Weterynarz – wróg numer jeden

Miałam kiedyś takie marzenia… Że będę mieć psa, dla którego weterynarz nie będzie traumatycznym przeżyciem, nie będzie się bał, nie będzie uciekał, ani zawracał z drogi po paru metrach w tamtym kierunku… Miałam marzenia i nawet miałam nadzieję, że się spełnią. Że z Lenem się uda.

Dziś byliśmy na szczepieniu na choroby wirusowe, od których zaczyna się szczepienia psów. Była to już powtórna seria, znalazłam nawet gabinet i lekarza z samymi dobrymi opiniami, o dziwo blisko miejsca, w którym mieszkam… Weszliśmy do gabinetu i się zaczęło. Po 2 minutach Len zaczął histeryzować i złościć się, gdyż pan doktor nie miał łagodnej ręki do zwierząt. Był młody i chyba na tyle niedoświadczony, że zaprosił koleżankę na wstrzyknięcie szczepionki. Ogólnie wymacał mojego psa na wszystkie strony, że niby badał. Niestety dobrego podejścia do zwierząt u tegoż pana nie widziałam. Podobało mu się, że owczarek szwajcarski, że fajny, ale z resztą było kiepsko… Mam wysokie wymagania co do weterynarzy i ten niestety ich nie spełnił. W ogóle sama się wkopałam, idąc do lecznicy „zbiorowej”, gdzie faktycznie jedna pani weterynarz jest niby wspaniała, a reszta to zbiór przypadkowych ludzi… i nigdy nie wiesz, na kogo trafisz. Bardzo nie lubię takich lecznic, bo wolę wiedzieć, do kogo idę z psem i mieć jakieś podstawy do zaufania.

Później Len dużo spał i był trochę markotny, bo miał dzień pełen wrażeń, niekoniecznie pozytywnych… Ale na wieczór się ożywił i psocił jak zawsze… 😀

Len w nieco lepszym nastroju
Len w nieco lepszym nastroju
Reklamy