam dla Lena dwie paczki smakołyków 😀

Clipboard12

Oczywiście bardzo mu posmakowały, pachną dość ładnie, ale nie ma ich zbyt dużo, więc pewnie szybko zużyjemy na ćwiczenia na spacerach 😀 A za te musimy się poważnie zabrać, gdyż to ostatni dzwonek by zacząć pracę nad poprawną socjalizacją, gdyż to, co już wypracowaliśmy zaczyna umykać, hormony buzują… na szczęście pogoda dopisuje, wiosna w pełni (wczoraj w Krakowie pierwsza wiosenna burza :D) i trochę więcej chęci do życia… Dziś byliśmy na spacerze może niezbyt długim, ale z ulubionymi piłkami, więc Len padł kompletnie, tak się wybiegał 😀

I w końcu jest tak zielono! Najpiękniejsze kolory się zaczynają ❤

Trochę niewyraźne, ale te kolory *_*

Clipboard13

Clipboard14

A jak u Was z wyjazdami? Czy ktoś korzystać z hotelu dla psów (bo obawiam się, że to prędzej, czy później mnie czeka), albo innych form opieki nad psem? Jak czujecie się, kiedy wyjeżdżacie na dłużej bez swoich kudłaczy? 😀

Reklamy

[QUIZ] Jakiej rasie psa odpowiadasz?

Przyszła mi do głowa taka luźna zabawa i postanowiłam zrobić quiz, bo nie znam zbyt wielu fajnych quizów na to, jaką rasą psa jesteś… a to zawsze miło sobie poczytać, co tam w wynikach i czemu taka rasa 😀 Oczywiście wszystko z przymrużeniem oka, no i specem od quizów nie jestem… ale może komuś sprawi on trochę frajdy 😀 Zapraszam!

Jakiej rasie psa odpowiadasz?

Stres u psów – przyczyny i eliminacja

(na podstawie wykładów i książki K. Harmaty oraz obserwacji własnych)

  1. Czym jest stres?

Są to skumulowane emocje, które pies przeżywa w dłuższym lub krótszym czasie. Stres u psów to trochę co innego, niż u ludzi. Najprościej wytłumaczyć to w ten sposób, iż nasze czworonogi mają swoiste naczynia z hormonami, których poziom wzrasta, bądź opada w różnym tempie. Hormony te są jednak zawsze takie same, produkowane są jedynie w różnym natężeniu. Między innymi adrenalina, soki żołądkowe, hormony płciowe, neuropeptydy Y i kortyzol. Trzeba bardzo uważać, by to wewnętrzne naczynie nie przepełniło się, gdyż wtedy poziom stresu jest taki wysoki, iż sytuacja może stać się naprawdę trudna do opanowania.

  1. Skąd się bierze?

Stresujące dla psa może być dosłownie wszystko. Zarówno coś z pozoru pozytywnego (np. zabawa z nowymi psami), a także negatywnego (obce miejsce i nieznana sytuacja). Należy postarać się zrozumieć, że pies nie zawsze daje po sobie poznać, iż coś go stresuje w oczywisty sposób, dlatego trzeba obserwować czworonoga w różnych sytuacjach i wyciągać wnioski. Kiedy do psa dociera zbyt wiele bodźców (pracują wszystkie zmysły naraz), mnóstwo nowych zapachów, dźwięków, do tego oczywiście zmysł wzroku, próbujący uchwycić wszystko, a także dotyk (głaskanie przez obce osoby itp.), hormony rosną niezwykle szybko. Za przykład podam mojego psa, który ogólnie ma bardzo dużo energii, wciąż również jest szczeniakiem, lecz gdy przychodzą do mnie goście (2-3 osoby, często już mu znane) – pies zaczyna robić się nadaktywny, rozkojarzony i nerwowy. Widać, że jego wewnętrzne naczynie bardzo szybko się napełnia. Można by uznać, że to zachowanie związane jest tylko z jego charakterem i wiekiem. Obserwując go jednak bliżej, widać doskonale, iż jest zestresowany i zachowuje się nienaturalnie. Bardzo często muszę tłumaczyć ludziom, iż Len wcale nie jest „niewychowany”, szalony, nienormalny, czy złośliwy. Skojarzenie „pies i stres” wciąż nie jest zbyt popularne i wydaje mi się, że nadal jest sporo osób, które nie zdają sobie sprawy, że zwierzę może zestresować się czymś więcej, niż wizytą u weterynarza.

  1. Objawy

Jak wspomniałam, objawy stresu mogą być  kojarzone z jednej strony z nadaktywnością, z drugiej z apatią. Wszystko zależy od psa – znów posługując się przykładem z życia – mój drugi pies należy raczej do „smutasów” i stresujące sytuacje przeżywała raczej apatycznie, zamykając się w sobie.  Gdy pies będzie stale zestresowany, może doprowadzić to do nagromadzenia frustracji, z którym pies przestanie sobie radzić. Wtedy może dojść nawet do zachowań agresywnych. Psy pod wpływem stresu bardzo często dyszą i wszędzie ich pełno, starają się zwrócić na siebie uwagę, jak i same zwracają uwagę na wszystko, gdyż dociera do nich za dużo bodźców, od których nie mogą się odciąć. Ciężko wtedy skupić ich uwagę na czymkolwiek oraz zapanować nad nimi. Psy nie tylko różnie przeżywają stres, znaczne różnice pojawiają się także w samym stopniu jego występowania. Są psy obojętne na różne bodźce, czasem z natury, czasem wynika to z wyjątkowo sprawnie przeprowadzonej socjalizacji. Psy, które mają wyższą tolerancję na stresogenne wydarzenia, dłużej zachowują spokój, są również w stanie skupić się na opiekunie, bądź wyznaczonym zadaniu przy dużej liczbie rozproszeń. Te zwierzaki, których wewnętrzne naczynie zbyt szybko się napełnia, są bardzo energiczne i nadpobudliwe, interesuje je trzymana w ręce zabawka, niesiony z wiatrem listek, stopa człowieka obok, ptaki na niebie i odległe szczekanie wiejskich psów. Wszystko naraz i wyjątkowo intensywnie (czyli „ogólnie to nie gryzę ludzkich stóp, ale jak będzie ich za dużo i będę słyszał mnóstwo głosów, to skubnę sobie, bo już nie wiem, co mam robić. Do tego też pogęgam i pojęczę sobie, albo wskoczę komuś na kolana.” – to tak cytując Lena :D). Pies może też nie móc znaleźć sobie miejsca i cały czas być zziajanym, jakby nie wiadomo, co się działo, a przecież „tylko” jedziemy tramwajem z mnóstwem obcych ludzi. Przykładów można by znaleźć wiele, pewnie każdy podałby po kilka, obserwując tylko jednego, swojego psa.

lili

  1. Eliminacja

Przede wszystkim należy wnikliwie obserwować nasze psy i od pierwszych dni, kiedy trafią pod naszą opiekę, stopniowo oswajać je z różnymi nowościami. Wiele lęków i stresogennych sytuacji da się przezwyciężyć, potrzeba jednak dużo cierpliwości zarówno opiekuna, jak i psa. Kiedy widzimy, iż poziom stresu drastycznie wzrasta, należy bądź wycofać się z danego działania, bądź dotrwać do końca, ale zaraz po tym dać psu odpocząć. Co za tym idzie, jeśli „fundujemy” zwierzęciu jeden stresujący dzień (np. wystawę), nie zapraszajmy na drugi dzień np. 10 nowych osób na domówkę, gdyż możemy być praktycznie pewni, iż poziom stresu naszego psa jeszcze nie opadł. Do ustabilizowania rozchwianych hormonów potrzeba nawet 2-6 dni. Dla mojego psa dotychczas najbardziej stresującym czasem był grudzień, kiedy w jeden weekend przed świętami przyjechało do mnie w gości kilka osób (same dziewczyny – wyższe, niż męskie, decybele też swoje zrobiły :D) w większości kompletnie obcych dla Lena. Zaprezentował się z najgorszej możliwej strony, cały czas wszystkich zaczepiając i przeszkadzając w jakiejkolwiek zwykłej rozmowie, bo ON PRZECIEŻ TU JEST i nie wie, o co to całe zamieszanie i czemu nikt się z nim nie bawi non stop. Później chcąc nie chcąc, musiałam wyjechać na święta do babci, gdzie mieszka Czika, z którą prawdopodobnie nigdy się już nie polubią, więc każdy pies musiał być w innym pokoju. Gdy tylko się zetknęły ze sobą, oba były tak zestresowane, że żal było patrzeć. Po powrocie do Krakowa, nim Lenowi opadły hormony i stres, wyjechaliśmy na Sylwestra, gdzie znów było mnóstwo stresogennych czynników… Wierzcie mi, że ustabilizował się długo po Nowym Roku i radzę nie popełniać tych samych błędów, co ja, czyli jedna stresująca (i to bardzo) sytuacja po drugiej, bo później każdy musi to „odchorować”. Oczywiście, czasem nie mamy wyjścia i może zdarzyć się, że naczynie będzie bliskie przepełnienia, a pies nie będzie mógł wyciszyć się i odpocząć, tylko znów zderzy się z nową sytuacją. Należy wtedy wspierać psa, jak tylko to możliwe i jak najszybciej zapewnić mu odpoczynek i odpowiednią ilość snu oraz spokoju. Len bardzo często po stresujących sytuacjach „wyżywa się” na gryzakach i zabawkach. Jak wiadomo, jedną z etogramowych potrzeb dla psów jest żucie – to uspokaja je i pozwala zachować równowagę psychiczną. Często, kiedy np. goście wyjdą, bądź skończy się stresująca sytuacja, a Len dostanie np. wędzoną kość, potrafi tak bardzo zaangażować się w jej konsumpcję, że pewnym momencie po prostu pada i śpi sobie w najlepsze, uspokojony. I znów – jeśli wróciliśmy z całodziennej wycieczki, to najlepiej będzie dać psu odpocząć i nie bawić się z nim, nie wpuszczać go na wybieg dla psów itp., bo nawet jeśli pies zdaje się wykazywać chęci do działania, prawdopodobnie i tak potrzebuje odpoczynku. Możemy być praktycznie pewni, że nieznane psu sytuacje będą dla niego stresujące, dlatego od początku musimy go oswajać ze wszystkim. Co za tym idzie, jeśli wiemy, że w przyszłości np. będziemy przemieszczać się z psem komunikacją miejską, warto zadbać o oswojenie go z tym już w pierwszych miesiącach pobytu w naszym domu.  Ze stresem wiążą się również okresy lękowe w wieku szczenięcym (o tym może kiedy indziej).

Tekst powstał w związku z moim szkoleniem instruktorskim, więc trochę go rozbudowałam i pomyślałam, że się podzielę. Może komuś przyda się do dalszych rozważań 🙂

 

[test] KONG Activity Ball

Dzisiejszy wpis będzie o naszym najnowszym nabytku – KONG Activity Ball – a to wszystko dzięki uprzejmości sklepu Nasze Zoo, przez który zostaliśmy wybrani do przetestowania tej właśnie zabawki. Bardzo miła pani skontaktowała się z nami i zapytała, czy Len nie chciałby zostać testerem. Jasne, że by chciał… i został 😀 Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co to będzie… i gdy w końcu kurier zastukał do drzwi, okazało się, że Len dostał właśnie produkt KONGa oraz miły list od sklepu 🙂

Kiedy 13 lat temu kupowałam pierwszego psa, nie słyszałam ani o firmie KONG, ani o żadnych zabawkach, które napełnia się przysmakami lub smakowymi pastami. Moja Czika wychowała się na suszonych uszach wieprzowych, tych niby butach ze skóry i absolutnym hicie – starej skarpecie wypełnionej przysmakami, do których aby się dostać, musiała zrobić dziurę… czyli taki KONG dla ubogich, ahaha 😀 Teraz zanim sprowadziłam do domu Lena, natrafiłam na wpis o kuli-smakuli i nie powiem, poczułam się zaintrygowana, gdyż wcześniej nie miałam do czynienia z takim cudem i właśnie Comfy Snacky Ball była jednym z moich wyprawkowych zakupów… okazało się jednak, że zainteresowanie Lena nią jest dość nikłe, bo jak nie mógł czegoś wyjąć, to dawał sobie spokój i szedł uprzykrzać życie mnie i innym 😀

Jak zobaczyłam, że przypadło nam w udziale coś bardzo zbliżonego do „kuli-smakuli”, to mina mi nieco zrzedła, bo jasne, miło dostać taki prezent i w ogóle… ale przecież Len się tym na pewno nie zainteresuje. Jak widać na zdjęciu w nagłówku tego bloga, mój pies ma jeden produkt KONGa – kość dla szczeniąt, którą również można czymś tam napełnić… ale ona również cieszyła się znikomym zainteresowaniem. „No nic – pomyślałam – spróbujemy. W końcu miał być test…” i pełna obaw postanowiłam wypełnić przynajmniej w małym stopniu tę piłkę masłem orzechowym, bo akurat miałam je pod ręką… tak na spróbowanie. Len nie jest krytyczny wobec smaków pożywienia, więc czy to by było masło zwykłe, orzechowe, czy tektura umoczona w rosole, pewnie i tak byłby zachwycony… i ku mojemu zdumieniu, po raz pierwszy Len zajął się zabawką z tej kategorii na dłużej. Oczywiście musiałam to nagrać, bo własnym oczom nie wierzyłam, że chodzi z nią, liże, gryzie i jest bardzo zaangażowany w wydobycie wszystkiego, co tam w środku wyczuwa językiem.

Na powyższych filmikach widać, że KONG spodobał się Lenowi (wybaczcie mokrą podłogę, która trochę psuje efekt, ale każdy, kto mieszka ze szczeniakiem wie, jak jest… o czystości można pomarzyć :D) i to tylko namiastka jego zainteresowania… Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona i od razu zaczęłam zastanawiać się, czym jeszcze mogę wypełnić tę nową wersję „kuli-smakuli”. Nie mając lepszego pomysłu, stwierdziłam, że sprawdzę jak zadziała zwykły pasztet drobiowy… Oj, zadziałał lepiej, niż masło orzechowe… Porwał Lena na kilkanaście, albo nawet więcej minut i to do tego stopnia, że nawet, kiedy wydawało mi się, że zrezygnował już z „memłania” i lizania, to on przenosił się w inne miejsce i z podobnym zapamiętaniem, co na samym początku dalej tłamsił nowy nabytek…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
z psim herbatnikiem 😀
20151120_125124
Opakowanie 😀 mam nadzieję, że dopadnę większy rozmiar, bo za parę miesięcy nasz KONG może jednak okazać się za mały…
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bardzo lubi trącać takie zabawki i toczyć je po podłodze 😀

Podsumowując… jestem dziewczyną, więc kolor jasnoniebieski oceniam na plus, prezentuje się pięknie! ❤

A tak na poważnie, to KONG Activity Ball sprawdził się u Lena głównie dlatego, że:

a) ma tak zrobiony otwór (z dwóch stron, mniejszy i większy), iż wysiłek psa zakończony jest sukcesem, bo faktycznie udaje się coś „wygrzebać”

b) materiał jest stosunkowo miękki, przez co da się go ugniatać, zgniatać, wyginać i to pomaga w wydostaniu zawartości… ale także stymuluje psa do żucia i gryzienia, co jest niezwykle ważne!

c) jak nazwa wskazuje, jest to piłka… i faktycznie jako piłka świetnie się sprawdza, gdyż dobrze się odbija i jest na tyle lekkie, że można rzucać nawet w mieszkaniu, bez zbędnego hałasu

d) za wadę mogłabym uznać wielkość, gdyż mamy rozmiar „small” dla szczeniąt do 9 kg, choć przy moim kilkunastokilogramowym się sprawdza ta wielkość znakomicie na razie… choć obawiam się, że za niedługo trzeba będzie zainwestować w coś większego 😀

e) da się ją wykorzystać jako piłkę, a że Len lubi biegać, to ćwiczenie aportu z Activity Ball sprawdza się świetnie

f) mój pies jest w trakcie wymiany zębów, a ta zabawka choć na pierwszy rzut oka wydaje się być regularnych kształtów, ma nacięcia, które są ząbkowane (o ile tak to mogę powiedzieć), co dodatkowo stymuluje żucie i masuje dziąsła

Jesteśmy zadowoleni z prezentu od Nasze Zoo i z czystym sumieniem poleciłabym KONG Activity Ball wszystkim psom, które lubią chwilę się pomęczyć, aby zdobyć dobre kąski… albo po prostu żuć i gryźć. A to potrzeba etogramowa wszystkich psów, więc myślę, że zabawka ta jest dla każdego 🙂 Mnie spodobała się między innymi dlatego, że wypełniając ją po brzegi, mogę spokojnie wyjść z domu, a Len ma zajęcie na dłuższą chwilę. Podobnie kiedy przychodzą goście i nie chcę, żeby Len wszedł w try „nieznośny”, co jeszcze mu się zdarza, podaję mu tę zabawkę…i aż miło patrzeć na jego rozanieloną minę 🙂

Dziękujęmy Nasze Zoo za możliwość „degustacji” tej ciekawej zabawki, za fajną zabawę, jaką była recenzja „niespodzianki” dla nas przygotowanej i serdecznie polecamy KONG Activity Ball innym psiakom i ich właścicielom 🙂 A także zapraszamy do odwiedzin na Nasze Zoo 🙂

Jeśli ktoś już ją ma, jestem ciekawa opinii. Czy sprawdza się równie dobrze, jak u nas? Ostatnio znalazłam przepis idealny do zastosowania w tej zabawce i mam zamiar wcielić go w życie… 😀

 

Psy w miejscach publicznych – nadal hańba?

Okay, blog jest o Lenie, chętnie pisałabym tylko o nim… ale nawet gdybym próbowała, to on też wpisany jest w szerszy kontekst… który działa mi na nerwy, nurtuje mnie, męczy i spać niekiedy nie daje. Mianowicie mam na myśli nadal istniejące zacofanie w naszej mentalności, które każe nam traktować psy jako zapchlone, nieczyste, śmierdzące, niebezpieczne i ogólnie gorsze od ludzi ( a wiemy, że często są lepsze!). Wszystko to wiąże się z tym, że do wielu miejsc nadal z psem wejść nie można tylko i wyłącznie ze względu na czyjąć ideologię, a nie ze względu na realne zagrożenie. Wspominałam już tutaj kilkukrotnie, że będę wchodzić drzwiami i oknami, gdzie się da i sprawdzać miejsca, w które się nie da i niczym Sokrates, pytać „dlaczego?” i szukać prawdy.

Jednym z moich marzeń niewątpliwie jest móc kiedyś chodzić do pracy z psem. Nie wydaje mi się, że miejsce pod biurkiem, czy w kącie biura, to złe miejsce dla psa. Nauczony zachowywania czystości, a także spokojny pies, nikomu by nie zawadzał i wydaje mi się to dość oczywiste… Osobiście nie znam jednak ludzi, którzy np. do korporacji chodzili by z psem. Nie wiem, czy wynika to z jakichś odgórnych przepisów, czy firmowego savoire vivre’u, czy dzieje się tak, bo nikt po prostu nie próbował… no ale nie znam. Może ktos z Was zna kogoś takiego?

Wspominałam przy okazji wpisu o koncercie Cisza Jak Ta, że będę za niedługo pisać o wspaniałym spotkaniu, którego się nie spodziewałam. Jak już była tu mowa, jestem nadal studentką, więc chodzę na wykłady. W październiku udałam się na środowy wykład pt. „Gry i rytuały komunikacyjne”, kilka minut spóźniona weszłam do sali (wykład jeszcze się nie zaczął) i ze zdumieniem spostrzegłam, że pod tablicą leży pies. Wcale nie mały, bo golden retriver i drzemie sobie, a pani profesor stara się uruchomić rzutnik. Gapiąc się oniemiała na psa, zasiadłam w pierwszej ławce i musiałam wyglądać groteskowo, bo uśmiechałam się od ucha do ucha. Pewnie nawet za bardzo, ale tak wielka była moja radość. Bo samej przeszło mi przez myśl (gdyż w statucie UJ nie znalazłam zapisu, że nie wolno), aby chodzić z Lenem na wykłady, tyle że on na razie jeszcze jest zbyt zbzikowany na to. Nie miałam czasu zostać po wykładzie, więc niezwłocznie napisałam maila do pani profesor i okazało się, że to faktycznie jej pies, ma na imię Fraszka (cudnie!) i jest już 3 z kolei psem wprowadzonym na uniwersytet przez panią Antas. Dowiedziałam się, że pani Antas jest także autorką książki „Rozmowy z psem, czyli komunikacja międzygatunkowa„, o której to książce będę pisać za niedługo (jak tylko przeczytam, bo jak zwykle lista-tasiemiec tytułów do przeczytania).

12064191_906319042736687_559317120_n
Fraszka to uosobienie słowa „poczciwy”… jest cudowna! Po każdym wykładzie łasi się i daje pogłaskać 😀

Uważam to za niezwykle piękny gest i nie ma się co oszukiwać, zazdroszczę pani profesor, że ma taką pracę, w której może być razem z psem i nikt nikomu nie robi z tego powodu wyrzutów.

W zeszłym, czy w tym tygodniu pojawił się sieci artykuł, który mówił o świetnej inicjatywie, a mianowicie psy ze schronisk w urzędzie w Aleksandrowie. Fantastyczne! Płakać mi się chciało ze wzruszenia, że ktoś dał na to zezwolenie i wyszedł z tak wspaniałą inicjatywą. Prawda jest taka, że w większości przypadków pies łagodzi obyczaje (no chyba, że wchodzimy tam, gdzie nas nie chcą :D) i o wiele przyjemniej jest, kiedy wita nas merdanie ogona i psi uśmiech.

Bardzo jestem ciekawa, czy wśród czytelników psich blogów, bądź ich autorów, są jacyś, którzy chodzą do pracy z psem? Może znacie podobne przypadki do Fraszki? Ciekawa jestem Waszych doświadczeń!

A co do Lena… to więcej napiszę w najbliższych dniach, a dziś wspomnę tylko, że coraz lepiej idzie mu reakcja na komendę „zostaw”, nawet jeśli leży przed nim smakowity kawałek wołowiny… ale niestety na spacerach to jeszcze nie działa 😀