Po prostu wyjedź w Bieszczady… z psem :P

„Tam, gdzie życie nikogo nie chłaszcze! 
Bo nie tylko w kinie są suspensy, 
Wiec, gdy na zmartwienia nie ma rady, 
Zamiast dzień stracony gonić, zamiast ronić łzy spod rzęsy – 
Po prostu wyjedźcie w Bieszczady!”

Jak śpiewał mistrz Młynarski, a także wielu innych… rzuciliśmy wszystko i wyjechaliśmy w Bieszczady. Na bardzo krótko, ale to nie ma znaczenia! Dla mnie każda minuta w tamtych stronach jest na wagę złota, jest to jedno z moich ukochanych miejsc i ulubione góry 🙂 Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Bieszczady, wiedziałam, że muszę kiedyś wrócić tam z psem. Jakiś czas później w moim życiu pojawił się Len, więc wiedziałam, że to z nim kiedyś odwiedzę te góry. Niestety udało się to dopiero po 2 latach jego życia… ale to nawet dobrze, bo oficjalny rozwój stawów zakończony raczej sukcesem, więc można bawić się w włóczykija 😀

Wyjechaliśmy 4-osobową ekipą + pies w sobotę rano i na miejscu byliśmy koło 12. Dzień zrobił się gorący i słoneczny, co wcale nie pomagało, bo marzyliśmy tylko o cieniu. Nie było jednak czasu do stracenia, więc po zameldowaniu w cudem znalezionym pokoju (obawiam się, że zbyt wiele osób wzięło sobie do serca memy „rzuć wszystko i jedź w Bieszczady” i pojechało… szukać Krupówek), ruszyliśmy na szlak. Jak pewnie większość osób wie, do Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie wejdziemy z psem (ale raz widziałam yorka, jak przekroczył wstęp do Parku-no comment), a moje pomstowanie na ten fakt… uciszyło tylko to, że zakaz taki powstał głównie ze względu na wilki i możliwość przyniesienia patogenów/zarazków szkodliwych dla nich (ale przypisów na to nie mam).

Niemniej jednak, BPN to nie jedyne ciekawe miejsce w Bieszczadach, więc bardzo łatwo skorzystamy z tej dzikiej krainy na szlakach poza granicami parku. We wrześniu 2014 roku byliśmy w Kalnicy, która to znajduje się niedaleko Wetliny i oferuje właśnie takie bardziej „dzikie” szlaki. W sam raz dla wędrowców z psem. Już w 2014 przekonaliśmy się, że to, iż szlak jest na mapie, a nawet jest tabliczka przy jego początku… nie oznacza, że jest on w jakikolwiek sposób uczęszczany… czy w ogóle istnieje 😀 Mając w pamięci tajemniczy, zanikający szlak, wybraliśmy tym razem inny, na drugim brzegu rzeki Wetlinki. Idąc asfaltową drogą przez wieś, usłyszeliśmy pisk opon i po chwili nadjeżdżający samochód, który minął nas raz w jedną, raz w drugą stronę. Za kilka- kilkanaście metrów przekonaliśmy się, skąd to ostre hamowanie. Na rozgrzanej jezdni dogorywał wąż, rozjechany i wykręcony, poruszał ledwo ogonem. Nieopodal leżało dużo jajek, które wypadły z jego brzucha. Nie wiedziałam, że węże mogą mieć aż tyle jajek, nie do wiary, że mają jeszcze miejsce na żołądek. Niestety ciężko było rozpoznać, czy to żmija zygzakowata (o ile dobrze pamiętam, pod ochroną), czy inny gatunek. Minęliśmy go szybko, aby pies się nie zainteresował (ktoś później uprzątnął drogę na szczęście na tyle, na ile się dało). O tym, że w Bieszczadach stosunkowo łatwo spotkać dzikie zwierzęta, a już na pewno żmije, wiedziałam… i była to moja jedyna obawa dotycząca połączenia tych gór z psem. Po minięciu węża-pechowca miałam się na baczności jeszcze pięć razy bardziej i obserwowałam pobocze i psa bardzo uważnie. Szczerze mówiąc, nie spotkałam nigdy w Bieszczadach innego gada niż martwego/dogorywającego, jednego małego węża zdejmowałam nawet z jezdni, był taki biedny 😦 ) Wracając do drogi… mapa okazała się bardzo nieadekwatna do rzeczywistości.. szlak był, owszem, ale czasy jego przejścia były średnio 1-1,5h inne, niż na drogowskazach 😀 Nic to, szliśmy dalej. I było cudnie, pięknie. Tylko za gorąco -_-‘

Celowaliśmy jednak w to, aby szlak przez większość czasu prowadził przez las, aby jak najwięcej było cienia. Chwilkę szliśmy również przy rzece, co dla Lena było spełnieniem wszelkich marzeń, zarówno ze względu na jego obsesję wody, jak i potrzebę ochłody. Udało nam się odnaleźć drogę i „wyjść na prostą” i całość wraz z powrotem do pokoju zajęła nam… ok 27 km (wyszliśmy ok 13 i wróciliśmy chyba jakoś 20-21) 😀 Dodajmy jeszcze do tego górskie warunki (choć wiadomo, że nie są to tak wymagające góry jak Tatry, czy jeszcze wyższe wzniesienia) i wysoką temperaturę… i można sobie wyobrazić, że każdy dosłownie padał na pysk 😀 Na tę wycieczkę zabraliśmy świeżo zakupioną Flexi Giant Professional 10m… i chylę czoła, bo sprawdziła się świetnie. Jestem zagorzałą (no dobra, po prostu mocną, bo ogólnie to jestem ignorantem :D) przeciwniczką smyczy typu flexi w mieście bez względu na rozmiar psa. Mało kto potrafi poprawnie używać tych smyczy, ale jeśli nie umie ich używać na łysym polu, czy nawet lesie, to jeszcze pół biedy… natomiast gdy nie umie ich używać w mieście, to już łatwo o katastrofę. Do tej pory w momentach, gdy w plenerze nie można było puścić psa, używaliśmy bardzo dobrej linki 10m. Jeśli jednak nie współpracujemy czynnie z psem i nie zajmujemy się linką (np. jak przy tropieniu), bywa ona troszkę nieporęczna i niepraktyczna… więc ciekawa byłam, czy taka smycz automatyczna sprawdzi się w warunkach trekkingowych/leśnych. I sprawdziła się 😀 Ale używać jej będę raczej tylko w takich wyjątkowych sytuacjach, bo najważniejsza jest kontrola nad psem i jego bezpieczeństwo, a o to czasem trochę trudniej zadbać przy takiej smyczy.

W niedzielę już nie było ani sił, ani czasu na szlaki (tym bardziej, że zapowiadali burze), więc wybraliśmy się do Ustrzyk Górnych na pyszny obiad (choć przedpołudniem :D) i nasycenie się widokiem połonin. Później zawitaliśmy do Łopienki, gdzie znajduje się stara cerkiew oraz miejsce po wsi (jak to często bywa w Bieszczadach). Ostatni raz byłam tam 5 lat temu, więc była to dość nostalgiczna droga i miłe odświeżenie wspomnień 😀 Jest tam taka lipa ze sporą dziurą, przez którą do środka może wejść nawet całkiem rosły, dorosły mężczyzna, a także sporo dzieci naraz 😀 Polecam, choć ja nigdy się nie odważyłam, gdyż należę do niezdarnych… i pewnie bym nie dała rady wyjść :’D

Kolejnym punktem wycieczki był browar Ursa Maior, który odwiedzamy od czasu jego istnienia (czyt. byliśmy drugi raz :D) i podobnie jak w ich knajpie na krakowskim Kaziemirzu, w browarze również psy są mile widziane… Więc Len pozwiedzał sobie sklep oraz salę degustacyjną… a był tak zmęczony, że po prostu się położył… a my jakieś 20 minut poświęciliśmy na obejrzenie pięknego filmu promującego idee przyświecające browarowi 🙂 Bardzo sympatyczne, klimatyczne miejsce… i pyszne piwa, każde niepowtarzalne!

I po tym miłym akcencie ruszyliśmy dalej, do Krakowa… Serce wyrywało mi się, by zawrócić, by nie wracać do rutyny i ciasnoty miasta… ale pozostaje tylko żyć tym, że kiedyś znów wrócę w moje ukochane miejsce, zielone Bieszczady. Znów z psem u boku 🙂

Polecam wszystkim gorąco, najlepiej ciut po, albo przed sezonem… choć we wrześniu trzeba liczyć się z deszczem 😀

DSC_0184

Reklamy