Po prostu wyjedź w Bieszczady… z psem :P

„Tam, gdzie życie nikogo nie chłaszcze! 
Bo nie tylko w kinie są suspensy, 
Wiec, gdy na zmartwienia nie ma rady, 
Zamiast dzień stracony gonić, zamiast ronić łzy spod rzęsy – 
Po prostu wyjedźcie w Bieszczady!”

Jak śpiewał mistrz Młynarski, a także wielu innych… rzuciliśmy wszystko i wyjechaliśmy w Bieszczady. Na bardzo krótko, ale to nie ma znaczenia! Dla mnie każda minuta w tamtych stronach jest na wagę złota, jest to jedno z moich ukochanych miejsc i ulubione góry 🙂 Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Bieszczady, wiedziałam, że muszę kiedyś wrócić tam z psem. Jakiś czas później w moim życiu pojawił się Len, więc wiedziałam, że to z nim kiedyś odwiedzę te góry. Niestety udało się to dopiero po 2 latach jego życia… ale to nawet dobrze, bo oficjalny rozwój stawów zakończony raczej sukcesem, więc można bawić się w włóczykija 😀

Wyjechaliśmy 4-osobową ekipą + pies w sobotę rano i na miejscu byliśmy koło 12. Dzień zrobił się gorący i słoneczny, co wcale nie pomagało, bo marzyliśmy tylko o cieniu. Nie było jednak czasu do stracenia, więc po zameldowaniu w cudem znalezionym pokoju (obawiam się, że zbyt wiele osób wzięło sobie do serca memy „rzuć wszystko i jedź w Bieszczady” i pojechało… szukać Krupówek), ruszyliśmy na szlak. Jak pewnie większość osób wie, do Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie wejdziemy z psem (ale raz widziałam yorka, jak przekroczył wstęp do Parku-no comment), a moje pomstowanie na ten fakt… uciszyło tylko to, że zakaz taki powstał głównie ze względu na wilki i możliwość przyniesienia patogenów/zarazków szkodliwych dla nich (ale przypisów na to nie mam).

Niemniej jednak, BPN to nie jedyne ciekawe miejsce w Bieszczadach, więc bardzo łatwo skorzystamy z tej dzikiej krainy na szlakach poza granicami parku. We wrześniu 2014 roku byliśmy w Kalnicy, która to znajduje się niedaleko Wetliny i oferuje właśnie takie bardziej „dzikie” szlaki. W sam raz dla wędrowców z psem. Już w 2014 przekonaliśmy się, że to, iż szlak jest na mapie, a nawet jest tabliczka przy jego początku… nie oznacza, że jest on w jakikolwiek sposób uczęszczany… czy w ogóle istnieje 😀 Mając w pamięci tajemniczy, zanikający szlak, wybraliśmy tym razem inny, na drugim brzegu rzeki Wetlinki. Idąc asfaltową drogą przez wieś, usłyszeliśmy pisk opon i po chwili nadjeżdżający samochód, który minął nas raz w jedną, raz w drugą stronę. Za kilka- kilkanaście metrów przekonaliśmy się, skąd to ostre hamowanie. Na rozgrzanej jezdni dogorywał wąż, rozjechany i wykręcony, poruszał ledwo ogonem. Nieopodal leżało dużo jajek, które wypadły z jego brzucha. Nie wiedziałam, że węże mogą mieć aż tyle jajek, nie do wiary, że mają jeszcze miejsce na żołądek. Niestety ciężko było rozpoznać, czy to żmija zygzakowata (o ile dobrze pamiętam, pod ochroną), czy inny gatunek. Minęliśmy go szybko, aby pies się nie zainteresował (ktoś później uprzątnął drogę na szczęście na tyle, na ile się dało). O tym, że w Bieszczadach stosunkowo łatwo spotkać dzikie zwierzęta, a już na pewno żmije, wiedziałam… i była to moja jedyna obawa dotycząca połączenia tych gór z psem. Po minięciu węża-pechowca miałam się na baczności jeszcze pięć razy bardziej i obserwowałam pobocze i psa bardzo uważnie. Szczerze mówiąc, nie spotkałam nigdy w Bieszczadach innego gada niż martwego/dogorywającego, jednego małego węża zdejmowałam nawet z jezdni, był taki biedny 😦 ) Wracając do drogi… mapa okazała się bardzo nieadekwatna do rzeczywistości.. szlak był, owszem, ale czasy jego przejścia były średnio 1-1,5h inne, niż na drogowskazach 😀 Nic to, szliśmy dalej. I było cudnie, pięknie. Tylko za gorąco -_-‘

Celowaliśmy jednak w to, aby szlak przez większość czasu prowadził przez las, aby jak najwięcej było cienia. Chwilkę szliśmy również przy rzece, co dla Lena było spełnieniem wszelkich marzeń, zarówno ze względu na jego obsesję wody, jak i potrzebę ochłody. Udało nam się odnaleźć drogę i „wyjść na prostą” i całość wraz z powrotem do pokoju zajęła nam… ok 27 km (wyszliśmy ok 13 i wróciliśmy chyba jakoś 20-21) 😀 Dodajmy jeszcze do tego górskie warunki (choć wiadomo, że nie są to tak wymagające góry jak Tatry, czy jeszcze wyższe wzniesienia) i wysoką temperaturę… i można sobie wyobrazić, że każdy dosłownie padał na pysk 😀 Na tę wycieczkę zabraliśmy świeżo zakupioną Flexi Giant Professional 10m… i chylę czoła, bo sprawdziła się świetnie. Jestem zagorzałą (no dobra, po prostu mocną, bo ogólnie to jestem ignorantem :D) przeciwniczką smyczy typu flexi w mieście bez względu na rozmiar psa. Mało kto potrafi poprawnie używać tych smyczy, ale jeśli nie umie ich używać na łysym polu, czy nawet lesie, to jeszcze pół biedy… natomiast gdy nie umie ich używać w mieście, to już łatwo o katastrofę. Do tej pory w momentach, gdy w plenerze nie można było puścić psa, używaliśmy bardzo dobrej linki 10m. Jeśli jednak nie współpracujemy czynnie z psem i nie zajmujemy się linką (np. jak przy tropieniu), bywa ona troszkę nieporęczna i niepraktyczna… więc ciekawa byłam, czy taka smycz automatyczna sprawdzi się w warunkach trekkingowych/leśnych. I sprawdziła się 😀 Ale używać jej będę raczej tylko w takich wyjątkowych sytuacjach, bo najważniejsza jest kontrola nad psem i jego bezpieczeństwo, a o to czasem trochę trudniej zadbać przy takiej smyczy.

W niedzielę już nie było ani sił, ani czasu na szlaki (tym bardziej, że zapowiadali burze), więc wybraliśmy się do Ustrzyk Górnych na pyszny obiad (choć przedpołudniem :D) i nasycenie się widokiem połonin. Później zawitaliśmy do Łopienki, gdzie znajduje się stara cerkiew oraz miejsce po wsi (jak to często bywa w Bieszczadach). Ostatni raz byłam tam 5 lat temu, więc była to dość nostalgiczna droga i miłe odświeżenie wspomnień 😀 Jest tam taka lipa ze sporą dziurą, przez którą do środka może wejść nawet całkiem rosły, dorosły mężczyzna, a także sporo dzieci naraz 😀 Polecam, choć ja nigdy się nie odważyłam, gdyż należę do niezdarnych… i pewnie bym nie dała rady wyjść :’D

Kolejnym punktem wycieczki był browar Ursa Maior, który odwiedzamy od czasu jego istnienia (czyt. byliśmy drugi raz :D) i podobnie jak w ich knajpie na krakowskim Kaziemirzu, w browarze również psy są mile widziane… Więc Len pozwiedzał sobie sklep oraz salę degustacyjną… a był tak zmęczony, że po prostu się położył… a my jakieś 20 minut poświęciliśmy na obejrzenie pięknego filmu promującego idee przyświecające browarowi 🙂 Bardzo sympatyczne, klimatyczne miejsce… i pyszne piwa, każde niepowtarzalne!

I po tym miłym akcencie ruszyliśmy dalej, do Krakowa… Serce wyrywało mi się, by zawrócić, by nie wracać do rutyny i ciasnoty miasta… ale pozostaje tylko żyć tym, że kiedyś znów wrócę w moje ukochane miejsce, zielone Bieszczady. Znów z psem u boku 🙂

Polecam wszystkim gorąco, najlepiej ciut po, albo przed sezonem… choć we wrześniu trzeba liczyć się z deszczem 😀

DSC_0184

Reklamy

Stres u psów – przyczyny i eliminacja

(na podstawie wykładów i książki K. Harmaty oraz obserwacji własnych)

  1. Czym jest stres?

Są to skumulowane emocje, które pies przeżywa w dłuższym lub krótszym czasie. Stres u psów to trochę co innego, niż u ludzi. Najprościej wytłumaczyć to w ten sposób, iż nasze czworonogi mają swoiste naczynia z hormonami, których poziom wzrasta, bądź opada w różnym tempie. Hormony te są jednak zawsze takie same, produkowane są jedynie w różnym natężeniu. Między innymi adrenalina, soki żołądkowe, hormony płciowe, neuropeptydy Y i kortyzol. Trzeba bardzo uważać, by to wewnętrzne naczynie nie przepełniło się, gdyż wtedy poziom stresu jest taki wysoki, iż sytuacja może stać się naprawdę trudna do opanowania.

  1. Skąd się bierze?

Stresujące dla psa może być dosłownie wszystko. Zarówno coś z pozoru pozytywnego (np. zabawa z nowymi psami), a także negatywnego (obce miejsce i nieznana sytuacja). Należy postarać się zrozumieć, że pies nie zawsze daje po sobie poznać, iż coś go stresuje w oczywisty sposób, dlatego trzeba obserwować czworonoga w różnych sytuacjach i wyciągać wnioski. Kiedy do psa dociera zbyt wiele bodźców (pracują wszystkie zmysły naraz), mnóstwo nowych zapachów, dźwięków, do tego oczywiście zmysł wzroku, próbujący uchwycić wszystko, a także dotyk (głaskanie przez obce osoby itp.), hormony rosną niezwykle szybko. Za przykład podam mojego psa, który ogólnie ma bardzo dużo energii, wciąż również jest szczeniakiem, lecz gdy przychodzą do mnie goście (2-3 osoby, często już mu znane) – pies zaczyna robić się nadaktywny, rozkojarzony i nerwowy. Widać, że jego wewnętrzne naczynie bardzo szybko się napełnia. Można by uznać, że to zachowanie związane jest tylko z jego charakterem i wiekiem. Obserwując go jednak bliżej, widać doskonale, iż jest zestresowany i zachowuje się nienaturalnie. Bardzo często muszę tłumaczyć ludziom, iż Len wcale nie jest „niewychowany”, szalony, nienormalny, czy złośliwy. Skojarzenie „pies i stres” wciąż nie jest zbyt popularne i wydaje mi się, że nadal jest sporo osób, które nie zdają sobie sprawy, że zwierzę może zestresować się czymś więcej, niż wizytą u weterynarza.

  1. Objawy

Jak wspomniałam, objawy stresu mogą być  kojarzone z jednej strony z nadaktywnością, z drugiej z apatią. Wszystko zależy od psa – znów posługując się przykładem z życia – mój drugi pies należy raczej do „smutasów” i stresujące sytuacje przeżywała raczej apatycznie, zamykając się w sobie.  Gdy pies będzie stale zestresowany, może doprowadzić to do nagromadzenia frustracji, z którym pies przestanie sobie radzić. Wtedy może dojść nawet do zachowań agresywnych. Psy pod wpływem stresu bardzo często dyszą i wszędzie ich pełno, starają się zwrócić na siebie uwagę, jak i same zwracają uwagę na wszystko, gdyż dociera do nich za dużo bodźców, od których nie mogą się odciąć. Ciężko wtedy skupić ich uwagę na czymkolwiek oraz zapanować nad nimi. Psy nie tylko różnie przeżywają stres, znaczne różnice pojawiają się także w samym stopniu jego występowania. Są psy obojętne na różne bodźce, czasem z natury, czasem wynika to z wyjątkowo sprawnie przeprowadzonej socjalizacji. Psy, które mają wyższą tolerancję na stresogenne wydarzenia, dłużej zachowują spokój, są również w stanie skupić się na opiekunie, bądź wyznaczonym zadaniu przy dużej liczbie rozproszeń. Te zwierzaki, których wewnętrzne naczynie zbyt szybko się napełnia, są bardzo energiczne i nadpobudliwe, interesuje je trzymana w ręce zabawka, niesiony z wiatrem listek, stopa człowieka obok, ptaki na niebie i odległe szczekanie wiejskich psów. Wszystko naraz i wyjątkowo intensywnie (czyli „ogólnie to nie gryzę ludzkich stóp, ale jak będzie ich za dużo i będę słyszał mnóstwo głosów, to skubnę sobie, bo już nie wiem, co mam robić. Do tego też pogęgam i pojęczę sobie, albo wskoczę komuś na kolana.” – to tak cytując Lena :D). Pies może też nie móc znaleźć sobie miejsca i cały czas być zziajanym, jakby nie wiadomo, co się działo, a przecież „tylko” jedziemy tramwajem z mnóstwem obcych ludzi. Przykładów można by znaleźć wiele, pewnie każdy podałby po kilka, obserwując tylko jednego, swojego psa.

lili

  1. Eliminacja

Przede wszystkim należy wnikliwie obserwować nasze psy i od pierwszych dni, kiedy trafią pod naszą opiekę, stopniowo oswajać je z różnymi nowościami. Wiele lęków i stresogennych sytuacji da się przezwyciężyć, potrzeba jednak dużo cierpliwości zarówno opiekuna, jak i psa. Kiedy widzimy, iż poziom stresu drastycznie wzrasta, należy bądź wycofać się z danego działania, bądź dotrwać do końca, ale zaraz po tym dać psu odpocząć. Co za tym idzie, jeśli „fundujemy” zwierzęciu jeden stresujący dzień (np. wystawę), nie zapraszajmy na drugi dzień np. 10 nowych osób na domówkę, gdyż możemy być praktycznie pewni, iż poziom stresu naszego psa jeszcze nie opadł. Do ustabilizowania rozchwianych hormonów potrzeba nawet 2-6 dni. Dla mojego psa dotychczas najbardziej stresującym czasem był grudzień, kiedy w jeden weekend przed świętami przyjechało do mnie w gości kilka osób (same dziewczyny – wyższe, niż męskie, decybele też swoje zrobiły :D) w większości kompletnie obcych dla Lena. Zaprezentował się z najgorszej możliwej strony, cały czas wszystkich zaczepiając i przeszkadzając w jakiejkolwiek zwykłej rozmowie, bo ON PRZECIEŻ TU JEST i nie wie, o co to całe zamieszanie i czemu nikt się z nim nie bawi non stop. Później chcąc nie chcąc, musiałam wyjechać na święta do babci, gdzie mieszka Czika, z którą prawdopodobnie nigdy się już nie polubią, więc każdy pies musiał być w innym pokoju. Gdy tylko się zetknęły ze sobą, oba były tak zestresowane, że żal było patrzeć. Po powrocie do Krakowa, nim Lenowi opadły hormony i stres, wyjechaliśmy na Sylwestra, gdzie znów było mnóstwo stresogennych czynników… Wierzcie mi, że ustabilizował się długo po Nowym Roku i radzę nie popełniać tych samych błędów, co ja, czyli jedna stresująca (i to bardzo) sytuacja po drugiej, bo później każdy musi to „odchorować”. Oczywiście, czasem nie mamy wyjścia i może zdarzyć się, że naczynie będzie bliskie przepełnienia, a pies nie będzie mógł wyciszyć się i odpocząć, tylko znów zderzy się z nową sytuacją. Należy wtedy wspierać psa, jak tylko to możliwe i jak najszybciej zapewnić mu odpoczynek i odpowiednią ilość snu oraz spokoju. Len bardzo często po stresujących sytuacjach „wyżywa się” na gryzakach i zabawkach. Jak wiadomo, jedną z etogramowych potrzeb dla psów jest żucie – to uspokaja je i pozwala zachować równowagę psychiczną. Często, kiedy np. goście wyjdą, bądź skończy się stresująca sytuacja, a Len dostanie np. wędzoną kość, potrafi tak bardzo zaangażować się w jej konsumpcję, że pewnym momencie po prostu pada i śpi sobie w najlepsze, uspokojony. I znów – jeśli wróciliśmy z całodziennej wycieczki, to najlepiej będzie dać psu odpocząć i nie bawić się z nim, nie wpuszczać go na wybieg dla psów itp., bo nawet jeśli pies zdaje się wykazywać chęci do działania, prawdopodobnie i tak potrzebuje odpoczynku. Możemy być praktycznie pewni, że nieznane psu sytuacje będą dla niego stresujące, dlatego od początku musimy go oswajać ze wszystkim. Co za tym idzie, jeśli wiemy, że w przyszłości np. będziemy przemieszczać się z psem komunikacją miejską, warto zadbać o oswojenie go z tym już w pierwszych miesiącach pobytu w naszym domu.  Ze stresem wiążą się również okresy lękowe w wieku szczenięcym (o tym może kiedy indziej).

Tekst powstał w związku z moim szkoleniem instruktorskim, więc trochę go rozbudowałam i pomyślałam, że się podzielę. Może komuś przyda się do dalszych rozważań 🙂

 

Weterynarzem już nie będę… więc co w zamian?

Przyznam się bez bicia, że dziś nastąpił dla mnie dość przełomowy dzień w życiu, gdyż rozpoczęłam kurs instruktora szkolenia psów. Z jednej strony marzyłam o tym od dawna, z drugiej nie wierzyłam, że kiedykolwiek coś takiego nastąpi. Stało się jednak tak, że trochę przypadkowo trafiłam do wspaniałej szkoły i siedząc dziś na pierwszych zajęciach nie posiadałam się ze szczęścia.

Jak już wspominałam na blogu, od najmłodszych lat kocham psy na zabój i czasem nawet martwiłam się, że cierpię na jakąś dziwną obsesję, ale im więcej psiarzy poznaję, tym bardziej przekonuję się, że nie jestem sama. Pisałam też o tym, iż przez wiele lat, odkąd tylko dowiedziałam się, że jest taki zawód, chciałam być weterynarzem. Okay, najpierw chciałam być… psem. Może dlatego, że byłam jedynaczką i często bawiłam się sama jednak, to udawanie psa było jedną z moich ulubionych rozrywek, chodziłam na czworaka z podkurczonymi palcami dłoni (aby przypominały łapy) i starałam się wiernie naśladować psy, nawet szczekając (słyszę ten odgłos zamykania okna z moim blogiem i przerażenie „uciekających” czytelników :D). Mój ojciec strasznie się na mnie złościł, że się tak zachowuje, ale ja świetnie się bawiłam, bo uważałam, że psy to najlepsze, co chodzi po tej ziemi. W pewnym momencie dotarło do mnie, że weterynarz zajmuje się różnymi zwierzętami i wcale nie leczy tylko piesków (i spokojnie, przestałam też udawać psa :D). Zwierzęta ogółem również uwielbiam, ale jednak szukałam czegoś stricte z psami… odkryłam, że jest kynologia i można być kynologiem. Wtedy chyba nie do końca wiedziałam, czym by się miał taki kynolog zajmować, ani jak dotrzeć do takiego zawodu. A te lekko 15 lat temu coś takiego jak psi behawiorysta, czy trener/instruktor szkolenia nie występowało w moim słowniku za bardzo, ba, nawet się za bardzo o takich rzeczach nie mówiło. Dopiero później ci wszyscy specjaliści od psów zaczęli robić się coraz bardziej popularni. Lata leciały, psy stale kochałam tą samą miłością, ale z moją tragiczną przypadłością wielu różnych zainteresowań i nieumiejętnością zdecydowania się na coś konkretnego, kończyłam szkołę, szłam na studia i żyłam sobie. Coraz bardziej żałując, że nie wierzyłam w siebie i jednak nie przyłożyłam się do tego, żeby startować na weterynarię. Cały czas zastanawiałam się także, co zrobić i jak zrobić, żeby być blisko psów, pomagać im, mieć dużą wiedzę na ich temat i kompetencje w komunikacji z tymi cudownymi istotami.

Kiedy miałam 11 lat, do mojego domu trafiła Czika i była spełnieniem moich marzeń. Naprawdę czekałam na psa 11 lat, bo o ile dać wiarę opowieściom rodziców, to jako berbeć wyskakiwałam z wózka za każdym psem i trzeba było mnie przypominać szelkami mocno, a i tak się wyrywałam, bo idzie „hau, hau”. Prawie każda zabawka, jaką dostawałam, była psem, czy to plastikowym, czy pluszowym. Później zaczęłam dostawać książki o psach, lub kupować takowe za pierwsze kieszonkowe. Moją biblią była ta oto książka:

Nie mam pod ręką, żeby zrobić zdjęcie, więc pożyczam z: http://olx.pl/oferta/ksiazka-rasy-psow-CID751-IDIGOL.html

Wertowałam ją w kółko i dość szybko nauczyłam się wszystkich ras, które tam były opisane, choć dziś wiem, że od tamtej pory pojawiło się sporo nowych, jak i nie wszystkie były w niej ujęte, więc mam braki do nadrobienia. Miałam też takie pierwsze książki o tym, co to jest pies i jak się zabrać do jego wychowania. Ostatnio w społeczeństwie szerzy się świadomość, że „pies nie jest dla dziecka” i dziecko nie powinno zbyt wcześnie samo zajmować się psem. Byłabym trochę hipokrytką, gdybym się całkiem pod tym podpisała, gdyż w wieku 11 lat jednak nadal byłam dzieckiem i wybłagałam zgodę mamy (bo ojciec nie zgadzał się przez to, że mama się nie zgadzała, a sam psy już miał i lubił). Ale jak mówię, na moje usprawiedliwienie mam to, że ja naprawdę cierpiałam, nie mając psa i na osiedlu wszyscy mnie znali i mówili mojej mamie, że czas sprawić mi psa, bo „taka mądra ta pani córka, tyle wie o psach, że sobie poradzi”. Nie ściemniam, kiedy mówię, że to ja podpowiadałam rodzicom, co i jak robić z Cziką od pierwszego dnia, gdy się pojawiła. Oczywiście, byli dużym wsparciem (bo samemu ogarnąć szczeniaka, nie jest łatwo!), ale jednak ja byłam właścicielem i tym, kto z Cziką w jakiś sposób pracował. Pewnie były i są dzieci podobne do mnie, może nawet młodsze, którą znają się na rzeczy, ale to trzeba już poznać indywidualny przypadek… Bo tak ogólnie, nadal pokutuje „pies-zachcianka”, „pies dla dziecka” i „pies-prezent”, które gdy dobrze pójdzie zostają z rodzicami, kiedy dziecko ma je gdzieś, ale gdy pójdzie źle, są krzywdzone i wyrzucane. Ale o tym kiedy indziej.

Nie mam pojęcia, jak udało mi się wychować Czikę na tak wspaniałego psa, mimo bycia szczeniakiem samemu tak naprawdę. Myślę, że to trochę wypadkowa mojego instynktu i jej wyjątkowej mądrości, no i może tego, że jako suczka była trochę bardziej uległa. Przez przeszło 13 lat pogląd na psy, na ich wychowywanie i zachowania zmienił się znacznie. Pojawiło się mnóstwo publikacji, szkół, rozwinął się internet, media społecznościowe, pojawiły się nowe teorie i badania naukowe. Dziś wiem, że nie wszystko było idealne, co robiłam z Cziką, nie wszystko zauważałam, a moja wiedza może była wystarczająca do jakiegoś w miarę bezpiecznego wychowania psa, ale na pewno nie była duża i specjalistyczna.

Dziś, kiedy mam drugiego psa, tak jeszcze młodego, kiedy przeczytałam jeszcze więcej, kiedy w każdej chwili mogę znaleźć nowe informacje w internecie i wymienić doświadczenia z innymi posiadaczami psów, mam jeszcze większą ochotę pogłębiać swoją wiedzę. Tym bardziej, że przez parę lat miałam przestój (bo Czika była i jest w porządku i była też coraz starsza, więc nie było potrzeby kombinowania z takimi, czy innymi ćwiczeniami).

Myślę, że praca z psami dzisiaj to taka swego rodzaju misja. Trzeba jeszcze wiele zrobić, by i nam, i im żyło się lepiej. Trzeba dużo świadomości społecznej o problemach, o zachowaniach psów i o tym, że można krzywdzić je też w zupełnie „niewinny” sposób, a nie tylko, gdy są wyrzucane z pędzących aut. I też dla własnej satysfakcji chciałabym mieć pewność, że wiem „jak działa jamniczek” i jak pomóc tym, którzy tego nie wiedzą. I sobie, gdy Len postawi wiele z elementów mojego doświadczenia z psami pod znakiem zapytania (co z resztą czyni często).

Co z tego będzie, czy zostanę behawiorystą w przyszłości, czy w tej bliższej właśnie instruktorem szkolenia, czas pokaże. Może uda mi się dzięki zdobytej wiedzy dobrze wychować Lena, sprawić by był najszczęśliwszym psem na świecie, może pomogę też innym psom i ich właścicielom. Wiem, że byłoby wspaniale i wiem, że czeka mnie sporo pracy i wytrwałości. Także Drodzy Odwiedzający mojego bloga, dziękuję Wam, że tu bywacie i jeśli możecie, trzymajcie kciuki za mnie i Lena, bo czeka nas w najbliższych miesiącach wiele nowych wyzwań 🙂 Pewnie będę o nich na bieżąco pisać i dzielić się wszelkimi przemyśleniami.

A sam Len ma się całkiem dobrze, choć ostatnie dni są dla niego dość trudne i pewnie przez jakiś czas jeszcze będą, gdyż zaczął wymieniać zęby. Ma już na pewno 4 nowe, dwa na górze i dwa na dole, wydaje mi się, że jest jeszcze 5 nowy z boku szczęki, ale nie mam pewności. Zaczął się już lenić (he he) i pewnie niedługo jego dziecięcy puszek pozostanie tylko wspomnieniem 😀 Staram się urozmaicać mu trochę dietę, między innymi galaretką/wywarem z kurzych łapek, żeby miał budulec dla stawów i kości, dodaję czasem trochę ryżu lub makaronu. Ostatnio zdobyłam także duże wołowe serce, które oczywiście bardzo mu posmakowało. Uczę go także samokontroli – na razie poprzez pozostawianie na podłodze rzeczy (smakołyków, mięsa itp.), których nie wolno mu ruszyć, dopóki nie dostanie pozwolenia. W przypadku podawania jedzenia również muszę z nim to jeszcze poćwiczyć, gdyż dostaje szaleju, jak niosę miskę, a to jednak nie jest pożądane zachowanie. I tak sobie lecą dni, codziennie poznajemy się lepiej i uczymy czegoś nowego. Niedługo Len skończy 4 miesiące, tak ten czas leci! 😀

nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata :D
nie ma to jak pstryknąć zdjęcie w dobrym momencie i wyszedł pies -Azjata 😀
coraz większy wilk!
coraz większy wilk!
pasuje do kafelków :D
pasuje do kafelków 😀

O kulturze mowa… a tu pies!

Piątek nie zapowiadał się ciekawie. To jeden z tych, kiedy człowiek nie ma się gdzie podziać, bo każdy ma już plan, a my przespaliśmy listę obecności.

Jeśli chodzi o Lena, to dziś w końcu doczekał się pełnego kompletu szczepień. W gabinecie pojadł sobie ciasteczek, więc szczepionki przeciw wściekliźnie wcale nie poczuł. Starał się wetknąć swój ciekawski pysk wszędzie, ale na szczęście nie miał zbyt dużego  pola do popisu, bo był w innym gabinecie… w tym, co ostatnio cały czas grzebał w paczkach z karmą, zdjął z półki nawet jakiś przyrząd do usuwania kleszczy…

Ponadto dziś na spacerze w parku spotkaliśmy 3-miesięczną suczkę Cane Corso. Calutka czarna o bardzo grubych łapach, była całkiem chętna do zabawy… ale Len szczekał na nią i uciekał i chwilę to trwało, zanim złapał rytm zabawy… a jak już złapał, to lada moment, nim zdążyłam go odwołać… wskoczył sobie do parkowego zalewu i nie mógł się wygrzebać, więc trzeba było go wyciągać… i biec do domu myć i suszyć. Na szczęście nie umoczył się cały…

… a wracając do mojego piątku pozbawionego fajerwerków,  to okazał się najlepszym piątkiem ostatnich wielu tygodni. Zaczęłam przeglądać koncerty, jakie oferuje Rotunda, bo robię to raz na jakiś czas… i okazało się, że dziś o 20  jest koncert zespołu Cisza Jak Ta. W związku z tym, iż cierpię na bieszczadoholizm, a także słabość do piosenki turystycznej i poetyckiej… prędzej podjęłam decyzję o tym, że idę,  niż do mnie dotarło, że ją podjęłam. Na szczęście okazało się, że jest szansa dostać bilet, więc zostawiając Lena z żalem (bardzo zmęczonego emocjami po wizycie u weterynarza), pognałam co sił.
Zespół Cisza Jak Ta mogłabym zachwalać do jutra, ale pewnie byłabym nieobiektywna… a kto lubi, ten lubi i wie, co jest grane… ale że jeszcze będzie szczekane, to się nie spodziewałam! Siedzimy, klaszczemy na bis… a tu zza kurtyny wyskoczył piękny, młody Golden! Ja no to już prawie owacje na stojąco, psiak zaraz znowu znikł… pojawił się z zespołem i został na kilka jeszcze piosenek… twarz mi prawie pękła na pół,  tak się uśmiechałam i cieszyłam z tego, co widzę!  Okazało się, że pies zespołu ma na imię Dżuno (o ile nic nie przekręcam) i ma 3 lata… i przez wszystkie 3 jeździ w trasy koncertowe z nimi. Cudowny to był wieczór, bo nie dość, że sztuka, kultura… to i pies! I to taki sympatyczny, że ah… Za niedługo opowiem Wam o jeszcze jednym sympatycznym spotkaniu z psem tam, gdzie się go nie spodziewałam…

A tymczasem mogę tylko cieszyć się z tego, że są ludzie, którzy stawiają obecność i towarzystwo psów tak wysoko… a jak wspominałam wcześniej, mam zamiar krzewić taką postawę i wspierać wszystkie jej przejawy! 🙂

A muzykę i koncerty Ciszy gorąco polecam wszystkim o podobnej mentalności 🙂

Len umoczony do połowy, brudny... i znów nie
Len umoczony do połowy, brudny… i znów nie mający ochoty iść do domu
Niestety patyki zaczęły być spacerowym daniem nr 1...
Niestety patyki zaczęły być spacerowym daniem nr 1…
Wspaniały Dżuno z zespołem na scenie <3
Wspaniały Dżuno z zespołem na scenie
I ponownie... piękny widok,a pies bardzo entuzjastyczny! :D
I ponownie… piękny widok,a pies bardzo entuzjastyczny! 😀 (za jakość zdjęć przepraszam, ale to telefonem)

Najlepszy przyjaciel kucharza

Dziś troszkę „z innej beczki”, gdyż jakiś czas temu wpadłam na trop turnspit dogs i swego czasu napisałam na ten temat krótki artykuł, którym chętnie się podzielę (myślę, że w związku z moim wykształceniem – jestem kulturoznawcą – będą się tu pojawiać takie „psie smaczki” :o). Tytuł dla każdego posiadacza psa ma jedno skojarzenie – „pies-odkurzacz” w kuchni… zbierze z podłogi wszystko, a niekiedy zwędzi i ze stołu… Zupełnie jak tu 😀 Zainteresowanych zapraszam do lektury poniżej:

Mówi się, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Udomowiony tysiące lat temu brat wilka, służył ludziom na wielu polach. Do dziś wykorzystywany w myślistwie, pasterstwie, czy ratownictwie, swego czasu pełnił zupełnie inne role. W minionych wiekach, choć dziś nikt by się nie spodziewał, pies bardzo często pomagał w kuchni.

Szczególnie na Wyspach Brytyjskich wykorzystywanie psa w kuchni było procederem całkiem powszechnym. W czasach, gdy podstawą żywienia były mięsa z rusztu, a ich odpowiednie przyrządzenie wymagało obracania rożnem, pojawili się mali pomocnicy kucharza. Początkowo zajmowała się tym osoba, która w kuchni miała najniższy status, najczęściej jakiś chłopiec. Praca była żmudna, a pilnowanie mięsa i obracanie go, często prowadziło do poparzeń dłoni. W XVI wieku jednak nastąpiła zmiana i pojawił się turnspit dog. Nazwy tej ciężko doszukać się w literaturze polskiej, dlatego też nie ma żadnego oficjalnego tłumaczenia. Można pokusić się o „pies obracający rożen”, a może „pies rożnoobracacz”, co brzmi niestety groteskowo. Na potrzeby niniejszego artykułu pozostanę przy nazwie angielskiej.

Praca tegoż psa polegała na obracaniu mięsa nad ogniem w sposób podobny, jak czynią to chomiki, przebierając łapami wewnątrz koła, napędzającego rożen, który znajdował się nad ogniem. Turnspit dog był swego czasu odrębną rasą, która w miarę upływu czasu zanikła. Był to pies niewielkich rozmiarów, o tułowiu dość długim, lecz krótkich, nieco krzywych, przednich łapach. Dopuszczalne umaszczenie mogło być szare, białe, także rudobrązowe, czy nawet czarne. Niektórzy łączą tę rasę z istniejąca współcześnie Welsh corgi.

Koło, w którym pracowały psy znajdowało się w oddaleniu od paleniska, by zwierzęciu nie było za gorąco i aby nie zasłabło ono w trakcie pracy. Jeszcze w połowie XVIII wieku turnspit dogs  były niezwykle popularne, by w wieku XIX stopniowo na tej popularności tracić, wraz z końcem ery wiktoriańskiej, skończyła się kariera psich pomocników kucharza. Podobno królowa Wiktoria miała w zwyczaju, aby przygarniać emerytowane psy, które niegdyś siłą łap pomagały przyrządzać aromatyczne mięsa na brytyjskie stoły.

Kolejnym „wynalazkiem” ery wiktoriańskiej był pies, który pomagał ubijać masło. Tym razem pracował on przy maselnicy, czyli po prostu ubijał masło. Same maselnice nie były zbyt popularne aż do XVIII wieku, później stopniowo zaczęto korzystać z pomocy psów. Podobnie jak przy rożnie, pies napędzał mechanizm kołowy, by wspomóc ubijanie masła. Niestety w tym przypadku nie powstała osobna rasa psów, więc pomocnikami w kuchni były zapewne wszystkie psy na tyle zdyscyplinowane, by móc przez wiele godzin pracować przy ubijaniu masła.

Urządzenia te zastąpiły ich unowocześnione formy, najczęściej napędzane przez prąd elektryczny, a nie siłę mięśni czworonogów. Nie zmienia to jednak faktu, iż pies był swego czasu nie tylko najlepszym przyjacielem człowieka, strażnikiem obejścia, czy maskotką, a również ważną pomocą w kuchni. I jak na pracującego przystało, mógł później odejść na emeryturę i jeśli miał dużo szczęścia, dożyć swych dni na dworze królowej Wiktorii.

Źródła:

Kristine Hughes – The Writer’s Guide to Everyday Life in Regency and Victorian England from 1811-1901

Jan Bondenson – Amazing Dogs: A Cabinet of Canine Curiosities

obrazek: http://www.todayifoundout.com/wp-content/uploads/2015/02/Turnspit_Dog.jpg

A Lenowi ani w głowie takie prace… On jest po prostu strażnikiem lodówki 😀

strażnik lodówki