Szara codzienność… z psem nigdy nie jest szara

Czas sobie leci, jak zawsze, po swojemu… za kilka dni miną 2 miesiące, odkąd Len jest ze mną, a on sam w niedzielę skończy 16 tygodni życia. Kiedy tak na niego patrzę, jak rośnie, jak się zmienia… to w życiu bym nie powiedziała, że to są 2 miesiące. Mam wrażenie, że jest tu od zawsze! To dość zabawne, jak człowiek jest w stanie szybko przyzwyczaić się, że jego życie wygląda właśnie tak… że dni są podzielone na czas od spaceru do spaceru, że spory procent dobry spędza się na zabawie i innej komunikacji z psem, że wszędzie unosi się zapach rodem ze sklepu zoologicznego, że na ubraniach ma się sierść (na razie niewiele, ale wiadomo, jak będzie :D), że trzeba dać jeść, że znaczna część tematów naszych rozmów sprowadza się do psa… I masę innych przyjemności (jak wstawanie o 3 w nocy, bo pies ma problemy z jelitami, ahaha).

Przy kontakcie z każdym nowym psem, zdumiewa mnie to, jak bardzo różnią się one od siebie. Jak każdy ma swój charakter, upodobania, mowę ciała, cały osobisty „słownik”, za pomocą którego się porozumiewa… Kiedy tak patrzę na Lena i to jak z każdym dniem robi się coraz „mądrzejszy” (mam na myśli raczej możność skupienia uwagi), to aż mi się wierzyć nie chce… Bo to nie jest tak (myślę, że wielu się ze mną zgodzi), że przynosimy sobie szczeniaka i czas start: sielanka. Wszystko jest wesolutkie, bez nerwów, bez stresu, w pastelowych barwach jaśnieje nam wspólny czas… Niestety pierwsze tygodnie ze szczeniakiem (nie każdym oczywiście, ale często) to nierzadko udręka i frustracja, brak wspólnego języka, zawiedzione oczekiwania i nadzieje, przeplatane tylko tymi chwilami wytchnienia, kiedy „słodko śpi”, albo „tak ładnie bawi się piłeczką”. I oczywiście „uf, nie sikał już od pół godziny, mogę odpocząć i odłożyć mopa”.

Oczywiście mówię trochę z przymrużeniem oka, bo nie mam zamiaru udowadniać, że szczeniaki to jakieś potwory, a zanim się człowiek doczeka, aż się z tego zrobi pies, to mu żyłka pęknie tysiąc razy… 😀 Ale jakieś ziarnko prawdy w tym jest. Choć nadal podtrzymuję, że Czika była zupełnie innym psim dzieckiem, pewnie dlatego, że suczka i o zupełnie innym charakterze niż Len. Wracając więc do tego, że mi się wierzyć nie chce, to faktycznie momentami tak jest. W przeciągu tych dwóch miesięcy Len stał się już niemalże młodzieńcem z mocniej zarysowanym charakterem, który uważa, że świat należy do niego, ale jednocześnie skłonny jest do negocjacji 😀

  • kiedy patrzę na niego i/lub mówię coś, czegoś zabraniam, na coś pozwalam… Udaje nam się nawiązać dialog.
  • rzadziej gryzie mnie lub drapie, robi to już z resztą zupełnie inaczej, niż na początku (chyba trochę poznał własne szczęki).
  • nie gryzie pod kolanami, ani nie łapie za stopy, co było nagminne.
  • pozwala mi wyjąć jedzenie z lodówki, przygotować coś i zjeść w spokoju (a wcześniej zachowywał się trochę jak opętany w tej kwestii i rzucał na lodówkę/stół).
  • dłużej wytrzymuje z fizjologią i są już takie momenty, jakby faktycznie starał się mnie świadomie wyciągnąć na dwór, żeby załatwić swoje potrzeby.
  • kiedy zostaje sam w domu nadal (odpukać!) jest grzeczny i jak na razie niczego nie zniszczył… no dobra, raz zdjął z półki książkę i zjadł trochę, resztę potargał… [ale na szczęście nie była to jakaś bardzo ważna książka :D].
  • puszczony luzem przybiega na wołanie [albo moje odbiegnięcie w przeciwną stronę, ale cii], pilnuje się i całkiem ładnie chodzi
  • lubi wykonywać różne polecenia (choć na razie najczęściej za smakołyki) i jego wzrok wtedy jest bezcenny… widać tę krew owczarka, który chce się wykazać i aż mu oczy płoną 😀
  • coraz ładniej jeździ komunikacją miejską, cierpliwość mu się poprawia.

Oczywiście jest jeszcze mnóóóstwo pracy przed nami, żeby nasze porozumienie naprawdę było bez granic, żebym nie musiała się martwić o jego bezpieczeństwo, żebyśmy sobie nawzajem ufali. Nie zmienia to jednak faktu, że cieszę się, kiedy widzę te wszystkie zmiany na lepsze i nie biega za mną po domu złośliwy chochlik, tylko całkiem pewny siebie pies, który czeka na dalsze poznawanie świata.

Przyznam jednak szczerze, że jest jeszcze jedna rzecz, która się zmieniła… robi się cholernie ciężki!!! Już prawie nie mam siły go nosić, ale dla dobra jego stawów poświęcę jeszcze przez jakiś czas swój kręgosłup… Ahaha.

Życie bez psa jest bardzo puste i nie chciałabym musieć wracać do tego stanu, bo chociaż bywają te trudniejsze momenty, to radość z obecności syna wilka w naszym życiu jest nieporównywalna do niczego innego… I choć nad Krakowem wisi przeraźliwy smog i ledwo jest czym oddychać, choć dookoła rozpościera się ponura mgła, choć poranki i wieczory są już bardzo zimne, to kiedy człowiek się budzi, ogląda za siebie, spogląda w bok i widzi gdzieś w pobliżu bystre oczy i mokry nos… to łatwiej się żyje. Kto nie wierzy, niech sprawdzi!

Wcale nie pozwalam mu spać w łóżku, ale czasem nim zdążę go wygonić... to już się rozgości i nie jest łatwo :D
Wcale nie pozwalam mu spać w łóżku, ale czasem nim zdążę go wygonić… to już się rozgości i nie jest łatwo 😀
Zawsze, kiedy niesie patyk, idzie z taką dumą przed siebie, jakby to była najlepsza zdobycz świata :D
Zawsze, kiedy niesie patyk, idzie z taką dumą przed siebie, jakby to była najlepsza zdobycz świata 😀
Wydaje się taki malutki... ale jest już naprawdę spory, rośnie chyba non stop :D
Wydaje się taki malutki… ale jest już naprawdę spory, rośnie chyba non stop 😀
Reklamy

Pokusa Premium Plus – czy Len się skusił?

Pewnie wiele osób, które tu trafią, zna już Pokusę Premium Plus. Ja sama trafiłam na nią, przeglądając jakieś pieskie blogi i nie będę owijać w bawełnę – urzekła mnie opakowaniem. Niby się nie ocenia książki po okładce (co ja nagminnie czynię), ale jednak uważam, że opakowanie to ogromna zaleta Pokusy. Lubię, kiedy rzeczy są ładne i uważam, że nie jest to wadą, a jedynie zaletą nawet takich produktów, jak karma dla zwierząt.

takie trochę vintage

Oczywiście nie podałabym Lenowi niczego tylko ze względu na ładne opakowanie. Na Pokusę zdecydowałam się, bo nie natknęłam się na ani jedną złą opinię. Wszyscy zachwalali praktyczne zastosowanie, naturalne składniki i zadowolenie swoich psiaków. Stwierdziłam, że muszę to sprawdzić i dzisiaj przeprowadziliśmy z Lenem próbę generalną.

O ile nie pomyliłam się obliczeniach (wspominałam już, że w matmie nie jestem dobra), to na mojego psa przypadały dwie saszetki Pokusy 20g. Jeśli chodzi o skład i inne opowieści, to odsyłam do strony producenta -> klik. Muszę przyznać, iż gdy po rozcieńczeniu Pokusowego proszku z wodą, zobaczyłam, że ma kolor koktajlu truskawkowego, byłam szczerze zdziwiona… Uznałam jednak, że widocznie tak ma być i po rozmieszaniu pokarmu, podałam go Lenowi.

Nie wiem, czy wspominałam, ale jest on okropnym obżarciuchem i rzuca się na jedzenie, jakby był bezdomny od urodzenia i nie widział żarcia od tygodnia… Pokusa jednak okazała się tutaj strzałem w dziesiątkę, bo taką papkę jadł sobie powoli i wydawać by się mogło, że nawet w skupieniu. Jestem pewna, że mu smakowało i w sumie nie widzę przeciwwskazań do tego, by czasem podać mu tego typu pokarm (na ogół je surowe mięso lub suchą karmę Dog Club), szczególnie na wyjazdy faktycznie jest to niezła alternatywa i nie waży dużo, co wszyscy podawali jako zaletę i ja też się pod tym podpisuję.

Na korzyść Pokusy działa też to, że obsługa jest miła, mają bardzo dobrze zrobioną stronę internetową (i ładną!), a produkty dostosowane są do wielkości, wieku i aktywności zwierząt. I organizują fajne konkursy 🙂

Brudny pysk, ale zadowolenie jest :D
Brudny pysk, ale zadowolenie jest 😀

Ciężka praca czy zabawa?

„…tak naprawdę układanie psów jest proste, prawdziwą drogą przez mękę jest szkolenie przyszłych właścicieli.” *

Zgadzam się z powyższym cytatem i uważam, że zdecydowanie nie każdy powinien mieć psa, albo inaczej… każdy przed jego przyjęciem pod swój dach powinien przejść minimalne szkolenie, włożyć odrobinę wysiłku w to, by chociaż poczytać trochę o szkoleniu psów. Albo o o tym, co to w ogóle jest pies.

Niestety zadanie to przerasta wiele osób i później słyszy się narzekania, jaki to mój pies niegrzeczny, a jak ja pani nie życzę, żeby wyrósł na wzór owczarka niemieckiego, bo to się nic nie da z takim psem już zrobić, albo się widzi te niewychowane psy, które całkiem weszły na głowę właścicielom. Sama nie jestem mistrzem w dziedzinie tresury i muszę sporo nadrobić, ale podjęłam to wyzwanie i jestem bardzo ciekawa wszystkiego, co stanie się po drodze.

Aby poradzić sobie z wychowaniem psa, a także podtrzymywaniem dobrych nawyków w wieku późniejszym, niezbędne są 3 elementy:

  • obserwacja
  • wyczucie
  • cierpliwość

To taka podstawa, dzięki której możemy cokolwiek zacząć próbować robić z psem. Każdy pies jest inny i każdy wymaga nieco innego podejścia. Do tych trzech elementów należy dodać przede wszystkim: pochwały oraz odpowiednie intonowanie komend. Warto nagradzać każde zachowanie, na utrwaleniu którego nam zależy. Psy wtedy bardzo szybko uczą się, co warto robić, a czego lepiej unikać (najszybciej widać to przy nagradzaniu załatwiania potrzeb na dworze). Intonacja z kolei jest bardzo ważna dla przekazywania emocji, gdyż psy bardzo dobrze je odczytują. Ale będą mogły je odczytać i zrozumieć, jeśli my sami dobrze je przekażemy. Dlatego mówienie łagodnym tonem, głosem nieco wyższym jest dla psów pozytywnym sygnałem. Natomiast głos niższy, przedłużone wymawianie głosek niosą inne sygnały, raczej powstrzymujące. Każdy kto choć trochę przyglądał się psom, wie doskonale, że ważniejsze jest jak mówimy, a nie to, co mówimy. Na przykładzie dwóch psów, jakie mam, wiem, że zdecydowanie najlepszą metodą jest chwalenie dobrych zachowań i poprzez to eliminowanie tych niepożądanych. Każdy pies potrzebuje mniej lub więcej czasu na przyswojenie tego, czego się od niego oczekuje. Len ma 2 miesiące, ale już teraz widać, że ma duży potencjał do nauki. W tej chwili bardzo dobrze wychodzi mu aportowanie piłki (nie wiem, czy już wcześniej się tego uczył, ale odkąd pierwszy raz mu ją rzuciłam, od razu przynosi) i puszczanie jej na rozkaz „puść!”, nieźle idzie mu również siadanie (szczególnie, gdy widzi przed sobą nagrodę :D). Widać po nim także, że ma „charakterek” i kompletnie nie chce dać za wygraną, jeśli umyśli sobie, że po raz setny będzie gryzł moje stopy (ewentualnie wyższe partie nóg, skoro stopy są ciągle zabraniane) lub ręce (które nadal wyglądają, jakbym się cięła :D). Nadal lubi dobierać się do kabli, a także po przeszło tygodniu wymyślił, jak skuteczniej dostawać się na łóżko i wczoraj wieczorem zdejmowałam go stamtąd jakieś 5 razy.

W wypadku szczenięcego gryzienia porad jest kilka:

  • krzyknąć/pisnąć (koniecznie wysokim głosem) i zabrać rękę/nogę
  • natychmiastowo przerwać zabawę, wstać i skrzyżować ręce
  • można natychmiastowo wyjść na czas do 60 sekund z pokoju i dać szczeniakowi czas na przemyślenia
  • całkiem przerwać zabawę i wrócić do niej dużo później
  • przytrzymanie mocniej jednej wargi
  • całkowite ignorowanie i zastygnięcie w bezruchu
  • zaproponowanie w zamian zabawki (gorzej, jak nie ma się jej pod ręką)

Z czystym sumieniem muszę wyznać, iż na Lena nie działa żadna z tych opcji. No dobrze, żadna poza ostatnią, co jest na ogół jedyną deską ratunku. Czasem, kiedy w trakcie jego całkowitego rozbrykania, kiedy już naprawdę przesadza, wypraszam go na chwilę z pokoju, wraca spokojniejszy. Oczywiście nie na długo i faktycznie czynne zajęcie go, czy to szarpakiem, czy piłką jest dość pomocne… Ale niech mi się tylko zachce wyjść po herbatę do kuchni, a Len akurat ma wielką fazę na gryzienie… przez całą drogę jestem szczypana i gryziona w nogi. Czasem czuję się naprawdę bezsilna, ale powtarzam sobie, że cierpliwość i konsekwencja jest kluczem do sukcesu. Przynajmniej w kwestii psów. I wiadomo, z wiekiem pewne zachowania znikają, każdy kiedyś dojrzewa 😀 Grunt, żeby do tego czasu nie utrwalić niepożądanych zachowań jak np. żebranie przy stole (jakieś trzy dni temu Len wpadł na ten pomysł i stara się go kontynuować), spanie w łóżku, gryzienie wszystkich i wszystkiego, ciągnięcie na smyczy… I długo by wymieniać.

Reasumując, uważam, że mimo wszystko wychowywanie psa jest dobrą zabawą, gdyż codziennie można obserwować efekty swojej pracy, a także rosnące porozumienie ze zwierzakiem. Przyznaję jednak, że początki są trudne i wymagają sporego zaangażowania, zarówno intelektualnego, jak i fizycznego.

Len zaplątany w torbę z Ikei... chwila spokoju :D
Len zaplątany w torbę z Ikei… chwila spokoju 😀

* Stanley Coren Tajemnice psiego umysłu

Weterynarz – wróg numer jeden

Miałam kiedyś takie marzenia… Że będę mieć psa, dla którego weterynarz nie będzie traumatycznym przeżyciem, nie będzie się bał, nie będzie uciekał, ani zawracał z drogi po paru metrach w tamtym kierunku… Miałam marzenia i nawet miałam nadzieję, że się spełnią. Że z Lenem się uda.

Dziś byliśmy na szczepieniu na choroby wirusowe, od których zaczyna się szczepienia psów. Była to już powtórna seria, znalazłam nawet gabinet i lekarza z samymi dobrymi opiniami, o dziwo blisko miejsca, w którym mieszkam… Weszliśmy do gabinetu i się zaczęło. Po 2 minutach Len zaczął histeryzować i złościć się, gdyż pan doktor nie miał łagodnej ręki do zwierząt. Był młody i chyba na tyle niedoświadczony, że zaprosił koleżankę na wstrzyknięcie szczepionki. Ogólnie wymacał mojego psa na wszystkie strony, że niby badał. Niestety dobrego podejścia do zwierząt u tegoż pana nie widziałam. Podobało mu się, że owczarek szwajcarski, że fajny, ale z resztą było kiepsko… Mam wysokie wymagania co do weterynarzy i ten niestety ich nie spełnił. W ogóle sama się wkopałam, idąc do lecznicy „zbiorowej”, gdzie faktycznie jedna pani weterynarz jest niby wspaniała, a reszta to zbiór przypadkowych ludzi… i nigdy nie wiesz, na kogo trafisz. Bardzo nie lubię takich lecznic, bo wolę wiedzieć, do kogo idę z psem i mieć jakieś podstawy do zaufania.

Później Len dużo spał i był trochę markotny, bo miał dzień pełen wrażeń, niekoniecznie pozytywnych… Ale na wieczór się ożywił i psocił jak zawsze… 😀

Len w nieco lepszym nastroju
Len w nieco lepszym nastroju

Chwila samotności

Dziś Len po raz pierwszy został sam w domu. Właściwie po raz drugi, bo wczoraj jeszcze wymknęłam się wyrzucić śmieci i gnałam, jakby mnie gonili, bo bałam się, że ciężko to zniesie. Na szczęście był bardzo grzeczny i cichy, jak wróciłam. Dziś za to został sam na około pół godziny, gdyż musiałam wyjść do sklepu. Między innymi po mięso dla niego, więc cel szczytny.

Śpiący lis
Śpiący lis

Wróciłam i okazało się, że w mieszkaniu cisza, a jak otworzyłam pokój, to pies wyszedł zaspany i spokojny. Oczywiście zaraz zaczął się cieszyć, dostał jeden z ulubionych smakołyków i zaraz poszedł na spacer. Tu kolejny sukces, gdyż załatwił zarówno „jedynkę”, jak i „dwójkę”, za co również został nagrodzony. Tak powoli, powoli zaczyna łapać, że lepiej załatwiać się na zewnątrz… ale jak nie ma ochoty na wyjście, to strasznie lamentuje i widać, że nienawidzi trawy 😀

Cały czas przypominam sobie, jak to było uczyć psa czystości, w końcu minęło 13 lat…

-> najlepiej wychodzić tak co 2 godziny

-> w trakcie zabawy

-> po spaniu

-> po posiłku

-> warto bacznie obserwować psa i gdy tylko zaczyna się kręcić w kółko, szukać czegoś nosem… trzeba prędko zabrać go na dwór

Nigdy nie stosowałam gazet, ani innych pomocy… jak się zdarzyło nieszczęście to trudno, ale za każdy „sukces” na trawie mnóstwo pochwał!

Len i tak sam po sobie posprząta...
Len i tak sam po sobie posprząta…

Wniosek na dziś: Mój pies grzeczniejszy jest, gdy jest sam, niż gdy jest ze mną 😀