Po prostu wyjedź w Bieszczady… z psem :P

„Tam, gdzie życie nikogo nie chłaszcze! 
Bo nie tylko w kinie są suspensy, 
Wiec, gdy na zmartwienia nie ma rady, 
Zamiast dzień stracony gonić, zamiast ronić łzy spod rzęsy – 
Po prostu wyjedźcie w Bieszczady!”

Jak śpiewał mistrz Młynarski, a także wielu innych… rzuciliśmy wszystko i wyjechaliśmy w Bieszczady. Na bardzo krótko, ale to nie ma znaczenia! Dla mnie każda minuta w tamtych stronach jest na wagę złota, jest to jedno z moich ukochanych miejsc i ulubione góry 🙂 Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Bieszczady, wiedziałam, że muszę kiedyś wrócić tam z psem. Jakiś czas później w moim życiu pojawił się Len, więc wiedziałam, że to z nim kiedyś odwiedzę te góry. Niestety udało się to dopiero po 2 latach jego życia… ale to nawet dobrze, bo oficjalny rozwój stawów zakończony raczej sukcesem, więc można bawić się w włóczykija 😀

Wyjechaliśmy 4-osobową ekipą + pies w sobotę rano i na miejscu byliśmy koło 12. Dzień zrobił się gorący i słoneczny, co wcale nie pomagało, bo marzyliśmy tylko o cieniu. Nie było jednak czasu do stracenia, więc po zameldowaniu w cudem znalezionym pokoju (obawiam się, że zbyt wiele osób wzięło sobie do serca memy „rzuć wszystko i jedź w Bieszczady” i pojechało… szukać Krupówek), ruszyliśmy na szlak. Jak pewnie większość osób wie, do Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie wejdziemy z psem (ale raz widziałam yorka, jak przekroczył wstęp do Parku-no comment), a moje pomstowanie na ten fakt… uciszyło tylko to, że zakaz taki powstał głównie ze względu na wilki i możliwość przyniesienia patogenów/zarazków szkodliwych dla nich (ale przypisów na to nie mam).

Niemniej jednak, BPN to nie jedyne ciekawe miejsce w Bieszczadach, więc bardzo łatwo skorzystamy z tej dzikiej krainy na szlakach poza granicami parku. We wrześniu 2014 roku byliśmy w Kalnicy, która to znajduje się niedaleko Wetliny i oferuje właśnie takie bardziej „dzikie” szlaki. W sam raz dla wędrowców z psem. Już w 2014 przekonaliśmy się, że to, iż szlak jest na mapie, a nawet jest tabliczka przy jego początku… nie oznacza, że jest on w jakikolwiek sposób uczęszczany… czy w ogóle istnieje 😀 Mając w pamięci tajemniczy, zanikający szlak, wybraliśmy tym razem inny, na drugim brzegu rzeki Wetlinki. Idąc asfaltową drogą przez wieś, usłyszeliśmy pisk opon i po chwili nadjeżdżający samochód, który minął nas raz w jedną, raz w drugą stronę. Za kilka- kilkanaście metrów przekonaliśmy się, skąd to ostre hamowanie. Na rozgrzanej jezdni dogorywał wąż, rozjechany i wykręcony, poruszał ledwo ogonem. Nieopodal leżało dużo jajek, które wypadły z jego brzucha. Nie wiedziałam, że węże mogą mieć aż tyle jajek, nie do wiary, że mają jeszcze miejsce na żołądek. Niestety ciężko było rozpoznać, czy to żmija zygzakowata (o ile dobrze pamiętam, pod ochroną), czy inny gatunek. Minęliśmy go szybko, aby pies się nie zainteresował (ktoś później uprzątnął drogę na szczęście na tyle, na ile się dało). O tym, że w Bieszczadach stosunkowo łatwo spotkać dzikie zwierzęta, a już na pewno żmije, wiedziałam… i była to moja jedyna obawa dotycząca połączenia tych gór z psem. Po minięciu węża-pechowca miałam się na baczności jeszcze pięć razy bardziej i obserwowałam pobocze i psa bardzo uważnie. Szczerze mówiąc, nie spotkałam nigdy w Bieszczadach innego gada niż martwego/dogorywającego, jednego małego węża zdejmowałam nawet z jezdni, był taki biedny 😦 ) Wracając do drogi… mapa okazała się bardzo nieadekwatna do rzeczywistości.. szlak był, owszem, ale czasy jego przejścia były średnio 1-1,5h inne, niż na drogowskazach 😀 Nic to, szliśmy dalej. I było cudnie, pięknie. Tylko za gorąco -_-‘

Celowaliśmy jednak w to, aby szlak przez większość czasu prowadził przez las, aby jak najwięcej było cienia. Chwilkę szliśmy również przy rzece, co dla Lena było spełnieniem wszelkich marzeń, zarówno ze względu na jego obsesję wody, jak i potrzebę ochłody. Udało nam się odnaleźć drogę i „wyjść na prostą” i całość wraz z powrotem do pokoju zajęła nam… ok 27 km (wyszliśmy ok 13 i wróciliśmy chyba jakoś 20-21) 😀 Dodajmy jeszcze do tego górskie warunki (choć wiadomo, że nie są to tak wymagające góry jak Tatry, czy jeszcze wyższe wzniesienia) i wysoką temperaturę… i można sobie wyobrazić, że każdy dosłownie padał na pysk 😀 Na tę wycieczkę zabraliśmy świeżo zakupioną Flexi Giant Professional 10m… i chylę czoła, bo sprawdziła się świetnie. Jestem zagorzałą (no dobra, po prostu mocną, bo ogólnie to jestem ignorantem :D) przeciwniczką smyczy typu flexi w mieście bez względu na rozmiar psa. Mało kto potrafi poprawnie używać tych smyczy, ale jeśli nie umie ich używać na łysym polu, czy nawet lesie, to jeszcze pół biedy… natomiast gdy nie umie ich używać w mieście, to już łatwo o katastrofę. Do tej pory w momentach, gdy w plenerze nie można było puścić psa, używaliśmy bardzo dobrej linki 10m. Jeśli jednak nie współpracujemy czynnie z psem i nie zajmujemy się linką (np. jak przy tropieniu), bywa ona troszkę nieporęczna i niepraktyczna… więc ciekawa byłam, czy taka smycz automatyczna sprawdzi się w warunkach trekkingowych/leśnych. I sprawdziła się 😀 Ale używać jej będę raczej tylko w takich wyjątkowych sytuacjach, bo najważniejsza jest kontrola nad psem i jego bezpieczeństwo, a o to czasem trochę trudniej zadbać przy takiej smyczy.

W niedzielę już nie było ani sił, ani czasu na szlaki (tym bardziej, że zapowiadali burze), więc wybraliśmy się do Ustrzyk Górnych na pyszny obiad (choć przedpołudniem :D) i nasycenie się widokiem połonin. Później zawitaliśmy do Łopienki, gdzie znajduje się stara cerkiew oraz miejsce po wsi (jak to często bywa w Bieszczadach). Ostatni raz byłam tam 5 lat temu, więc była to dość nostalgiczna droga i miłe odświeżenie wspomnień 😀 Jest tam taka lipa ze sporą dziurą, przez którą do środka może wejść nawet całkiem rosły, dorosły mężczyzna, a także sporo dzieci naraz 😀 Polecam, choć ja nigdy się nie odważyłam, gdyż należę do niezdarnych… i pewnie bym nie dała rady wyjść :’D

Kolejnym punktem wycieczki był browar Ursa Maior, który odwiedzamy od czasu jego istnienia (czyt. byliśmy drugi raz :D) i podobnie jak w ich knajpie na krakowskim Kaziemirzu, w browarze również psy są mile widziane… Więc Len pozwiedzał sobie sklep oraz salę degustacyjną… a był tak zmęczony, że po prostu się położył… a my jakieś 20 minut poświęciliśmy na obejrzenie pięknego filmu promującego idee przyświecające browarowi 🙂 Bardzo sympatyczne, klimatyczne miejsce… i pyszne piwa, każde niepowtarzalne!

I po tym miłym akcencie ruszyliśmy dalej, do Krakowa… Serce wyrywało mi się, by zawrócić, by nie wracać do rutyny i ciasnoty miasta… ale pozostaje tylko żyć tym, że kiedyś znów wrócę w moje ukochane miejsce, zielone Bieszczady. Znów z psem u boku 🙂

Polecam wszystkim gorąco, najlepiej ciut po, albo przed sezonem… choć we wrześniu trzeba liczyć się z deszczem 😀

DSC_0184

Reklamy

Pierwsze urodziny Lena!

13738076_1047087058694528_2392929524591340537_o

W tym tygodniu, a dokładniej 19 lipca Len skończył rok. Cieszę się, że szczęśliwie doczekaliśmy tego dnia, mam nadzieję, że czeka nas jeszcze wiele lat, kiedy będziemy mogli wspólnie świętować ten dzień. Z tej okazji zabrałam Lena dzień wcześniej do psiego fryzjera, czyli groomera, aby po pierwsze zdobył kolejne życiowe doświadczenie, a po drugie był piękny i pachnący (bo po częstych kąpielach w przygodnych wodach i kiepsko schnącym podszerstku roztaczał już konkretny zapaszek :D). Wizytę zniósł dość poprawnie, choć co się nagadał, to jego… Na suszarkę szczekał z takim zapamiętaniem, jakby (nie przymierzając) zabiła mu rodzinę 😀 Wyczesywanie zniósł już trochę lepiej. Prawdziwym prezentem już stricte na urodziny była Paka Zwierzaka, gdyż wiele o niej słyszałam i postanowiłam choć raz spróbować, w końcu każdy lubi niespodzianki. No, prawie każdy i nie zawsze 😀 W każdym razie, Paka przyszła dziś (bo trochę za późno zamówiłam) i wraz z Lenem zabraliśmy się za jej przeglądanie.

Zabawne, bo w Pace był m.in. szampon, także za niedługo może powtórzymy kąpiel w domu… tylko naprawdę „ludzka” suszarka przegrywa z psami długowłosymi i ciężko je porządnie wysuszyć, a jednak jest to bardzo ważne, jeśli chcemy, aby kąpiel przyniosła jakikolwiek efekt poza lekkim odświeżeniem. W środku były też 3 produkty firmy O’Canis. Jeszcze 2-3 lata temu firma ta (przynajmniej na rynku polskim) miała bardzo ubogi (acz wysokiej jakości) asortyment, a od zeszłego roku widzę nagły wysyp ich produktów. Niestety wydaje mi się, że jakość przysmaków itd. znacznie spadła i ten marketingowy atak nie do końca się udał. Przynajmniej jeśli porównam sobie produkty sprzed 3-4 lat (którymi Czika się zajadała, stąd mój sentyment do O’Canis), z tymi, które teraz można dostać w różnych marketach, czy Rossmannie. Nawet opakowanie (obowiązkowo z Yorkiem :D) nie zachęca. Na szczęście w Pace znalazły się HOTDOG z jelenia (zawsze mnie bawiła ta nazwa :D), które pamiętam sprzed „rewolucji” i które niełatwo było dostać. Ponadto Len otrzymał dwie zabawki firmo Dingo, którą bardzo lubię, gdyż właśnie od nich mamy piłki na sznurku , za którymi Len szaleje. Już jakiś czas temu postanowiłam, że nie kupię Lenowi więcej zabawek, bo ma ich pokaźną ilość, no ale te są niespodzianką i są urodzinowe, więc co zrobić 😀 Dużą ciekawostką są Naturalne Ciasteczka Psismaki „Rybka w ziołach”, bo wydaje mi się, że nawet ciasteczka dla ludzi rzadko bywają tak naturalne i pachnące, jak te.. Lenowi całkiem smakują, choć zapach rozmarynu jest naprawdę mocny. W sumie, to nie wiedziałam, że psy mogą zioła i że nie jest to dla nich zapach nadto drażniący… Reasumując, prezenty całkiem fajne, choć spodziewałam się więcej nieznanych mi produktów (jak Psismaki), bądź jakichś praktycznych gadżetów… Ale Len jest zadowolony, więc ja też 😀

l

20160723_113558

20160723_113727

20160723_113825

20160723_113901

20160723_114020

Chciałabym jeszcze podsumować pierwszy rok życia Lena. Mój biały książę (ahaha) trafił do mnie dokładnie 9 września 2015 roku, przejechawszy przez prawie całą Polskę. Było to 10 miesięcy temu, a wydaje mi się, jakby wczoraj… Początki nie były łatwe, szybko popadłam w niechęć do szczeniaków i stwierdziłam, że nigdy więcej szczeniąt (chyba, że przy już dorosłym psie, od którego nauczą się podstaw :D). Z każdym dniem jednak, poznawaliśmy się z Lenem coraz bardziej i uczyliśmy się nowych rzeczy, które często nie owocowały od razu… ale z czasem doceniałam i doceniam wszystkie moje wysiłki. Jest wiele psów, które prowadzą jeszcze bardziej aktywny i ciekawszy tryb życia, niż Len, ale chciałabym podsumować, gdzie Len był przez swój pierwszy rok życia i co widział 😀

Oto lista życiowych doświadczeń i wyjazdów Lena (przynajmniej tych większych, które pamiętam):

12 września 2015 – Koncert Korcyki&Żukowska w Forcie 49 „Krzesławice”

20150912_223231

10 października 2015 – weekend w Laskowej

20151010_135115

Święta BN grudzień 2015  – Busko Zdrój

20151225_131711.jpg

30 grudnia 2015 – 3 stycznia 2016 – Sylwester w Kacwinie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

13 luty 2016 – Krzeszowice

[klik wpis]

14 luty 2016 – Dobczyce i Laskowa

[klik wpis]

23 – 24 kwietnia 2016 – Wrocław u Agaty i Marsela

DSC_1122

2 maja 2016 – Złoty Potok

[klik galeria]

14 maja 2016 – Dogtrekking w Smolnicy

20160514_115020

15 maja 2016 Źródło Jordana

25 maja 2016 – Pogoria III

[klik galeria]

28 maja 2016 – Zamek w Mosznej

[klik galeria]

15 czerwca 2016 – Pogoria IV

[klik galeria]

18 czerwca 2016 – Beskid Makowski

[klik galeria]

22 czerwca 2016 – Spotkanie BOSów na Bagrach

[klik galeria]

7-10 lipca 2016 – Folkowisko w Gorajcu

Odbyliśmy też wiele pomniejszych wyjazdów, czy to do rodziny w innych miastach, czy jakieś małe wycieczki jednodniowe. Bardzo się cieszę, że mogę z Lenem podróżować i spędzać czas w wielu przeróżnych momentach. W dużym stopniu dzięki niemu zapisałam się na kurs instruktora szkolenia psów, który udało nam się ukończyć i kto wie, może w przyszłości faktycznie uda mi się pracować z psami. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego! Oby kolejne lata były równie dobre, albo nawet lepsze!

 

Folkowisko i folkopsisko – festiwal folkowy w Gorajcu z psem

Po długiej przerwie wracamy z nowym wpisem. Okazja fantastyczna, bo w drugi weekend lipca wybraliśmy się na Folkowisko (7-10 lipca 2016). Nasza dobra koleżanka zaproponowała nam wyjazd niemal pod ukraińską granicę, aby przez 4 dni pobawić się przy dźwiękach folku wszelkiej maści i odpocząć od zgiełku miast. Pierwszą kwestią, o której pomyślałam, było „a czy można z psem?”. W związku z tym zaraz odezwałam się do organizatorów z tym pytaniem. Dowiedziałam się, że można, więc tym samym decyzja została podjęta. Jedziemy!
Dosłownie trzy dni wcześniej przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania, co było dla Lena niemałym stresem (o tym może następnym razem), a tu czekał go wyjazd pod namiot, spotkanie z setkami osób, koncerty i inne atrakcje. Ale jak to się w środowisku psiarzy powtarza „socjalizacja!” i ciągnie się psa w różne miejsca 😀
Wyjechaliśmy z Krakowa w czwartek 7 lipca przed południem, trasa zajęła nam jakieś 4-5h, wszystko poszło sprawnie i tak oto stanęliśmy przed Chutorem Gorajec. Jeszcze nie było tłumów, ale ludzie cały czas się zjeżdżali. Cała nasza trójka, właściwie czwórka wraz z Lenem, pojawiła się tam po raz pierwszy, więc wszystko było nowością. Szczerze mówiąc, sama spodziewałam się miejsca o wiele bardziej obszernego, rozległego pola namiotowego itd. Było jednak dość kameralnie, aczkolwiek okazało się to zaletą. Chcieliśmy co prawda oddalić się z naszym namiotem nieco od centrum pola, żeby pies miał więcej spokoju (ludzie dookoła też)… dzięki czemu wylądowaliśmy pod ogrodzeniem, na najbardziej wyboistej i niewygodnej ziemi (pozbawieni karimat)… brawo my 😀 Z resztą na drugi dzień i tak byliśmy praktycznie otoczeni namiotami, co okazało się nie stanowić większego problemu dla nikogo (chyba :D).

Chwilę po przyjeździe poszłam z Lenem na pobliską łąkę, aby porzucać mu jego ukochane piłki i aby po podróży „spuścił parę”, bo jak zawsze w związku z nim, spodziewałam się najgorszego.
Pierwszy wieczór zleciał nam jednak niezwykle przyjemnie, różni artyści umilali nam go muzyką, od razu poznaliśmy kilka osób (wiecie, degustacje nalewek i te sprawy :D), no i już od pierwszych 10 minut po przyjeździe zaczęło się… „A co to za rasa?” „Mogę pogłaskać, jak ma na imię?”. A do tego ogólno fruwające w powietrzu ochy i achy. Do tego jeszcze wrócimy. W każdym razie, Len zachowywał się zaskakująco dobrze, szczególnie jeśli miał zajęcie (obgryzanie drewna na ognisko, kopanie dziur w ziemi itp.). Jeszcze chwilę przed wyjazdem coraz częściej zaczęłam u niego obserwować… spokój i odpoczynek. Chodzi mi o swoiste czynności, jak spokojna obserwacja otoczenia, leżenie przy opiekunie, ignorowanie niektórych rozproszeń itd. Do niedawna było nie do pomyślenia, aby Len usiedział w miejscu dłużej, niż pół minuty bez wszczęcia awantury (niestety uwielbia szczekać, jest to forma terroru z jego strony :D). Tymczasem, mogłam siedzieć z nim przed sceną, a on kładł się obok mojego krzesła i po prostu leżał, patrząc sobie dookoła, a ja słuchałam koncertu. Oczywiście w wielu momentach trzeba było się trochę wysilić i odwrócić czymś uwagę Lena, dać mu zabawkę, patyk, czy po prostu swoją uwagę, żeby odpuścił interesowanie się tym, co nie trzeba, bądź po prostu nie nudził się i nie był zniecierpliwiony. Codziennie raz albo dwa mieliśmy dłuższy spacer, bądź sesję z aportowaniem na łące. To bardzo pomagało w spokojnym znoszeniu przez Lena tylu przeróżnych bodźców 😀
Do tego stopnia potrafił być zmęczony w piątek, że na wieczornym koncercie Orkiestry Świętego Mikołaja po prostu zasnął na trawie przed sceną, taki wyciągnięty jak placek. Trzeba było pilnować tylko, żeby nikt go nie podeptał. A było gwarno i głośno, więc uważam, że to niezły wyczyn z jego strony.

Okazało się, że na festiwalu jest więcej psów w tym drugi BOS… Idę sobie późnym wieczorem przez teren festiwalowy, bez soczewek/okularów z lekko szumiącą głową, a tu nagle szczekanie i warczenie, zaraz Len też mnie szarpnął i zaczął szczekać, więc w miarę szybko się oddaliłam… Ale nie mogłam uwierzyć własnym oczom (o co nietrudno przy wadzie wzroku), że widziałam drugiego szwajcara. Był tam też pies w typie alaskana/husky’ego. Jak się okazało na drugi dzień, były to dwie suczki z bardzo sympatycznymi właścicielami. Szybko zdecydowaliśmy się iść na łąkę i zapoznać psy, bo na uwięzi jednak dość mocno się do siebie rzucali wraz z Lenem. Oczywiście jak smycze zniknęły, to po krótkiej wymianie zdań, zaczęła się po prostu dobra zabawa i udało nam się tak na łące spotkać dwa razy w ciągu całego Folkowiska. Psy bawiły się super, ale jak wracały na smycze… to i tak do siebie trochę gadały 😀

W sobotę wieczorem miał odbyć się koncert Joryj Kłoc, na który bardzo czekałam i cieszyłam się, że w końcu zobaczę ich na żywo. Wcześniej byłam z Lenem znów na łące… i nie dość, że piłka wpadła nam w łan pszenicy i przepadła, to jeszcze się przewróciłam. Len do mnie podbiegł, gdy ruszyłam szukać piłki i chyba trochę się ze mną zderzył, bo upadłam na trawę, całkiem miękko i lądując na czworakach… Ucieszona, że nic mi się nie stało, spędzałam dzień dalej aktywnie… jakieś 3 godziny później zaczęło boleć mnie prawe kolano, ale przez dłuższy czas nie skojarzyłam faktów. Bolało mnie coraz bardziej, nie mogłam go zginać swobodnie, siadanie stało się bolesne i mój nastrój bardzo się pogorszył. Na szczęście kolano nie było sine i specjalnie spuchnięte, wiec raczej nie groziła mi amputacja. Problem pojawił się jednak jeszcze w kwestii psa – Len nadal dość często szarpie na smyczy, szczególnie jak coś mu się nie spodoba albo chce coś pogonić (np. gołębia), to ma nagle zrywy i z obolałym kolanem ciężko było mi momentami nad nim zapanować. Moi przyjaciele jednak mi pomogli i udało się przeżyć resztę festiwalu (choć i tak jeszcze troszkę mnie boli :D). Niestety mimo mych wielkich chęci nie dałam rady zostać do końca występu chłopaków z Joryj Kłoc, więc wraz z Lenem udałam się do namiotu i poszłam spać (na tyle, na ile się dało z bolącym kolanem, hałasem dookoła i zaschniętymi śladami opon traktora w ziemi, wbijającymi się w każdy gnat :D).

Nie ma co przeciągać i przynudzać, a że jest to blog „psi”, to chciałabym poruszyć kwestie typowo związane z tematem. Po raz pierwszy byłam z Lenem w takim skupisku ludzi i to praktycznie przez 4 dni, po raz pierwszy byłam również z psem pod namiotem. Pisałam już nieraz na tym blogu, że „psa zabiorę ze sobą wszędzie” (najchętniej) i naprawdę cieszą mnie wyjazdy z Lenem i chciałabym, żeby na tyle mi ufał, że mógłby czuć się naprawdę dobrze w nawet do końca komfortowych dla niego sytuacjach. Mam kilka spostrzeżeń na przyszłość dla siebie, jak i dla innych właścicieli psiaków, chcących przeżywać z nimi wspólnie takie wyjazdy. Warto zainwestować w taką klatkę, szczególnie przy psie większych rozmiarów. podpatrzyłam to na wystawie psów i stwierdziłam, że na różnego rodzaju kempingi może to być również bardzo dobre wyjście. Niestety tym razem klatka nie zmieściła nam się do samochodu (zbyt optymistycznie podeszłam do kalkulacji – średni samochód+duży pies+duża klatka), czego żałuję, bo bardzo przydałaby nam się na Folkowisku z wielu powodów, m.in. – Len mógłby odpocząć we względnym spokoju, miałby się gdzie schronić przed tłumami ludzi i wyciągniętych do niego rąk (he he :D). Niestety wciąż jesteśmy w fazie ćwiczeń odnośnie zostawiania Lena w miejscach (typu samochód – przy niskiej temperaturze oczywiście) i grzecznego czekania (na razie kończy się to w większości przypadków straszną awanturą – Len stoi i szczeka w eter :D), więc taka klatka-transporter świetnie sprawdziłaby się na koncercie, kiedy to pisałam, że Len padł, bo był taki śpiący i trzeba było pilnować, żeby nikt go nie podeptał. Kortyzol i adrenalina szalały, bo w sobotę, a już szczególnie w niedzielę, Len był o wiele bardziej poddenerwowany i zniecierpliwiony, czemu kompletnie się nie dziwię i wiem, że cały ten wyjazd był dla niego ogromnym wyzwaniem, dlatego też chciałabym w przyszłości pomóc mu „odpoczywać”. Namiot z Decathlona (3-osobowy) sprawdził się znakomicie, także polecam. Len jak tylko do niego wchodził wieczorem/w nocy to od razu zasypiał i ciężko było go dobudzić 😀

Jest jeszcze jedna kwestia, o którą ja sama muszę zadbać i która jest taka trochę słodko-gorzka. Nigdy w życiu nie rozmawiałam z taką ilością ludzi w tak krótkim czasie, nie wymieniłam tylu uśmiechów i tyle razy nie powiedziałam „to jest biały owczarek szwajcarski”. Z natury jestem osobą miłą i nawet jeśli powinnam wykazać się asertywnością, czy nawet czymś ostrzejszym (ogólnie mam na myśli), to i tak się uśmiechnę raczej z aprobatą i w najlepszy wypadku szybko oddalę. Niestety mam trochę nauczkę, że powinnam myśleć przede wszystkim o dobru własnego psa, a nie tego, czy ktoś przez chwilę się ucieszy z głaskania go… Len jednak jest bardzo cierpliwy i często zupełnie obojętny na czułości obcych, więc znosi je z spokojem, ale były momenty, w których widziałam jednak napięcie w nim i było mi głupio, że właściwie sama funduję mu takie momenty. Dlatego wiem, że muszę popracować nad asertywnością, no i druga sprawa, jak już pozwalam na nawiązywanie kontaktu z moim psem, to chyba powinnam wykorzystywać to na edukację pro psią, więc z tej okazji wkleję tu bardzo fajną grafikę:

13654195_1159170794103946_4164496666366060997_n

Może zdarzy się, że ktoś tu wpadnie i akurat mu się przyda ta wiedza. To akurat zawsze udaje mi się powiedzieć, mimo mej chorej uprzejmości, że „ale proszę nie po głowie, raczej po grzbiecie”, szczególnie w kwestii dzieci. Warto nauczać od podstaw 😀 To też jest trochę przekleństwo dla Lena, że jest bardzo cierpliwy dla dzieci i traktuje je raczej neutralnie, więc mogą go sobie głaskać i się cieszyć, a on ewentualnie czasem chce polizać je po twarzach. Reasumując, muszę znaleźć złoty środek między dawaniem radości ludziom (uważam, że każdy powinien kochać psy i się do nich przekonywać, jeśli do tej pory nie był :D), a dbaniem o komfort Lena. Wszyscy, którzy podeszli do nas i chcieli zapytać o Lena, albo się z nim zapoznać byli bardzo sympatyczni i nikomu nie mam niczego za złe, choć muszę przyznać, że bywało to męczące, bo ile razy można… 😀 No i w dobie pseudohodowli i „jest moda na rasę…” zawsze trochę strach mówić, jaka to rasa, a o dziwo nadal naprawdę mnóstwo osób nie wie, że istnieją białe owczarki szwajcarskie i są zdumieni, gdy jakiegoś widzą i poznają.

Jedną z osób, która nie mogła nacieszyć się Lenem był Folkowiskowy fotograf Michał i cykał fotki, jak tylko gdzieś przechodziliśmy, stąd dzięki jego uprzejmości mam kilka do podzielenia sie z Wami 😀

13730898_1254624544548664_1452796864206852908_o

13692930_1254624121215373_4493003410481848013_o

13668959_1253819444629174_6246859568127105558_n

13662060_1254624237882028_8442804663007929490_o

13621005_1253813817963070_4042819061886938181_n

13754611_1257698170907968_8432324815401339491_n

A teraz kilka zdjęć ode mnie. Niestety byłam pozbawiona baterii w telefonie, a z aparatem i psem jednocześnie ciężko było mi chodzić… to mam tych zdjęć bardzo mało 😀

13599786_1040245029378731_52680919363342832_n.jpg

13612120_1040232739379960_5624369968227946601_n

DSC_0168.JPG
Słuchaliśmy sobie koncertu Swady w przedsionku cerkwi… a co!

Reasumując po raz kolejny – polecam Folkowisko każdemu psiarzowi! Polecam ten festiwal też po prostu każdemu. Okolica jest przepiękna, atmosfera rodzinna i przyjacielska, muzyka cudna, no i miejsce jest psiolubne, a to jest wielki plus! Tereny dookoła są bardzo zielone, więc spokojnie można chodzić na długie spacery, a to też jest ważne.

Poniżej wrzucam kilka przydatnych linków, pozdrawiam wszystkich współuczestników imprezy, dziękuję za wszystkie miłe słowa pod adresem Lena, no i ogólnie dziękuję za wspaniałą zabawę! Moim przyjaciołom, jak i całej reszcie ludzi!

Festiwal Folkowisko

Stowarzyszenie Folkowisko

Folkowisko Trzy Galicje 2016

Chutor Gorajec

 

Nowy adres został zhakowany = powrót na stare śmieci 

Po pierwsze – małe wyjaśnienie odnośnie trzech ostatnich wpisów. Zostały one dodane jednego dnia, lecz pierwotne daty ich powstania są różne. Wiąże się to z tym, iż mój blog pod adresem http://www.o-wilku-mowa.pl został zhakowany i któregoś dnia strona przestała się wyświetlać. Niezbyt długo nacieszyłam się swoją własną domeną i blogiem. Jest to jednak zabawne, bo mój blog nie jest ani popularny, ani nie ma wielu wejść… Ale co pech to pech. Reanimacja tamtej strony byłaby dość kosztowna, więc postanowiłam wrócić tutaj. Dzięki mojemu lenistwu, przepadłyby tylko 3 wpisy… Ale udało się je uratować, co widać poniżej. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze tu zagląda i zajrzy w przyszłości, a ja postaram się pisać trochę częściej.

[17 kwietnia 2016] Nikt nie zajmie się moim psem tak dobrze, jak ja!

To była pierwsza myśl, kiedy lata temu wyjeżdżałam po raz pierwszy z domu tak, że trzeba było sprowadzić kogoś do opieki nad psem. Padło na babcię, która specjalnie przyjechała od siebie, żeby na ok 2 tygodnie zostać z Cziką. Nigdy dotychczas nie miała psa, więc byłam pełna obaw, jak sobie poradzi z wyprowadzaniem, karmieniem (czy np. nie upasie mi psa na amen :D) i ogólnie wszystkim. Oczywiście wszystkie najczarniejsze scenariusze – pogryzienia przez psy, ucieczka, wypadek drogowy, zatrucie i inne – przebiegały mi przed oczami jak w kalejdoskopie. Trudno, trzeba było jednak wyjść i zamknąć za sobą drzwi. A później dzwonić codziennie i pytać, jak tam pies, bo przecież co tam samopoczucie babci :’D A tak serio, to było to faktycznie spore przeżycie dla mnie… ale okazało się, że wszystko odbyło się bez przeszkód. Później i tak wyprowadziłam się z domu do innego miasta w związku ze studiami, więc musiałam przyzwyczaić się do tego, że psa nie mam na oku i zaufać mojej mamie, że w 100% dobrze się nim zajmie. Oczywiście i tym razem wszystko było okay, w końcu pies był rodzinny, a nie tylko mój, więc nie tylko ja znałam Czikę bardzo dobrze.

Prowadzę taki tryb życia, że dość często wyjeżdżam (na ogół na 2-3 dni), oczywiście, jak jest okazja, to i na dłużej, więc biorąc Lena, wiedziałam, że muszę liczyć się z zostawianiem go. Bo niestety mimo najszczerszych chęci, nie mogę zabrać go w 100% wszędzie. Pierwszy raz został sam na weekend (pod dobrą opieką :D) w niecałe 3 tygodnie po przybyciu do nowego domu, no i tak to się zaczęło… więc o to się nie martwię, bo takie rozstania są dla niego normalne i nie wpływają na niego praktycznie w żaden sposób, bo zawsze znajdzie się ktoś, komu może podokuczać, nie muszę to być ja, ahaha 😀 Na szczęście na ogół mam go z kim zostawić, a jeśli nie, to staram się ułożyć wyjazdy mimo wszystko tak, aby mógł jechać ze mną. Nadszedł jednak taki dzień, kiedy dość spontanicznie zapadła decyzja o tym, aby wybrać się w rejs po Bałtyku. Wiedziałam, że kolejna okazja może długo się nie powtórzyć, więc szybko ustaliwszy z przyjaciółmi, że będzie miał kto się Lenem zająć na czas tygodnia… klamka zapadła. Oczywiście zamiast przejąć się tym, że jak się jacht wywróci, to wszyscy zatoniemy (albo innymi poważnymi sprawami morskimi :D), to ja myślałam tylko o tym, ale jak ja zostawię mojego psa na tydzień pod czyjąś opieką… przecież nikt sobie nie da rady z tym. Nikt! Tydzień to za długo! Nie powinnam jechać, nie mogę… nieee!

Ostateczna decyzja odnośnie tożsamości „niań” zmieniała się parę razy, aż w końcu się wyklarowało i wszystko zostało dopięte na ostatni guzik… choć wytłumaczenie komuś, kto ma się zająć twoim psem, wszystkich jego zwyczajów, waszych zwyczajów, trybu życia, a także wszystkich innych „kwiatków” (a jak wiemy z tego bloga, Len do najłatwiejszych osobników nie należy, a i w wieku jest trudnym :D), wcale nie jest takie proste i co chwilę człowiek przypomina sobie coś nowego…a w efekcie i tak nie przekazuje 100% wiedzy na temat psa, którą powinien mieć zastępczy opiekun, żeby sobie dać radę… a przynajmniej tak się właścicielowi wydaje na ogół. Często jednak strach ma wielkie oczy, a jak usunie się sporą część swojego czarnowidztwa, to okazuje się, że ludzie sobie radzą, pies sobie radzi i ogólnie trzeba było bardziej się cieszyć wyjazdem, a nie rozmyślać, co tam ten mój pies…

Co prawda na długo na razie odechciało mi się dłuższych wyjazdów bez Lena, więc mam nadzieję, że szybko nie nastąpią, ale jestem bardzo wdzięczna wszystkim moim pomocnikom za ten tydzień i umożliwienie mi wspaniałego wyjazdu… Niedawno pisałam o psach i morzu, jak się łatwo domyślić, żeglarstwo to moja mała pasja (choć uprawnień żadnych nie mam i pewnie długo nie będę mieć :D) i bardzo się cieszę, że z naszych pięknych mazurskich jezior udało mi się na chwilę przeskoczyć na Bałtyk i poznać morskiego żeglowania smak 😀 Wybraliśmy się na Gotlandię, która okazała się być piękną wyspą, a przynajmniej Visby (stolica i największe miasto) takim okazało się być… I a propos moich wyjazdów bez psów… zawsze musiałam coś przywieźć. Już od czasów podstawówki, kiedy moi rówieśnicy zaopatrywali się w lody, czipsy oraz mnóstwo odpustowego badziewia, ja najczęściej ciężko zdobyte kieszonkowe starałam się w sporej części wydać na psa… i choć mogłam kupić pewnie to samo i u siebie w mieście, to nie „bo przecież to przywiozłam z nad morza dla Cziki, to prezent!”i tak dalej. Tak i tym razem… zamiast rozejrzeć się z jakimiś super szwedzkimi produktami dla siebie, bądź przyjaciół (pomijam cholernie wysokie ceny :D), to ja zaraz wpadłam na dział dla zwierzaków… i tak oto zakupiłam dla Lena dwie paczki smakołyków 😀

Clipboard12

Oczywiście bardzo mu posmakowały, pachną dość ładnie, ale nie ma ich zbyt dużo, więc pewnie szybko zużyjemy na ćwiczenia na spacerach 😀 A za te musimy się poważnie zabrać, gdyż to ostatni dzwonek by zacząć pracę nad poprawną socjalizacją, gdyż to, co już wypracowaliśmy zaczyna umykać, hormony buzują… na szczęście pogoda dopisuje, wiosna w pełni (wczoraj w Krakowie pierwsza wiosenna burza :D) i trochę więcej chęci do życia… Dziś byliśmy na spacerze może niezbyt długim, ale z ulubionymi piłkami, więc Len padł kompletnie, tak się wybiegał 😀

I w końcu jest tak zielono! Najpiękniejsze kolory się zaczynają ❤

Trochę niewyraźne, ale te kolory *_*

Clipboard13

Clipboard14

A jak u Was z wyjazdami? Czy ktoś korzystać z hotelu dla psów (bo obawiam się, że to prędzej, czy później mnie czeka), albo innych form opieki nad psem? Jak czujecie się, kiedy wyjeżdżacie na dłużej bez swoich kudłaczy? 😀